6 marca 1972
Little Hangleton, dom Corvusa
Lycoris Black i Corvus M. de Rune
Wszechrzecz miękko witała przedwiośnie, które swe kwieciste poły rozciągały nad zaśnieżonym londyńskim brukiem; pierwsze przebiśniegi nieśmiało wychylały swe główki spod masywu białego puchu, kierując swe oczy ku lepkiemu sokowi słońca, miło otulającego eter – jeszcze w akompaniamencie ostatnich przymrozków, toczących haniebną walkę o pierwsze skrzypce w zbliżającej się chyżo wiośnie. Szarość budynków i miałkość pyłu wielkomiejskiego przełamywane były językami słonecznymi, które łagodnie muskały oblicze ziemi – tandetny połysk tkanin każdorazowo przemieniając w lśniący przepych. Nawet straconych nocy nie było żal sercu; rozgwieżdżony koc oblewający nieboskłon szczypał ostatnim mrozem w policzki, rozlewając nań pąs. Łaskawość matki natury zawierała się w drobnych szkopułach; takich jak wicher zwolna chyboczący sylwetami iglastych drzew, których w wielkomiejskim świecie było przecież tak mało.
Nie snuła nigdy mrzonek przecież; nigdy przesilenie wiosenne nie zastawało jej skalanej dłonią bezlitosnej ekscytacji – wręcz na odwrót; dobitne, sine ślady pod oczami świadczyły o kolejnej nieprzespanej nocy w towarzystwie opium, bezlitosnej i dręczącej. Gdyby tylko objęcia Morfeusza brały ją w swe stalowe ramiona skuteczniej!; gdyby tylko pod powiekami nie przewijał się kalejdoskop niewiadomych barw – może nawet wówczas byłaby milsza w obejściu. Tymczasem, zgorzkniała do samego szpiku kości, brzydziła się ludźmi z równym angażem, co przemijających niezamieszkanie dni.
On przecież był inny; o szlachetnych rysach patrycjusza, charakterze ciętym; budził w niej uśpione gdzieś w aberracjach umysłu emocje – poruszał tlący się ognik ekscytacji. Za każdym razem, gdy miała go zobaczyć, coś drżało pośród miriad umysłu; nie była to szczenięca miłość, nie była to nawet jej dojrzała odmiana; jedynie absurdalna ekstaza i ekscytacja na myśl, czym ją tym razem zaskoczy.
Nie nudziła się w jego towarzystwie, co stanowiło klucz do fasady zbudowanej z mnogości emocji. Czuła się nieomal jak niewinna podlotka, o podwiązkach znaczących drogę podboju w niewinnym akwenie uczuć – naturalnie, nie kochała go; jakżeby mogła upodlić się do tego stopnia, aby żywić jakiekolwiek emocje tego gatunku.
A jednak za każdym razem do niego wracała.
Ich relacja była zbudowana na specyfice wzajemnej agresji i nienawiści, która sprowadzała ich na sam kraniec namiętności. Czuła się zgoła odmiennie, inaczej w prozie westchnięć, gniewnie marszczonych brwi i wypluwanych słów, skalanych agresją. Nie potrafiła od niego odejść.
Jej aparycja, bardziej przywodząca na myśl mężczyznę, aniżeli pełną wdzięku kobietę, tym razem także nie miewała się inaczej, niż w swym wiodącym nastroju – luźne spodnie, czarny golf i marynarka otulające wysoką sylwetkę szły w nieodzownym akompaniamencie luźno spływających po ramionach włosów, westchnięcia grzywki, kosmykami przysłaniającej czoło i pełni ust, tym razem pomalowanych burgundem pomadki. Może gdyby nie te wory pod oczami, wyglądałaby względnie nie jak zwłoki, po których wodziła dłońmi na szczeblach kariery.
Posiadłość w Little Hangleton, pełna przepychu i bogactwa, od zawsze stanowiła opozycję do jej mieszkania – absolutnie ubogiego w jakikolwiek wystrój, zagospodarowanego ciężkimi księgami. Wyłoniwszy się z kominka, otrzepała odzienie ze zbytku popiołu, który osiadł na jej fizjonomii. Czekał na nią, wiedziała o tym na rozciągłości oddechów; obrzuciła go jedynie swoim standardowo zblazowanym wzrokiem, aby po chwili rozchylić wargi, zupełnie jakby chciała wylać z siebie potok słów.
– Jednoosobowy komitet powitalny? – sarknęła, skupiając wzrok na jego sylwetce.
W głębi duszy przecież potrzebowała go i pragnęła; dynamika ich relacji zawierała się w upadkach i wzlotach, które najprościej było ująć jako wybuchy gwałtownej agresji i uczucia. Bo choć przecież nigdy nie przyznałaby tego przed samą sobą – żywiła do niego emocje burzliwe. Może właśnie dlatego teraz lustrowała jego sylwetkę, jakby widziała go po raz pierwszy na oczy?