19.11.2025, 22:26 ✶
Przez kilka długich sekund stała nieruchomo, pozwalając, by chłód wrześniowej nocy gładził jej skórę jak lodowata dłoń, która miała zamrozić w niej wszystko, co przed chwilą wymknęło się spod kontroli. Oddychała głęboko, rytmicznie, niemal brutalnie narzucając własnym płucom porządek, bo tylko to potrafiła teraz zrobić - wprowadzać dyscyplinę tam, gdzie jeszcze przed momentem panowało coś dzikiego, nieokiełznanego, przerażająco żywego. Jej myśli nie układały się w jedną linię. Rozpryskiwały się we wszystkie strony jak szkło po gwałtownym rozbiciu. Była teraz mieszanką sprzecznych emocji. Ale przede wszystkim była tam panika, która wcale nie wynikała z samego pocałunku, lecz z faktu, że dopuściła go do siebie bliżej, niż planowała. Przerażało ją, że przestawała panować nad własnymi odruchami, gdy tylko znajdował się (zbyt) blisko.
Czuła jego wzrok na plecach, intensywny, nieodpuszczający. Mógłby nic nie mówić, mógłby nawet nie oddychać, a i tak wiedziałaby, że tam jest. Oparł się o drzwi, blokując jedyną drogę ucieczki, jakby wiedział, że to właśnie będzie jej pierwszy instynkt.
Astoria zacisnęła palce na kamiennej balustradzie, aż pobielały knykcie. Wdech. Wydech. Powolność wymuszona, chłód brany na żyletki, aż w końcu mury, które pękły jeszcze chwilę temu, stanęły znów - wysokie, równe, gładkie. Nienaganne jak ona. Dopiero kiedy nic na jej twarzy nie drżało, kiedy żaden ślad wcześniejszej słabości nie mógł się już przez nią przebić, obróciła się w jego stronę. Jej spojrzenie było zimne. Tak chłodne, jakby pocałunek nigdy nie miał miejsca. Jakby jego smak nie był wciąż obecny na jej ustach. Jakby w jej żyłach nie krążyła przed chwilą furia, pożądanie i coś jeszcze, czego nazwać nie miała odwagi. Chroniąc własne bezpieczeństwo i spokój, wybrała okrucieństwo, na które być może nie zasłużył.
- Zamierzasz teraz podążać za mną jak zagubiony szczeniaczek? - warknęła, chcąc uwolnić się od niego jak najszybciej, by nie mącił dłużej spokoju jej umysłu. Twarz odzyskała arystokratyczną niewzruszoność, rysy wygładziły się, a głos gdy przemówiła, był tak lodowaty, że mógł zaprzeć dech. W tym momencie jej życia nie potrzebowała żadnych nowych komplikacji. Potrzebowała spokoju, potrzebowała dystansu, potrzebowała skupić się na pracy - jedynej przestrzeni, w której czuła, że panuje nad sobą absolutnie. - To nic nie znaczyło. Zwykły upust emocji, nic więcej. - dodała, jakby była to oczywistość, czego dopełniał kpiący uśmieszek. I choć mówiła to z perfekcyjną obojętnością, w której mogła stanąć cała sala gości i nie odnaleźć żadnej rysy - w środku wciąż czuła echo jego ust, echo jego szeptu, echo własnej słabości.
- Myślałeś, że zapomnę o tych wszystkich żartach w Hogwarcie? O złośliwościach, przytykach? - zapytała, wracając do jego wcześniejszych wypowiedzi; wyliczeniach, co dobrego dla niej zrobił i jak bardzo niewdzięczna była. Oczekiwał, że ucałuje mu stopy? - Ludzie się nie zmieniają. Jesteś taki sam, nawet jeśli nosisz swoje maski, Rodolphusie - ciągnęła, wierząc, że jest tym samym Rodolphusem z Hogwartu - uosobieniem wszystkiego, czego nie znosiła: arogancki, złośliwy, nieprzewidywalny, który zawsze trafiał celnie w miejsca, gdzie inni nie dostrzegali słabości. Ten, który potrafił jednym komentarzem wyprowadzić ją z równowagi, a potem jeszcze dorzucić wykrzywiony uśmieszek, jakby sprawdzając, ile potrzeba, by ją złamać. Teraz role się odwróciły, Astoria nie pozwoli sobą manipulować, nie kiedy tak dobrze strzeże dostępu do swojej wrażliwej strony... a przynajmniej do tej pory strzegła.
Chłód wrześniowej nocy owiał jej szyję, zostawiając za sobą gęsią skórkę. Nie zwróciła na to uwagi, zbyt pogrążona natłokiem emocji.
- Uratowałeś mnie, to fakt. Ale czy z dobroci serca? Czy może z chęci ukarania mugolaków? Zdobycia mojej wdzięczności? Kto wie, kiedy mogłaby okazać się przydatna, prawda? - zapytała miękko, niemal delikatnie, jakby stawiała pytanie czysto teoretyczne, pozbawione emocji. Przechyliła głowę nieznacznie, jak ktoś, kto analizuje skomplikowane równanie. A potem uniosła podbródek odrobinę wyżej, przywróciła pełnię swojej arystokratycznej maski. - Choć może nie w kwestii obrazu, skoro próbowałeś podkopać mój profesjonalizm, oskarżając mnie o fałszowanie wyników - zauważyła chłodno, prawie uprzejmie, jakby komentowała czyjeś niedociągnięcia w wypracowaniu, a nie wyrzut, który wciąż palił ją pod skórą. Oddychała spokojnie, choć w środku wszystko w niej drżało. Wiatr znów musnął jej drobne ciało, znów wywołał drobne dreszcze, jakby przypominając, że stoi tu wystawiona - na chłód, na niego, na własne emocje, które powinna była zakopać jeszcze głębiej.
- Nie wspominając o twojej reputacji - wypomniała jeszcze, jakby miał to być gwóźdź do trumny.
Czuła jego wzrok na plecach, intensywny, nieodpuszczający. Mógłby nic nie mówić, mógłby nawet nie oddychać, a i tak wiedziałaby, że tam jest. Oparł się o drzwi, blokując jedyną drogę ucieczki, jakby wiedział, że to właśnie będzie jej pierwszy instynkt.
Astoria zacisnęła palce na kamiennej balustradzie, aż pobielały knykcie. Wdech. Wydech. Powolność wymuszona, chłód brany na żyletki, aż w końcu mury, które pękły jeszcze chwilę temu, stanęły znów - wysokie, równe, gładkie. Nienaganne jak ona. Dopiero kiedy nic na jej twarzy nie drżało, kiedy żaden ślad wcześniejszej słabości nie mógł się już przez nią przebić, obróciła się w jego stronę. Jej spojrzenie było zimne. Tak chłodne, jakby pocałunek nigdy nie miał miejsca. Jakby jego smak nie był wciąż obecny na jej ustach. Jakby w jej żyłach nie krążyła przed chwilą furia, pożądanie i coś jeszcze, czego nazwać nie miała odwagi. Chroniąc własne bezpieczeństwo i spokój, wybrała okrucieństwo, na które być może nie zasłużył.
- Zamierzasz teraz podążać za mną jak zagubiony szczeniaczek? - warknęła, chcąc uwolnić się od niego jak najszybciej, by nie mącił dłużej spokoju jej umysłu. Twarz odzyskała arystokratyczną niewzruszoność, rysy wygładziły się, a głos gdy przemówiła, był tak lodowaty, że mógł zaprzeć dech. W tym momencie jej życia nie potrzebowała żadnych nowych komplikacji. Potrzebowała spokoju, potrzebowała dystansu, potrzebowała skupić się na pracy - jedynej przestrzeni, w której czuła, że panuje nad sobą absolutnie. - To nic nie znaczyło. Zwykły upust emocji, nic więcej. - dodała, jakby była to oczywistość, czego dopełniał kpiący uśmieszek. I choć mówiła to z perfekcyjną obojętnością, w której mogła stanąć cała sala gości i nie odnaleźć żadnej rysy - w środku wciąż czuła echo jego ust, echo jego szeptu, echo własnej słabości.
- Myślałeś, że zapomnę o tych wszystkich żartach w Hogwarcie? O złośliwościach, przytykach? - zapytała, wracając do jego wcześniejszych wypowiedzi; wyliczeniach, co dobrego dla niej zrobił i jak bardzo niewdzięczna była. Oczekiwał, że ucałuje mu stopy? - Ludzie się nie zmieniają. Jesteś taki sam, nawet jeśli nosisz swoje maski, Rodolphusie - ciągnęła, wierząc, że jest tym samym Rodolphusem z Hogwartu - uosobieniem wszystkiego, czego nie znosiła: arogancki, złośliwy, nieprzewidywalny, który zawsze trafiał celnie w miejsca, gdzie inni nie dostrzegali słabości. Ten, który potrafił jednym komentarzem wyprowadzić ją z równowagi, a potem jeszcze dorzucić wykrzywiony uśmieszek, jakby sprawdzając, ile potrzeba, by ją złamać. Teraz role się odwróciły, Astoria nie pozwoli sobą manipulować, nie kiedy tak dobrze strzeże dostępu do swojej wrażliwej strony... a przynajmniej do tej pory strzegła.
Chłód wrześniowej nocy owiał jej szyję, zostawiając za sobą gęsią skórkę. Nie zwróciła na to uwagi, zbyt pogrążona natłokiem emocji.
- Uratowałeś mnie, to fakt. Ale czy z dobroci serca? Czy może z chęci ukarania mugolaków? Zdobycia mojej wdzięczności? Kto wie, kiedy mogłaby okazać się przydatna, prawda? - zapytała miękko, niemal delikatnie, jakby stawiała pytanie czysto teoretyczne, pozbawione emocji. Przechyliła głowę nieznacznie, jak ktoś, kto analizuje skomplikowane równanie. A potem uniosła podbródek odrobinę wyżej, przywróciła pełnię swojej arystokratycznej maski. - Choć może nie w kwestii obrazu, skoro próbowałeś podkopać mój profesjonalizm, oskarżając mnie o fałszowanie wyników - zauważyła chłodno, prawie uprzejmie, jakby komentowała czyjeś niedociągnięcia w wypracowaniu, a nie wyrzut, który wciąż palił ją pod skórą. Oddychała spokojnie, choć w środku wszystko w niej drżało. Wiatr znów musnął jej drobne ciało, znów wywołał drobne dreszcze, jakby przypominając, że stoi tu wystawiona - na chłód, na niego, na własne emocje, które powinna była zakopać jeszcze głębiej.
- Nie wspominając o twojej reputacji - wypomniała jeszcze, jakby miał to być gwóźdź do trumny.