21.11.2025, 22:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2025, 14:48 przez Alexander Mulciber.)
Nie byłby to pierwszy raz, kiedy przywdział twarz Williama Lestrange. Nie spodziewał się jednak, że przyjdzie mu zrobić to w dosłownym tego słowa znaczeniu.
– Nie dotykaj – wycedził gwałtownie, gdy zobaczył, jak William dotyka jego kart tarota.
Zerwał się nagle, sięgając ręką poprzez stolik, jak gdyby chciał go powstrzymać, choćby miał mu przy tym połamać palce. Odetchnął jednak gwałtownie, zastygnąwszy w pół gestu. Ostatkiem sił zaledwie powstrzymał się przed wyszarpnięciem swej ukochanej talii z rąk Williama. To znaczy z rąk Alexandra. Widać było, jak traci i niemal natychmiast odzyskuje tak bardzo potrzebne opanowanie. Przejechał jedną z nieswoich dłoni po nieswojej twarzy, drugą nieswoją dłoń wspierając wciąż o blat stolika, który wcześniej szczęknął głośno ciężarem porcelany. Wtedy, gdy Alexander opuścił na z niego z impetem zrezygnowaną pięść. Nieswoją. Na szczęście poruszenie trwało w całej kawiarni, obok której przemknął poltergeist. Ludzie niespecjalnie przywiązywali uwagę do tego, co działo się przy ich stoliku, gdy sami oberwali jakimiś dziwnymi klątwami, które poleciały rykoszetem. Słyszał krzyki brygadierów, którzy pognali za duchem. Alexander przytknął dłoń do ust, próbując uspokoić oddech. Widać było, że wciąż pozostaje w stanie silnego wzburzenia. Powstrzymał się jednak przed najgorszym z grzechów, jakie mógł popełnić. Dotknąć swoich kart nieswoimi dłońmi. Palce jego... To znaczy palce Williama nerwowo uderzały o blat stolika. Nie cierpiał ich. A jednocześnie rozkoszował się pozbawioną drżenia precyzją, z jaką wystukiwały swój nerwowy rytm.
– Nie dotykaj moich kart – powtórzył, o wiele już spokojniej. – Nie tych. Te instrumenta... – Alexander oblizał usta, czując, że zaschło mu nagle w gardle. – ...są niezwykle wrażliwymi. Nie żartuję, Williamie Lestrange. Każda talia, tylko nie ta. – Nawet nie mrugnąłby okiem, gdyby William przeleciał mu żonę. Ale dotykanie jego kart? Tego było już dla Alexandra za wiele. – Zachowuj się, do licha. Widziałeś, żebym grzebał ci po kieszeniach?
Czuł, że pełno miał szpargałów poupychanych po kieszeniach, klekotały zresztą przy najmniejszym jego poruszeniu. Alexander odetchnął głęboko, sięgając po cukier i śmietankę. Zawsze pił kawę czarną, mocną. Z jakiegoś powodu zaczął jednak walić cukier jak głupi, łyżeczka za łyżeczką. A potem dolał jeszcze mleka. Zamieszał. Ręce mu nie drżały, więc nie stuknął ani razu o ścianki naczynia. Wpatrywał się w osadzającą się na nich piankę, dostrzegając...
...Jebanego Don Kichota walczącego z wiatrakami. To wszystko nie ma sensu, stwierdził dziwnie zobojętniały Alexander. Najpierw Ósemka Denarów, stanowiąca zapowiedź ciężkiej pracy, teraz wiatrak, będący potwierdzeniem, a zarazem klaryfikacją wcześniejszej wróżby. Cóż to miało znaczyć? Czyżby przeprawa z Williamem miała przynieść kres tym żałosnym przepychankom z Lestrange'ami?
– Wróżbitą. Jasnowidzem. Niewymownym. – Odłożył łyżeczkę na spodek, wreszcie oderwając wzrok od kawy. Skupił swoje spojrzenie na Williamie, mimowolnie mrużąc przy tym oczy. Czuł, że lekko łzawią. Nie były przyzwyczajone do tak rzadkiego mrugania.
Alexander poprawił okulary na nosie.
– To właśnie widzę. Chociaż patrzę na ciebie, widzę siebie. – Przesunął ręką po nieogolonej szczęce, krzywiąc się przy tym, jak gdyby z niesmakiem. Zaczął badać ograniczenia obcego ciała, tak samo jak zwykł badać ograniczenia swych snów, gdy próbował się obudzić. Czy wciąż czuję ból, pomyślał, wsadzając palec do gorącej kawy. Sparzył się, ale nie zareagował. Jeżeli to był sen, był bardzo realistyczny. – Ty też patrzysz na siebie. Patrzysz, ale nie widzisz. Żeby widzieć, najpierw należy nauczyć się patrzeć. Czemu chciałeś się ze mną widzieć, Williamie Lestrange. Myślałem, że nie chcesz na mnie patrzeć. Wiesz. Po tym jak wyruchałem ci siostrę i zniszczyłem do szczętu jej reputację. W zasadzie niszczę ją od blisko siedmiu lat, ale miewam tendencje do prokrastynacji, rozumiesz mnie. Nie odniosłem jednak wrażenia, żebyś chciał mnie wyzywać z tego powodu na pojedynek. A skoro o tym mowa, nie dotykaj też mojej różdżki. Możesz mieć moje dłonie, ale nie kieruje nimi moja wola. A ja... Jestem przywiązany do moich rzeczy.
– Nie dotykaj – wycedził gwałtownie, gdy zobaczył, jak William dotyka jego kart tarota.
Zerwał się nagle, sięgając ręką poprzez stolik, jak gdyby chciał go powstrzymać, choćby miał mu przy tym połamać palce. Odetchnął jednak gwałtownie, zastygnąwszy w pół gestu. Ostatkiem sił zaledwie powstrzymał się przed wyszarpnięciem swej ukochanej talii z rąk Williama. To znaczy z rąk Alexandra. Widać było, jak traci i niemal natychmiast odzyskuje tak bardzo potrzebne opanowanie. Przejechał jedną z nieswoich dłoni po nieswojej twarzy, drugą nieswoją dłoń wspierając wciąż o blat stolika, który wcześniej szczęknął głośno ciężarem porcelany. Wtedy, gdy Alexander opuścił na z niego z impetem zrezygnowaną pięść. Nieswoją. Na szczęście poruszenie trwało w całej kawiarni, obok której przemknął poltergeist. Ludzie niespecjalnie przywiązywali uwagę do tego, co działo się przy ich stoliku, gdy sami oberwali jakimiś dziwnymi klątwami, które poleciały rykoszetem. Słyszał krzyki brygadierów, którzy pognali za duchem. Alexander przytknął dłoń do ust, próbując uspokoić oddech. Widać było, że wciąż pozostaje w stanie silnego wzburzenia. Powstrzymał się jednak przed najgorszym z grzechów, jakie mógł popełnić. Dotknąć swoich kart nieswoimi dłońmi. Palce jego... To znaczy palce Williama nerwowo uderzały o blat stolika. Nie cierpiał ich. A jednocześnie rozkoszował się pozbawioną drżenia precyzją, z jaką wystukiwały swój nerwowy rytm.
– Nie dotykaj moich kart – powtórzył, o wiele już spokojniej. – Nie tych. Te instrumenta... – Alexander oblizał usta, czując, że zaschło mu nagle w gardle. – ...są niezwykle wrażliwymi. Nie żartuję, Williamie Lestrange. Każda talia, tylko nie ta. – Nawet nie mrugnąłby okiem, gdyby William przeleciał mu żonę. Ale dotykanie jego kart? Tego było już dla Alexandra za wiele. – Zachowuj się, do licha. Widziałeś, żebym grzebał ci po kieszeniach?
Czuł, że pełno miał szpargałów poupychanych po kieszeniach, klekotały zresztą przy najmniejszym jego poruszeniu. Alexander odetchnął głęboko, sięgając po cukier i śmietankę. Zawsze pił kawę czarną, mocną. Z jakiegoś powodu zaczął jednak walić cukier jak głupi, łyżeczka za łyżeczką. A potem dolał jeszcze mleka. Zamieszał. Ręce mu nie drżały, więc nie stuknął ani razu o ścianki naczynia. Wpatrywał się w osadzającą się na nich piankę, dostrzegając...
Rzut Symbol 1d258 - 235
Wiatrak (sukces poprzez ciężką pracę)
Wiatrak (sukces poprzez ciężką pracę)
...Jebanego Don Kichota walczącego z wiatrakami. To wszystko nie ma sensu, stwierdził dziwnie zobojętniały Alexander. Najpierw Ósemka Denarów, stanowiąca zapowiedź ciężkiej pracy, teraz wiatrak, będący potwierdzeniem, a zarazem klaryfikacją wcześniejszej wróżby. Cóż to miało znaczyć? Czyżby przeprawa z Williamem miała przynieść kres tym żałosnym przepychankom z Lestrange'ami?
– Wróżbitą. Jasnowidzem. Niewymownym. – Odłożył łyżeczkę na spodek, wreszcie oderwając wzrok od kawy. Skupił swoje spojrzenie na Williamie, mimowolnie mrużąc przy tym oczy. Czuł, że lekko łzawią. Nie były przyzwyczajone do tak rzadkiego mrugania.
Alexander poprawił okulary na nosie.
– To właśnie widzę. Chociaż patrzę na ciebie, widzę siebie. – Przesunął ręką po nieogolonej szczęce, krzywiąc się przy tym, jak gdyby z niesmakiem. Zaczął badać ograniczenia obcego ciała, tak samo jak zwykł badać ograniczenia swych snów, gdy próbował się obudzić. Czy wciąż czuję ból, pomyślał, wsadzając palec do gorącej kawy. Sparzył się, ale nie zareagował. Jeżeli to był sen, był bardzo realistyczny. – Ty też patrzysz na siebie. Patrzysz, ale nie widzisz. Żeby widzieć, najpierw należy nauczyć się patrzeć. Czemu chciałeś się ze mną widzieć, Williamie Lestrange. Myślałem, że nie chcesz na mnie patrzeć. Wiesz. Po tym jak wyruchałem ci siostrę i zniszczyłem do szczętu jej reputację. W zasadzie niszczę ją od blisko siedmiu lat, ale miewam tendencje do prokrastynacji, rozumiesz mnie. Nie odniosłem jednak wrażenia, żebyś chciał mnie wyzywać z tego powodu na pojedynek. A skoro o tym mowa, nie dotykaj też mojej różdżki. Możesz mieć moje dłonie, ale nie kieruje nimi moja wola. A ja... Jestem przywiązany do moich rzeczy.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat