25.02.2023, 11:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.02.2023, 11:35 przez Jamil Anwar.)
Zdecydowanie wolałby, żeby w tym wypadku to Leta histeryzowała. Niestety miała rację – w razie ewentualnej pomyłki skończą jako płaskorzeźby przy płytach z hieroglifami albo ser szwajcarski, gdyby ze ściany wyskoczyły jakieś kolce.
– Mam gdzieś jeszcze paczkę daktyli – mruknął na wieść o utracie deseru, uświadamiając sobie, że tak na dobrą sprawę to był głodny. Zaczął grzebać po kieszeniach. – A nie, przepraszam, była w torbie, którą ktoś postanowił upuścić.
Po dwóch latach współpracy z nimi, wciąż nie nauczył się, że nie należało denerwować Nell Bagshot.
- Jako najbardziej interesujący przypadek dostalibyście apartament z balkonem – rzucił z sarkazmem, wywracając przy tym oczami. Niespecjalnie wiedział, jak funkcjonowała Lecznica Dusz w Anglii, ale jeśli podobnie do tutejszej, Crouch mogłaby mieszkać w jednym pokoju z Shafiqiem… i dwudziestką innych pacjentów skumulowanych na niewielkich pryczach. Po słowach Nell skrzywił się tylko w jej kierunku, nie ciągnąc dalej tej dyskusji. Nie miało to sensu, bo wiedział, że miała jeszcze całe mnóstwo kart do wyciągnięcia. Jako jedyna medyczka była praktycznie nietykalna. A spory z Jamilem kończyły się jedynie wypróbowywaniem na nim coraz to gorszych mikstur. Skutki uboczne w postaci zieleniejącej skóry? Trudno, zasłużyłeś sobie.
- Cała armia ghuli? To nie brzmi zbyt poważnie, a doszliśmy już do wniosku, że gość jest dramatycznie teatralny – skwitował. Patrząc jednak na jego zamiłowanie do węży, wątpił, by ktokolwiek z większym rozmachem dołączył do tej jego grupki przydupasów. – A czy wy wszyscy też nie byliście czasem w tym całym Slytherinie? – dopytał, wskazując na każdego z nich z osobna. Nie pamiętał domu Nell, może nigdy mu o tym nie wspominała, a może po prostu puścił tę informację mimo uszu. Patrzył jednak na większość.
Niespecjalnie zwracał już potem uwagę na poczynania Cathala, który próbował podsadzić gdzieś Letę, bo sam wdepnął w pułapkę, rozpętując skorpionie party. Wędrówka drobnych nóżek odbijała się echem pomimo ich wrzasków i ogólnego poruszenia. Jakim cudem? Nie miał pojęcia, ale nieco ułatwiało to zlokalizowanie ewentualnych przeciwników po tym, jak odłamany nos szakala wylądował na podłodze, wzniecając w górę nieco kurzu z rozbitego kamienia. Sam spróbował wyczarować nieco nieudolnie zaklęcie rozświetlające. Kula światła rozpłynęła się praktycznie w momencie, gdy uniosła się nad jego ręce. Był zbyt poruszony. Zdołał jednak w tym krótkim momencie dostrzec pajęczaka wspinającego się po nogawce jego spodni. Strząsnął go, przeklinając przy tym siarczyście i przydeptał ciężkim butem. Chrupnęło, co poinformowało go, że przeciwnik został wyeliminowany. Kolejnego magicznego skorpiona podpalił, dając im na moment trochę światła, gdy ten biegał jak szalony, nim się rozpłynął.
- Po co mi jakiś Lotnik z Anglii, skoro mam was – prychnął. Groźby na temat własnej śmierci słyszał mniej więcej co drugi dzień. Wciąż jednak ich nie zrealizowali i chociaż ufał im na tyle, by wiedzieć, że raczej nie zrobiliby tego na serio, kiedy go potrzebowali, to wciąż czuł się niepewnie, gdy Nell z krzywym uśmiechem podawała mu jakiś eliksir (sadystka chyba celowo dodawała składniki obrzydzające smak), Leta stawiała przed nim kufel piwa albo Cal wołał go, żeby porozmawiali na osobności. Mógłby śmiało stwierdzić, że byli dla niego jak rodzina – uwielbiał ich, jednocześnie trochę się ich bał, a momentami też sam chciał ich pozabijać. – Nie krzyczałeś tak na Nell, kiedy wlazła w poprzednią! – przypomniał mu, uciekając do tyłu przed kolejnym skorpionem, który nagle zaczął lecieć w jego stronę, zapewne przez efekt któregoś zaklęcia. W tym momencie nie wiedział, od kogo wolał się trzymać bardziej z daleka – od jadowitych robali, czy rozwścieczonych ich obecnością kobiet. Cathal zdawał się z całej ich trójki najbardziej opanowany pomimo swojego gniewu.
– Mam gdzieś jeszcze paczkę daktyli – mruknął na wieść o utracie deseru, uświadamiając sobie, że tak na dobrą sprawę to był głodny. Zaczął grzebać po kieszeniach. – A nie, przepraszam, była w torbie, którą ktoś postanowił upuścić.
Po dwóch latach współpracy z nimi, wciąż nie nauczył się, że nie należało denerwować Nell Bagshot.
- Jako najbardziej interesujący przypadek dostalibyście apartament z balkonem – rzucił z sarkazmem, wywracając przy tym oczami. Niespecjalnie wiedział, jak funkcjonowała Lecznica Dusz w Anglii, ale jeśli podobnie do tutejszej, Crouch mogłaby mieszkać w jednym pokoju z Shafiqiem… i dwudziestką innych pacjentów skumulowanych na niewielkich pryczach. Po słowach Nell skrzywił się tylko w jej kierunku, nie ciągnąc dalej tej dyskusji. Nie miało to sensu, bo wiedział, że miała jeszcze całe mnóstwo kart do wyciągnięcia. Jako jedyna medyczka była praktycznie nietykalna. A spory z Jamilem kończyły się jedynie wypróbowywaniem na nim coraz to gorszych mikstur. Skutki uboczne w postaci zieleniejącej skóry? Trudno, zasłużyłeś sobie.
- Cała armia ghuli? To nie brzmi zbyt poważnie, a doszliśmy już do wniosku, że gość jest dramatycznie teatralny – skwitował. Patrząc jednak na jego zamiłowanie do węży, wątpił, by ktokolwiek z większym rozmachem dołączył do tej jego grupki przydupasów. – A czy wy wszyscy też nie byliście czasem w tym całym Slytherinie? – dopytał, wskazując na każdego z nich z osobna. Nie pamiętał domu Nell, może nigdy mu o tym nie wspominała, a może po prostu puścił tę informację mimo uszu. Patrzył jednak na większość.
Niespecjalnie zwracał już potem uwagę na poczynania Cathala, który próbował podsadzić gdzieś Letę, bo sam wdepnął w pułapkę, rozpętując skorpionie party. Wędrówka drobnych nóżek odbijała się echem pomimo ich wrzasków i ogólnego poruszenia. Jakim cudem? Nie miał pojęcia, ale nieco ułatwiało to zlokalizowanie ewentualnych przeciwników po tym, jak odłamany nos szakala wylądował na podłodze, wzniecając w górę nieco kurzu z rozbitego kamienia. Sam spróbował wyczarować nieco nieudolnie zaklęcie rozświetlające. Kula światła rozpłynęła się praktycznie w momencie, gdy uniosła się nad jego ręce. Był zbyt poruszony. Zdołał jednak w tym krótkim momencie dostrzec pajęczaka wspinającego się po nogawce jego spodni. Strząsnął go, przeklinając przy tym siarczyście i przydeptał ciężkim butem. Chrupnęło, co poinformowało go, że przeciwnik został wyeliminowany. Kolejnego magicznego skorpiona podpalił, dając im na moment trochę światła, gdy ten biegał jak szalony, nim się rozpłynął.
- Po co mi jakiś Lotnik z Anglii, skoro mam was – prychnął. Groźby na temat własnej śmierci słyszał mniej więcej co drugi dzień. Wciąż jednak ich nie zrealizowali i chociaż ufał im na tyle, by wiedzieć, że raczej nie zrobiliby tego na serio, kiedy go potrzebowali, to wciąż czuł się niepewnie, gdy Nell z krzywym uśmiechem podawała mu jakiś eliksir (sadystka chyba celowo dodawała składniki obrzydzające smak), Leta stawiała przed nim kufel piwa albo Cal wołał go, żeby porozmawiali na osobności. Mógłby śmiało stwierdzić, że byli dla niego jak rodzina – uwielbiał ich, jednocześnie trochę się ich bał, a momentami też sam chciał ich pozabijać. – Nie krzyczałeś tak na Nell, kiedy wlazła w poprzednią! – przypomniał mu, uciekając do tyłu przed kolejnym skorpionem, który nagle zaczął lecieć w jego stronę, zapewne przez efekt któregoś zaklęcia. W tym momencie nie wiedział, od kogo wolał się trzymać bardziej z daleka – od jadowitych robali, czy rozwścieczonych ich obecnością kobiet. Cathal zdawał się z całej ich trójki najbardziej opanowany pomimo swojego gniewu.