25.02.2023, 14:14 ✶
Zmusiła się do posłania Trelawneyowi uśmiechu. Dość słabego.
- Bardzo dziękuję – powiedziała po prostu, plecami podpierając się o ścianę. Miała ochotę zamknąć oczy i iść spać, ale wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić. Wprawdzie w przeciwieństwie do Pereginusa nie spodziewała się żadnego określonego zagrożenia, ale spanie w bocznej alejce nie było bezpieczne. Nie wspominając już o tym, że wcale nie była pewna, czy mężczyzna spełni jej prośbę, a jeżeli nie – będzie musiała poradzić sobie sama.
Czekała na jego powrót cierpliwie. Nie miała większego wyjścia. Głowę wciąż miała ociężałą, gdy spróbowała się podnieść, zrobiło się jej słabo. Nie była pewna, czy okazała się bardziej podatna niż Regina, czy na tamtą zadziałało to wszystko słabiej, ze względu na rozmiary, czy też Brenna znalazła ją po prostu sporo później, kiedy narkotyk przestał już działać. Gdy na moment ściany znów rozmyły się jej przed oczyma, wbiła sobie paznokcie we wnętrze dłoni, w rozpaczliwej próbie pozostania przy rzeczywistości. Nie zanurzenia się w wizjach przeszłości. Przez to powrót Trelawneya zauważyła dopiero, gdy ten się do niej odezwał.
- Tak. Bones. Ma… ma dziś dyżur. Chyba że jestem bardziej naćpana niż sądziłam i minęło parę dni – powiedziała, unosząc dłoń i podrapanymi palcami przesuwając po skroni, jakby w nadziei, że mniejszy to pulsujący ból głowy. Wiedziała, że sowie przelecenie do Ministerstwa zajmie kilkanaście minut, ale nie wątpiła, że gdy już tam dotrze, to Mavelle po nią przyjdzie.
Musiała się skupić, by odpowiedzieć na kolejne pytanie. Dopiero po paru sekundach jej umysł, wciąż nie pracujący na pełni obrotów, załapał, o co mężczyzna w ogóle pytał. Pokręciła głową i nieomal natychmiast tego pożałowała, bo świat zawirował, jakby Brenna wsiadła na mugolską karuzelę.
- Nie sądzę. To było chyba kadzidło. Ludzie… - zawahała się, próbując zmusić myśli do współpracy z językiem. Z racji na to, że sporo osób już doświadczyło skutków tego kadzidła, informacja wcale nie była specjalnie tajna. Plotki się rozchodziły. Było też oczywiste, że ktoś z Brygady zacznie szukać źródła. – Różni ludzie mają ostatnio na Pokątnej halucynacje. Szukałam źródła. Chyba je znalazłam. Albo ono znalazło mnie. I nagle nic nie wyglądało, jak powinno. Ale wątpię, by ktoś za mną szedł. Nie miałam… nie mam na sobie munduru. Nie było… przeznaczone konkretnie dla mnie. I to nie było tutaj.
Na nieszczęście, nie mogła sobie przypomnieć, gdzie dokładnie była, kiedy to wszystko się zaczęło. W jej głowie panował zbyt duży zamęt. Na pewno nie w tej alejce, w której skończyła. W swoich wizjach szła, szła, błądziła tak długo, ale tak naprawdę mogła po prostu przejść z jednej uliczki do drugiej. Mogła mieć tylko nadzieję, że przypomni sobie później. W tej chwili jej ostatnim sensownym wspomnieniem był po prostu zapach, a potem pamiętała już tylko labirynt uliczek, zmieniających się na jej oczach. Najpierw pustkę, a później krążące wokół widma.
- Nie trzeba – zapewniła automatycznie. Zapewniałaby tak prawdopodobnie nawet, gdyby stała krwawiąc z wielu ran, bo to leżało już w charakterze Brenny, ale tym razem miała powód, by sądzić, że za jakąś godzinę, dwie dojdzie do siebie. Nie chciała robić zamieszania. Poza tym po prostu nie miała czasu na wizytę w Mungu, na którą pewnie nalegałby uzdrowiciel. Musiała złożyć raport.
Gdy tylko przypomni sobie, jak się stawia litery. W tej chwili mogłaby mieć z tym problem.
- Spotkałam trzy osoby, które miały… te same objawy. Po pewnym czasie dochodziły do siebie.
- Bardzo dziękuję – powiedziała po prostu, plecami podpierając się o ścianę. Miała ochotę zamknąć oczy i iść spać, ale wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić. Wprawdzie w przeciwieństwie do Pereginusa nie spodziewała się żadnego określonego zagrożenia, ale spanie w bocznej alejce nie było bezpieczne. Nie wspominając już o tym, że wcale nie była pewna, czy mężczyzna spełni jej prośbę, a jeżeli nie – będzie musiała poradzić sobie sama.
Czekała na jego powrót cierpliwie. Nie miała większego wyjścia. Głowę wciąż miała ociężałą, gdy spróbowała się podnieść, zrobiło się jej słabo. Nie była pewna, czy okazała się bardziej podatna niż Regina, czy na tamtą zadziałało to wszystko słabiej, ze względu na rozmiary, czy też Brenna znalazła ją po prostu sporo później, kiedy narkotyk przestał już działać. Gdy na moment ściany znów rozmyły się jej przed oczyma, wbiła sobie paznokcie we wnętrze dłoni, w rozpaczliwej próbie pozostania przy rzeczywistości. Nie zanurzenia się w wizjach przeszłości. Przez to powrót Trelawneya zauważyła dopiero, gdy ten się do niej odezwał.
- Tak. Bones. Ma… ma dziś dyżur. Chyba że jestem bardziej naćpana niż sądziłam i minęło parę dni – powiedziała, unosząc dłoń i podrapanymi palcami przesuwając po skroni, jakby w nadziei, że mniejszy to pulsujący ból głowy. Wiedziała, że sowie przelecenie do Ministerstwa zajmie kilkanaście minut, ale nie wątpiła, że gdy już tam dotrze, to Mavelle po nią przyjdzie.
Musiała się skupić, by odpowiedzieć na kolejne pytanie. Dopiero po paru sekundach jej umysł, wciąż nie pracujący na pełni obrotów, załapał, o co mężczyzna w ogóle pytał. Pokręciła głową i nieomal natychmiast tego pożałowała, bo świat zawirował, jakby Brenna wsiadła na mugolską karuzelę.
- Nie sądzę. To było chyba kadzidło. Ludzie… - zawahała się, próbując zmusić myśli do współpracy z językiem. Z racji na to, że sporo osób już doświadczyło skutków tego kadzidła, informacja wcale nie była specjalnie tajna. Plotki się rozchodziły. Było też oczywiste, że ktoś z Brygady zacznie szukać źródła. – Różni ludzie mają ostatnio na Pokątnej halucynacje. Szukałam źródła. Chyba je znalazłam. Albo ono znalazło mnie. I nagle nic nie wyglądało, jak powinno. Ale wątpię, by ktoś za mną szedł. Nie miałam… nie mam na sobie munduru. Nie było… przeznaczone konkretnie dla mnie. I to nie było tutaj.
Na nieszczęście, nie mogła sobie przypomnieć, gdzie dokładnie była, kiedy to wszystko się zaczęło. W jej głowie panował zbyt duży zamęt. Na pewno nie w tej alejce, w której skończyła. W swoich wizjach szła, szła, błądziła tak długo, ale tak naprawdę mogła po prostu przejść z jednej uliczki do drugiej. Mogła mieć tylko nadzieję, że przypomni sobie później. W tej chwili jej ostatnim sensownym wspomnieniem był po prostu zapach, a potem pamiętała już tylko labirynt uliczek, zmieniających się na jej oczach. Najpierw pustkę, a później krążące wokół widma.
- Nie trzeba – zapewniła automatycznie. Zapewniałaby tak prawdopodobnie nawet, gdyby stała krwawiąc z wielu ran, bo to leżało już w charakterze Brenny, ale tym razem miała powód, by sądzić, że za jakąś godzinę, dwie dojdzie do siebie. Nie chciała robić zamieszania. Poza tym po prostu nie miała czasu na wizytę w Mungu, na którą pewnie nalegałby uzdrowiciel. Musiała złożyć raport.
Gdy tylko przypomni sobie, jak się stawia litery. W tej chwili mogłaby mieć z tym problem.
- Spotkałam trzy osoby, które miały… te same objawy. Po pewnym czasie dochodziły do siebie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.