18.11.2025, 18:34 ✶
– Jednak pod pewnymi względami wdałeś się we mnie – powiedziała Charlotte z bardzo rzadką dla niej czułością, kiedy Jessie przedstawił kilka tak wspaniałych pomysłów, w tym ten najpiękniejszy: posłanie przeklętego krzesła jej matce. – Dołączymy bilecik od cioci Debory, to nie wzbudzi podejrzeń.
Przynajmniej dwadzieścia lat temu ta słynęła z wysyłania dziwnych prezentów, zazwyczaj pod postacią rzeczy, których nie potrzebowała, a które szkoda jej było wyrzucić. Gdyby nie udało się im poradzić z tym krzesłem to w oczach Charlotte było doskonałe rozwiązanie… chociaż zawiesiła się na moment, z pewnym niepokojem myśląc, że może jednak nie, bo przecież taki pakunek musiałyby nieść ich sowy, i co jeżeli klątwa wpłynęłaby na nie negatywnie? W tej chwili nie było ich stać na zakup nowych puchaczy.
Niepokój nie mijał.
Narastał.
– Obawiam się, skarbie, że jeśli krzesło jest nie tylko ognioodporne, ale też samo się przemieszcza, nie ma to wiele wspólnego ze zdolnością, którą odziedziczyłam po przodkach – stwierdziła, trochę nieuważnie, dłoń unosząc ku szyi i przesuwając po skórze. To nie był pierwszy raz, gdy czuła się w ten sposób, a analityczny umysł Charlotte, niestety, podsuwał już możliwe rozwiązanie, które wcale, ale to wcale się jej nie podobało.
Przeklęto ją.
A ona nie zauważyła, kiedy to zrobiono!
Nie poruszała się, gdy Jasper tkał swoje zaklęcia klątwołamacza, z wprawą poruszając różdżką, zbyt skupiona na próbach uspokojenia się, chociaż liczenie w myślach do dziesięciu jakoś nie pomagało. Nie dostrzegła nawet, że to, czego próbował – cokolwiek to było – nie przyniosło chyba rezultatu… Chyba, bo tak naprawdę ciężko było powiedzieć: krzesło wciąż stało tak jak wcześniej. Może powinni wyjść do innego pomieszczenia i sprawdzić, czy zmieni położenie. Charlotte nawet otworzyła usta, chcąc to zaproponować, ale zamiast tego wypowiedziała zupełnie coś innego:
- Moje rządy to prawo natury podpisane krwią tych, którzy nie znali jego wartości – oświadczyła z jakimś takim niezadowoleniem i niecierpliwością, które równie dobrze mogły wynikać z jej złości na fakt, że coś właśnie zmusiło ją do gadania bzdur, jak być częścią zaklęcia. – Cóż, to jest coś nowego – stwierdziła zaraz, tym razem z pewnym zamyśleniem. Odetchnęła kilka razy: nienaturalny strach, który w jakiś sposób zmusił ją do wypowiedzenia tych słów powoli się ulatniał i… i w tej chwili wydawała się znów mało przejęta: jak to ona. – Sądziłam, że oklumencja powinna chronić przed takimi rzeczami… Jasperze, sądzisz, że na mieszkaniu może ciążyć jakaś klątwa poza tym krzesłem?
Przynajmniej dwadzieścia lat temu ta słynęła z wysyłania dziwnych prezentów, zazwyczaj pod postacią rzeczy, których nie potrzebowała, a które szkoda jej było wyrzucić. Gdyby nie udało się im poradzić z tym krzesłem to w oczach Charlotte było doskonałe rozwiązanie… chociaż zawiesiła się na moment, z pewnym niepokojem myśląc, że może jednak nie, bo przecież taki pakunek musiałyby nieść ich sowy, i co jeżeli klątwa wpłynęłaby na nie negatywnie? W tej chwili nie było ich stać na zakup nowych puchaczy.
Niepokój nie mijał.
Narastał.
– Obawiam się, skarbie, że jeśli krzesło jest nie tylko ognioodporne, ale też samo się przemieszcza, nie ma to wiele wspólnego ze zdolnością, którą odziedziczyłam po przodkach – stwierdziła, trochę nieuważnie, dłoń unosząc ku szyi i przesuwając po skórze. To nie był pierwszy raz, gdy czuła się w ten sposób, a analityczny umysł Charlotte, niestety, podsuwał już możliwe rozwiązanie, które wcale, ale to wcale się jej nie podobało.
Przeklęto ją.
A ona nie zauważyła, kiedy to zrobiono!
Nie poruszała się, gdy Jasper tkał swoje zaklęcia klątwołamacza, z wprawą poruszając różdżką, zbyt skupiona na próbach uspokojenia się, chociaż liczenie w myślach do dziesięciu jakoś nie pomagało. Nie dostrzegła nawet, że to, czego próbował – cokolwiek to było – nie przyniosło chyba rezultatu… Chyba, bo tak naprawdę ciężko było powiedzieć: krzesło wciąż stało tak jak wcześniej. Może powinni wyjść do innego pomieszczenia i sprawdzić, czy zmieni położenie. Charlotte nawet otworzyła usta, chcąc to zaproponować, ale zamiast tego wypowiedziała zupełnie coś innego:
- Moje rządy to prawo natury podpisane krwią tych, którzy nie znali jego wartości – oświadczyła z jakimś takim niezadowoleniem i niecierpliwością, które równie dobrze mogły wynikać z jej złości na fakt, że coś właśnie zmusiło ją do gadania bzdur, jak być częścią zaklęcia. – Cóż, to jest coś nowego – stwierdziła zaraz, tym razem z pewnym zamyśleniem. Odetchnęła kilka razy: nienaturalny strach, który w jakiś sposób zmusił ją do wypowiedzenia tych słów powoli się ulatniał i… i w tej chwili wydawała się znów mało przejęta: jak to ona. – Sądziłam, że oklumencja powinna chronić przed takimi rzeczami… Jasperze, sądzisz, że na mieszkaniu może ciążyć jakaś klątwa poza tym krzesłem?