21.11.2025, 00:41 ✶
"Nie wyrzucaj sam wspomnienia. Pozwól je skraść chwastom", dumała na głos Helloise, podsuwając Alexowi rozwiązanie, które z jej perspektywy wydawało się najwłaściwszym. Nie przerywał jej. Wydawał się czekać w lekkim napięciu, jak gdyby i w jego pytaniu kryło się coś więcej poza zwykłą zaczepką do rozmowy. Szczera ciekawość, podszyta obawą. Tą samą obawą, jaką usłyszał w jej głosie. Gdy łapał ją w tych momentach zawahania, w przestrzeni, w której oboje mogli śmiało snuć przypuszczenia, zawsze czuł zachwyt. Tak, to dobre słowo, stwierdził. Zachwyt. Nie była bowiem świadoma tego, jak rzadko rozmawiał z ludźmi w ten sposób. Zadając na głos pytania, na które nie znał odpowiedzi, a potem cierpliwie na odpowiedź oczekując. Zachwyt ustąpił miejsca wdzięczności. Niektóre słowa po prostu musiały paść. Czym innym było usłyszeć ich odległe echo w przestrzeni umysłu, a czym innym doświaczyć ich w pełni, wypowiedzianych na głos.
"Miejsce po wyrzuconym wspomnieniu jest na łasce wiatru. Co wiatr zniesie, to urośnie." Alexander nie pomyślałby o tym wszystkim z tej właśnie perspektywy. Z perspektywy Helloise. Stąpali po terenie, który dla obojga był obcym, ale kiedy szło się razem, ramię w ramię... Szło się jakby raźniej. Długo bowiem Alexander mógł badać tropy własnej pamięci. Myślał o oddanym na własność Lorien najszczęśliwszym wspomnieniu lata. Myślał o nim jak o spłoszonym ptaku, który wzbił się w niebo, zanim zdążył wystrzelić weń z ojcowskiej wiatrówki. O wspomnieniu wieszczego transu, które oddał swemu Mistrzowi, myślał jak o porzuconej norze dzikiego zwierzęcia. Nigdy nie wróciło już do nory. Nie złapało się też w zastawione w lesie wnyki.
Ścieżki jego umysłu były tak krętymi, że sam się na nich czasem gubił. Ojciec nauczył go, jak wyznaczyć północ, stąpać cicho pośród gęstwiny, ale Alexander wciąż kluczył wokół drzew z pustymi rękoma, łapiąc się na tym, że krąży w kółko. Czasem nie mógł w ogóle rozpoznać biegu ścieżek własnego umysłu, choć pamiętał, jak były wytyczane. Patrzył na porzucone na ziemi pierze, na pustą norę. Nie pytał już jednak "gdzie ja jestem?". Pytał: "kim ja jestem?". Bo przecież coś musiało się zmienić, gdy nie patrzył, inaczej nie zgubiłby drogi.
Zmieniała go każda przepowiednia, jaką wypowiadał, a chociaż żadna nie należała do niego, do niego należały wspomnienia. Przeszłość determinowała przyszłość, osadzając go w teraźniejszości. Wszystko musiało pozostawać w równowadze. Bo gdyby zaburzył świętą równowagę, pozbawiając go podparcia, kim by się stał? Kimś podobnym do swej matki, nie wiedzącej, które "kiedy" jest tym właściwym "kiedy"? Wystarczająco wiele zapomniał, kiedy aktywnie brał. Nikomu nie mówił, jak często się na tym łapał. Jak często Donald go na tym łapał. Alexander nie chciał już więcej zapominać.
Może dlatego to, co powiedziała Helloise było mu tak miłym. Było mu pocieszeniem. Nawet gdyby zgubił ścieżkę, wciąż mógł przecież wytyczyć nową, krocząc poprzez chwasty. Może i oddał Lorien najszczęśliwsze ze swych letnich wspomnień, ale w święto równonocy, zanim zaszło słońce, stworzył równie szczęśliwe wspomnienie, jeżeli nie szczęśliwsze.
A więc chwasty. Niech będą chwasty, pomyślał, przypatrując się z zainteresowaniem Helloise. Najszczęśliwsze ze wspomnień, jakie miała przynieść mu jesień, wciąż jeszcze trwało. Siedziało obok niego, uśmiechając się uśmiechem Helloise.
Alexander chciał, żeby trwało jak najdłużej.
– W większości nie odróżniam ich od kwiatów – przyznał, uśmiechając się jak gdyby lekko zawstydzony. Napięcie, jakie pojawiło się w jego ramionach, gdy wypowiedział swoje pytanie na głos, zniknęło. Nawet spojrzenie wydawało się jakby... Łagodniejszym. – Więc jeżeli chcą rosnąć w mojej głowie, niechże się plenią. Może to łąka pełna mleczów zarosła mi ucho? – droczył się chwilę niezobowiązująco, przyjemnie przeciągając żart.
"Dzik zawsze miał być dla ciebie", powiedziała. "I tak bym go nie jadła." Alexander, który utkwił na dłużej wzrok w tłustej plamie na obrusie, na początku chciał powiedzieć Helloise, że dzik był w mitologii celtyckiej atrybutem bogini Arduiny. Opiekunki wszystkiego, co w naturze dzikie i nieposkromione, patronki lasów i kniei. Ale potem...
– Przekonany jestem, że mój kostur będzie, jak to ujęłaś, wystarczającym – odpowiedział żartobliwie, budząc się ze swojego odrętwienia nagłym mruganiem. Z trudem powstrzymał parsknięcie, uśmiech udało mu się jednak ukryć za podniesionym do ust pucharem wypełnionym miodem. Wydawał się w pełni swobodnym, gdy przysłuchiwał się Helloise, niemal w pełni skupiał się bowiem na niej. Obecność tak wielu ludzi wokół wytrącała go z równowagi, ale z nią czuł się dobrze. Przynajmniej dopóki ignorował całą resztę.
Ja chciałabym być wszystkim, poprosiła przecież. Dlaczego nie miałby sprawić jej tej drobnej przyjemności?
– Więc chciałabyś być jako i te chwasty – zauważył lekkim tonem, choć spojrzeniem wciąż uważnie studiował twarz Helloise.
Wszędzie. A więc nawet i w jego głowie? Nie powiedział tego na głos, ale wystarczyła sama sugestia. Podobnie jak przywołane przez Helloise słowa, które padły na spotkaniu w Ataraxii, gdy oboje nosili nie swoje twarze. Czy teraz też chowali się za maskami? Być może bardziej dopasowanymi, a jednak maskami. Alexander obrócił delikatnie opartą o stół dłoń Helloise, tak, aby widzieć jej wnętrze. – A jednak widzę wciąż znajome linie, niczym żyłki ma liściach. Trudno będzie wymazać je z pamięci.
Poważniejsze przemyślenia zachował na później. Póki co, pozwolił chwastom plenić się.
"Straciłeś przywilej bycia młodszym i zbędnym, prawda?"
– Nie – odrzekł z rozmysłem. – Po prostu przestałem uciekać. – Palcem przesunął wzdłuż brzegu wypełnionego miodem kielicha, tak jak wcześniej sunął wzdłuż linii jej serca. "Już nie uciekam", tak napisał Lorien. Blisko miesiąc upłynął od tej deklaracji, ale przecież obiecał to samemu sobie znacznie wcześniej. Od pewnych rzeczy nie dało się uciec. Paczka papierosów w kieszeni. Posmak alkoholu na języku. Przynajmniej nic nie wpuszczał sobie w żyłę. – Myślałem, że doświadczyłem już wszystkiego, co można doświadczyć. Że popadając z jednej skrajności w drugą, poznałem smak życia w całej jego rozciągłości. – Że był wszędzie, bo zjechał świat, zapuszczając się w miejsca, w których postawiło nogę tak niewielu. Myślał, że w wiecznym kręgu życia jest krupierem, który wprawia w ruch koło do ruletki... A może graczem, który zgarnął główną wygraną. Tak naprawdę był tylko głupcem, który przegrywał z kasynem. A przenosząc się od stolika do stolika, tak jak przenosił się od kraju do kraju, nie mógł uciec przed prawdziwym problemem, jakim był on sam. – Myliłem się. – przyznał Alexander. – Nie żyłem tak naprawdę. Uciekałem przed życiem. Stałem się cholernie dobry w uciekaniu. – Wzruszył ramionami. – Nie przeszkadza mi, jeżeli będziesz mną za to pogardzać. W porządku. Wtedy myślałem, że jestem wolny. Jak wiatr. Wieje wszędzie, nigdzie się nie zatrzymuje. Tylko że wiatr nigdzie nie ucieka. Nikogo nie goni. Po prostu wieje. – Nachylił się lekko nad stołem i dmuchnął, sprawiając, że i jego wizytówka przewróciła się, lądując obok tej należącej do Helloise. – Tyle tylko mamy z sobą wspólnego, że obaj nosimy różne opowiastki, jeżeli kto chce słuchać... – Uśmiechnął się pod nosem, widząc, że jego wizytówka wciąż leży wierzchem do góry. Nie, nie było już ucieczki od Alexandra Mulcibera. – ...A czasem nawet zagwiżdżemy piosenkę.
"Miejsce po wyrzuconym wspomnieniu jest na łasce wiatru. Co wiatr zniesie, to urośnie." Alexander nie pomyślałby o tym wszystkim z tej właśnie perspektywy. Z perspektywy Helloise. Stąpali po terenie, który dla obojga był obcym, ale kiedy szło się razem, ramię w ramię... Szło się jakby raźniej. Długo bowiem Alexander mógł badać tropy własnej pamięci. Myślał o oddanym na własność Lorien najszczęśliwszym wspomnieniu lata. Myślał o nim jak o spłoszonym ptaku, który wzbił się w niebo, zanim zdążył wystrzelić weń z ojcowskiej wiatrówki. O wspomnieniu wieszczego transu, które oddał swemu Mistrzowi, myślał jak o porzuconej norze dzikiego zwierzęcia. Nigdy nie wróciło już do nory. Nie złapało się też w zastawione w lesie wnyki.
Ścieżki jego umysłu były tak krętymi, że sam się na nich czasem gubił. Ojciec nauczył go, jak wyznaczyć północ, stąpać cicho pośród gęstwiny, ale Alexander wciąż kluczył wokół drzew z pustymi rękoma, łapiąc się na tym, że krąży w kółko. Czasem nie mógł w ogóle rozpoznać biegu ścieżek własnego umysłu, choć pamiętał, jak były wytyczane. Patrzył na porzucone na ziemi pierze, na pustą norę. Nie pytał już jednak "gdzie ja jestem?". Pytał: "kim ja jestem?". Bo przecież coś musiało się zmienić, gdy nie patrzył, inaczej nie zgubiłby drogi.
Zmieniała go każda przepowiednia, jaką wypowiadał, a chociaż żadna nie należała do niego, do niego należały wspomnienia. Przeszłość determinowała przyszłość, osadzając go w teraźniejszości. Wszystko musiało pozostawać w równowadze. Bo gdyby zaburzył świętą równowagę, pozbawiając go podparcia, kim by się stał? Kimś podobnym do swej matki, nie wiedzącej, które "kiedy" jest tym właściwym "kiedy"? Wystarczająco wiele zapomniał, kiedy aktywnie brał. Nikomu nie mówił, jak często się na tym łapał. Jak często Donald go na tym łapał. Alexander nie chciał już więcej zapominać.
Może dlatego to, co powiedziała Helloise było mu tak miłym. Było mu pocieszeniem. Nawet gdyby zgubił ścieżkę, wciąż mógł przecież wytyczyć nową, krocząc poprzez chwasty. Może i oddał Lorien najszczęśliwsze ze swych letnich wspomnień, ale w święto równonocy, zanim zaszło słońce, stworzył równie szczęśliwe wspomnienie, jeżeli nie szczęśliwsze.
A więc chwasty. Niech będą chwasty, pomyślał, przypatrując się z zainteresowaniem Helloise. Najszczęśliwsze ze wspomnień, jakie miała przynieść mu jesień, wciąż jeszcze trwało. Siedziało obok niego, uśmiechając się uśmiechem Helloise.
Alexander chciał, żeby trwało jak najdłużej.
– W większości nie odróżniam ich od kwiatów – przyznał, uśmiechając się jak gdyby lekko zawstydzony. Napięcie, jakie pojawiło się w jego ramionach, gdy wypowiedział swoje pytanie na głos, zniknęło. Nawet spojrzenie wydawało się jakby... Łagodniejszym. – Więc jeżeli chcą rosnąć w mojej głowie, niechże się plenią. Może to łąka pełna mleczów zarosła mi ucho? – droczył się chwilę niezobowiązująco, przyjemnie przeciągając żart.
"Dzik zawsze miał być dla ciebie", powiedziała. "I tak bym go nie jadła." Alexander, który utkwił na dłużej wzrok w tłustej plamie na obrusie, na początku chciał powiedzieć Helloise, że dzik był w mitologii celtyckiej atrybutem bogini Arduiny. Opiekunki wszystkiego, co w naturze dzikie i nieposkromione, patronki lasów i kniei. Ale potem...
– Przekonany jestem, że mój kostur będzie, jak to ujęłaś, wystarczającym – odpowiedział żartobliwie, budząc się ze swojego odrętwienia nagłym mruganiem. Z trudem powstrzymał parsknięcie, uśmiech udało mu się jednak ukryć za podniesionym do ust pucharem wypełnionym miodem. Wydawał się w pełni swobodnym, gdy przysłuchiwał się Helloise, niemal w pełni skupiał się bowiem na niej. Obecność tak wielu ludzi wokół wytrącała go z równowagi, ale z nią czuł się dobrze. Przynajmniej dopóki ignorował całą resztę.
Ja chciałabym być wszystkim, poprosiła przecież. Dlaczego nie miałby sprawić jej tej drobnej przyjemności?
– Więc chciałabyś być jako i te chwasty – zauważył lekkim tonem, choć spojrzeniem wciąż uważnie studiował twarz Helloise.
Wszędzie. A więc nawet i w jego głowie? Nie powiedział tego na głos, ale wystarczyła sama sugestia. Podobnie jak przywołane przez Helloise słowa, które padły na spotkaniu w Ataraxii, gdy oboje nosili nie swoje twarze. Czy teraz też chowali się za maskami? Być może bardziej dopasowanymi, a jednak maskami. Alexander obrócił delikatnie opartą o stół dłoń Helloise, tak, aby widzieć jej wnętrze. – A jednak widzę wciąż znajome linie, niczym żyłki ma liściach. Trudno będzie wymazać je z pamięci.
Poważniejsze przemyślenia zachował na później. Póki co, pozwolił chwastom plenić się.
Rzut Emocje 1d25 - 20
Księżyc (Refleksja)
Księżyc (Refleksja)
"Straciłeś przywilej bycia młodszym i zbędnym, prawda?"
– Nie – odrzekł z rozmysłem. – Po prostu przestałem uciekać. – Palcem przesunął wzdłuż brzegu wypełnionego miodem kielicha, tak jak wcześniej sunął wzdłuż linii jej serca. "Już nie uciekam", tak napisał Lorien. Blisko miesiąc upłynął od tej deklaracji, ale przecież obiecał to samemu sobie znacznie wcześniej. Od pewnych rzeczy nie dało się uciec. Paczka papierosów w kieszeni. Posmak alkoholu na języku. Przynajmniej nic nie wpuszczał sobie w żyłę. – Myślałem, że doświadczyłem już wszystkiego, co można doświadczyć. Że popadając z jednej skrajności w drugą, poznałem smak życia w całej jego rozciągłości. – Że był wszędzie, bo zjechał świat, zapuszczając się w miejsca, w których postawiło nogę tak niewielu. Myślał, że w wiecznym kręgu życia jest krupierem, który wprawia w ruch koło do ruletki... A może graczem, który zgarnął główną wygraną. Tak naprawdę był tylko głupcem, który przegrywał z kasynem. A przenosząc się od stolika do stolika, tak jak przenosił się od kraju do kraju, nie mógł uciec przed prawdziwym problemem, jakim był on sam. – Myliłem się. – przyznał Alexander. – Nie żyłem tak naprawdę. Uciekałem przed życiem. Stałem się cholernie dobry w uciekaniu. – Wzruszył ramionami. – Nie przeszkadza mi, jeżeli będziesz mną za to pogardzać. W porządku. Wtedy myślałem, że jestem wolny. Jak wiatr. Wieje wszędzie, nigdzie się nie zatrzymuje. Tylko że wiatr nigdzie nie ucieka. Nikogo nie goni. Po prostu wieje. – Nachylił się lekko nad stołem i dmuchnął, sprawiając, że i jego wizytówka przewróciła się, lądując obok tej należącej do Helloise. – Tyle tylko mamy z sobą wspólnego, że obaj nosimy różne opowiastki, jeżeli kto chce słuchać... – Uśmiechnął się pod nosem, widząc, że jego wizytówka wciąż leży wierzchem do góry. Nie, nie było już ucieczki od Alexandra Mulcibera. – ...A czasem nawet zagwiżdżemy piosenkę.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat