Jej stoicki spokój nie pasował do barw sytuacji, w której potrzasku się znalazła. Może gdyby była odrobinę bardziej lękliwa, a odrobinę mniej butna w stosunku do życia – może wówczas zastałby ją nieprzejednany lęk. Dłonie zaciskające się na szyi jednak, podobnie jak jego mętny wzrok, opuszki palców dobitnie mocno wbijające się w jej miękkie ramiona zastawały nie ją, a wydmuszkę. Rzuciła mu jedynie spojrzenie bezkresnej ekscytacji, która urosła w niej do rangi chorobliwej, tanatycznej fascynacji. Nie zlękła się; w żaden też sposób nie wzdrygnęła, próbując podnieść się z fotela i uciec z gabinetu.
Zamiast tego, po prostu obserwowała spod miękko ugiętych brwi.
Jego słowa, proroctwo nieprzejednane, odbiły się metaforą po krawędziach umysłu, pozostając ujęte w barwną przenośnię. Słuchała go w skupieniu, może odrobinę zbyt zafascynowana sceną, w której została postawiona jako jeden z aktorów.
I dopiero gdy odsunął się od niej gwałtownie, uwalniając ramiona spod stalowego uścisku, nieomal wywracając się na perlistych koralikach – ostałości po żyłce naszyjnika – uniosła wzrok na jego oblicze; w zafrasowanym milczeniu obserwowała go, aby po chwili jedynie wyciągnąć z kieszeni spodni papierosa i odpaliwszy go, zaciągnąć się mętnym dymem.
– Nie oczekuję wyjaśnień – rzekła po chwili, zanurzając się w głębi fotela, na którym spoczęła.
Żarzące się oczko papierosa ponownie zostało uniesione ku pełni warg; jedynie zbytek popiołu, rzewnego aniwersarzu rozjątrzonego tytoniu, opadło po chwili wdzięcznie do popielniczki, a przestrzeń między nimi prędko wypełniła się akwarelą dymu papierosowego.
– Powiedz mi… – rzekła, urwała jednak po chwili, opierając łokcie na blacie jego biurka, aby na splecionych dłoniach oprzeć podbródek.
Pokręciła jedynie głową, ujarzmiając go w przenikliwym spojrzeniu sarnich tęczówek; uśmiech wpłynął na wargi mimowolnie, rozbijając się pianą morską pośród iskier zawierających się w oczach. Nie dokończyła myśli; zamilkła stalowo.