21.11.2025, 11:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.11.2025, 11:28 przez Brenna Longbottom.)
– Możemy mieć problemy z teleportacją, skoro wyspa jest nienanoszalna… i w sumie jedyne miejsce, gdzie wiemy, że nie wylądujemy w gnieździe kwintoped, to ta plaża.
Ląd był trochę za daleko, aby dało się teleportować tam bezpośrednio, a czy teleportacja działała na samym terenie zamku, to musieli dopiero się przekonać, jak już upewnią się, że nie wylądują w żadnej ścianie.
– Mam nadzieję, Tommy, ale jeśli opowieść jest prawdziwa, te stwory wymordowały cały klan czarodziejów. I to klan dostatecznie potężny, żeby je przekląć. Mam obawy, że walka z nimi, kiedy zbierze się całe stado, będzie trudna. Wolałabym, żebyśmy ich unikali przynajmniej póki nie upewnimy się, że mamy jakieś bezpieczne miejsce – przyznała ostrożnie. Problem polegał na tym, że – co dobra z przyrody Dora mogła wiedzieć – praktycznie nikt nie wiedział za wiele o kwintopedach. Thomas być może znał tę legendę z podręczników dla klątwołamaczy: Ministerstwo wiele razy próbowało złapać jakąś kwintopedę, aby zdjąć z niej klątwę. Ale wzięcie tych stworzeń żywcem i ich przetransportowanie okazało się praktycznie niemożliwe – były silne, zaciekłe, krwiożercze i w dodatku nadzwyczajnie sprytne.
Prawie jakby naprawdę pod potworną powłoką kryli się ludzie. Oszalali może, na pewno nie mający śladów czegoś takiego jak moralność, ale bez wątpienia będący w stanie kalkulować.
- Najlepiej sprawdzić, czy Cormac i Finn coś zrobili, i spróbować to wykorzystać... tak myślę. O ile faktycznie będziemy musieli szukać ich poza zamkiem.
Szczęśliwie była nieświadoma, że jej brat planował, aby zrobiła tutaj takie ciekawe zakupy – rozglądała się więc po prostu i przystanęła przy murze, przesuwając dłonią po długiej rysie w pobliżu wejścia.
– Wygląda trochę jak pazury. Oby ten ślad nie był świeży – mruknęła.
Erik i Heather jako pierwsi dotarli na miejsce i mogli przelecieć nad dziedzińcem – pustym – i murami. Longbottomowi w pewnym momencie, gdy przelatywał w pobliżu muru, rzuciło się coś w oczy – jedno z pomieszczeń na piętrze, które mijał, miało… drewniane okiennice, teraz zatrzaśnięte. Z gatunku tych, które zdecydowanie nie miały szans przetrwać setek lat: być może Cormac lub Finn właśnie tu osiedli i próbowali zabezpieczyć je przed chłodem?
Dorze, gdy weszli na dziedziniec, przy jednym z wejść do samego zamku rzuciło się coś w oczy: znaki, naniesione na mur. Zdawało się jej, że rozpoznaje niektóre runy. Może była to pamiątka po poprzednich właścicielach – a może Finn lub Cormac zadbali o ustawienie paru pieczęci, by potwory nie wdarły się do wnętrza budynku, w którym prowadzili poszukiwania…?
Jonathan rozglądając się nie dojrzał żadnych śladów po bestiach, ani gdy szli na górę, ani gdy dotarli na dziedziniec. Dostrzegł za to dwie inne rzeczy.
Po pierwsze, mógłby przysiąc, że światło mignęło w jednej z wieżyczek, ale może tylko się mu to zdawało? Mrugnął i już niczego nie widział – a nikt z grupy nie wyłapał tego fenomenu.
Po drugie, gdy jego wzrok padł na studnię, położoną na dziedzińcu, zauważył w jej pobliżu, na rozmokłej ziemi, ślady stóp i porzucone wiadro. Cormac albo Finn musieli być tutaj niedawno – maksymalnie dwa dni temu – a w ziemi nie odcisnęło się nic, co przypominałoby łapy. Z pewnością mężczyźni albo tuż po wysłaniu listu albo tuż przed jego wysłaniem byli w tym miejscu i jeśli coś ich zaatakowało, raczej nie na dziedzińcu.
Proszę was o odpisy do wieczora 25.11. Możecie kręcić się po dziedzińcu albo już wejść do środka czy – w przypadku postaci na miotłach – kombinować w inny sposób. Po rozpoczęciu kolejnej tury tutaj zacznę też już wrzucać sesje z drugiego etapu.
Ląd był trochę za daleko, aby dało się teleportować tam bezpośrednio, a czy teleportacja działała na samym terenie zamku, to musieli dopiero się przekonać, jak już upewnią się, że nie wylądują w żadnej ścianie.
– Mam nadzieję, Tommy, ale jeśli opowieść jest prawdziwa, te stwory wymordowały cały klan czarodziejów. I to klan dostatecznie potężny, żeby je przekląć. Mam obawy, że walka z nimi, kiedy zbierze się całe stado, będzie trudna. Wolałabym, żebyśmy ich unikali przynajmniej póki nie upewnimy się, że mamy jakieś bezpieczne miejsce – przyznała ostrożnie. Problem polegał na tym, że – co dobra z przyrody Dora mogła wiedzieć – praktycznie nikt nie wiedział za wiele o kwintopedach. Thomas być może znał tę legendę z podręczników dla klątwołamaczy: Ministerstwo wiele razy próbowało złapać jakąś kwintopedę, aby zdjąć z niej klątwę. Ale wzięcie tych stworzeń żywcem i ich przetransportowanie okazało się praktycznie niemożliwe – były silne, zaciekłe, krwiożercze i w dodatku nadzwyczajnie sprytne.
Prawie jakby naprawdę pod potworną powłoką kryli się ludzie. Oszalali może, na pewno nie mający śladów czegoś takiego jak moralność, ale bez wątpienia będący w stanie kalkulować.
- Najlepiej sprawdzić, czy Cormac i Finn coś zrobili, i spróbować to wykorzystać... tak myślę. O ile faktycznie będziemy musieli szukać ich poza zamkiem.
Szczęśliwie była nieświadoma, że jej brat planował, aby zrobiła tutaj takie ciekawe zakupy – rozglądała się więc po prostu i przystanęła przy murze, przesuwając dłonią po długiej rysie w pobliżu wejścia.
– Wygląda trochę jak pazury. Oby ten ślad nie był świeży – mruknęła.
Erik i Heather jako pierwsi dotarli na miejsce i mogli przelecieć nad dziedzińcem – pustym – i murami. Longbottomowi w pewnym momencie, gdy przelatywał w pobliżu muru, rzuciło się coś w oczy – jedno z pomieszczeń na piętrze, które mijał, miało… drewniane okiennice, teraz zatrzaśnięte. Z gatunku tych, które zdecydowanie nie miały szans przetrwać setek lat: być może Cormac lub Finn właśnie tu osiedli i próbowali zabezpieczyć je przed chłodem?
Dorze, gdy weszli na dziedziniec, przy jednym z wejść do samego zamku rzuciło się coś w oczy: znaki, naniesione na mur. Zdawało się jej, że rozpoznaje niektóre runy. Może była to pamiątka po poprzednich właścicielach – a może Finn lub Cormac zadbali o ustawienie paru pieczęci, by potwory nie wdarły się do wnętrza budynku, w którym prowadzili poszukiwania…?
Jonathan rozglądając się nie dojrzał żadnych śladów po bestiach, ani gdy szli na górę, ani gdy dotarli na dziedziniec. Dostrzegł za to dwie inne rzeczy.
Po pierwsze, mógłby przysiąc, że światło mignęło w jednej z wieżyczek, ale może tylko się mu to zdawało? Mrugnął i już niczego nie widział – a nikt z grupy nie wyłapał tego fenomenu.
Po drugie, gdy jego wzrok padł na studnię, położoną na dziedzińcu, zauważył w jej pobliżu, na rozmokłej ziemi, ślady stóp i porzucone wiadro. Cormac albo Finn musieli być tutaj niedawno – maksymalnie dwa dni temu – a w ziemi nie odcisnęło się nic, co przypominałoby łapy. Z pewnością mężczyźni albo tuż po wysłaniu listu albo tuż przed jego wysłaniem byli w tym miejscu i jeśli coś ich zaatakowało, raczej nie na dziedzińcu.
Proszę was o odpisy do wieczora 25.11. Możecie kręcić się po dziedzińcu albo już wejść do środka czy – w przypadku postaci na miotłach – kombinować w inny sposób. Po rozpoczęciu kolejnej tury tutaj zacznę też już wrzucać sesje z drugiego etapu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.