22.11.2025, 12:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2025, 18:08 przez Philomena Mulciber.)
Nikt wśród zebranych nie miał do powiedzenia jednego złego słowa o Scarlett, co było tym więcej godne uznania, że dziewczyna nie pozostawała bierna i obojętna. Skupiała się na właściwych rzeczach, nie wprowadzała niepotrzebnego zamętu. (Choć za głowę się będzie trzeba złapać, jak wyjdzie ten Nokturn).
— Przekaż synowi życzenia najrychlejszego powrotu do zdrowia — domknęła łaskawie wątek Philomena, która mogła jedynie zgadywać, czy wnuk kłamie, czy też nie. — Czy to oznacza, że i ty zamierzasz wkrótce wrócić na stałe do Norwegii, Richardzie?
Stara Mulciberowa — jak na hipokrytkę przystało — winę za niesubordynację dorosłych nawet synów składała na barkach ich ojca, mimo że jej własne dzieci dalekie były ideału i wiele by jej można w tej dziedzinie zarzucić. Spojrzeć starczy na losy i żywot Francisa.
Niektórzy może i mogli odebrać jej pytania jako przesłuchanie — nigdy do końca ton Philomeny nie tracił tej doniosłej, formalnie uroczystej barwy, której używała, aby wymuszać respekt na sali sądowej. Jakiż jednak inny temat miałaby poruszyć podczas rodzinnej kolacji, jeśli nie temat rodziny. Tego, gdzie się podziewali, czym się zajmowali… jakie były ich opinie.
Z wyrazem głębokiego zdegustowania stara patrzyła na Lorien, która na talerzu masakrowała pasztecik w sposób nieprzystający oficjalnemu posiłkowi — komentarz był zbędny. Sama również miała swoje dziwactwa, choć odgrywały się one niemal niezauważalnie. Patrzyła nieco za długo na puste talerze przed sobą — wyglądała zacieku. Nie tknęła od razu sztućców, obejrzała je pierw z wierzchu, szukając skazy. Gdy na jej talerzu znalazła się przepiórka i starucha ujęła srebra po raz pierwszy, zrobiła to słabo, niemal samymi koniuszkami palców. Obróciła dyskretnie nóż, aby obejrzeć go z drugiej strony, zajrzała między ząbki widelca. Obniżyło to lęk, lecz wciąż odczuwała niepokój, gdy odkrawała pierwszy kęs smakowicie zarumienionego ptaszka. Inspekcja nie była odpowiednio dokładna. Nie było ku temu warunków.
Słowa Seliny przyjęła z naturalnością. Ot, zwyczajny, spodziewany element rozmowy. Znała Cygankę nie od wczoraj, znała Alexandra, znała ich sztuczki. Czuła się w obowiązku — przyjemnym obowiązku — odbierać im ich wyjątkowość i mieszać ją z codziennością.
— Twojemu drugiemu synowi potrzebny jest już tylko jeden prezent. Na nic mu się nie zda piłka — odpowiedziała, nie zmieniwszy tonu, nie zmieniwszy wyrazu twarzy, i wróciła do jedzenia.
Przy całej swojej niechęci do Seliny, przy całym niezacieralnym obrzydzeniu do jej pochodzenia, Philomena nigdy nie uważała synowej za słabą. Żałosny teatr wystawiany wokół plugawej Cyganki, od kiedy jej głowę zajęło szaleństwo, sprawiał, że Mulciberowa momentami czuła wobec niej dalekie echo żalu. Nie z powodu utraconego zdrowia — nie dbała o to, co dzieje się w głowie Seliny; nie chciała tego wiedzieć, po cóż jej to. Żałowała jedynie tego, co z nią robili. Jakim upokorzeniem było traktowanie starej kobiety niczym nierozumnego dziecka, dla którego cały stół zmuszany jest siedzieć jak na szpilkach: omijać słowa, omijać gesty. Jakim upokorzeniem dla Seliny było pokazanie, że jedno słowo ma potencjał wytrącić ją z równowagi. Ten sam rytuał upokorzenia Lorien stosowała na Donaldzie, wysiadując u jego boku w Lecznicy.
Philomena nie poddała się więc niezręczności ani napięciu, które przejęły niektórych po pytaniu o Donalda. Nie zamierzała traktować Seliny Mulciber jak chorej. Honorowała ją tym, że wciąż okazywała jej niezadowolenie, gdy synowa na to zasługiwała, i okazywała jej chłodny szacunek należny pani Mulciber w każdym innym momencie.
— Poszukiwanie siebie właściwym jest młodości — zwróciła się jak gdyby nigdy nic do Charlotte. — Alexander szukał drogi dla siebie po całym świecie i wierzę, że wracając do nas, do Anglii, przywiózł z tych podróży wiele cennego doświadczenia. — Biada Alexandrowi, jeśli była to nieprawda. — Zalecam równocześnie ostrożność. Z niektórych dróg nie ma powrotu i łatwo nieumyślnie zamknąć je przed sobą na dobre.
— Przekaż synowi życzenia najrychlejszego powrotu do zdrowia — domknęła łaskawie wątek Philomena, która mogła jedynie zgadywać, czy wnuk kłamie, czy też nie. — Czy to oznacza, że i ty zamierzasz wkrótce wrócić na stałe do Norwegii, Richardzie?
Stara Mulciberowa — jak na hipokrytkę przystało — winę za niesubordynację dorosłych nawet synów składała na barkach ich ojca, mimo że jej własne dzieci dalekie były ideału i wiele by jej można w tej dziedzinie zarzucić. Spojrzeć starczy na losy i żywot Francisa.
Niektórzy może i mogli odebrać jej pytania jako przesłuchanie — nigdy do końca ton Philomeny nie tracił tej doniosłej, formalnie uroczystej barwy, której używała, aby wymuszać respekt na sali sądowej. Jakiż jednak inny temat miałaby poruszyć podczas rodzinnej kolacji, jeśli nie temat rodziny. Tego, gdzie się podziewali, czym się zajmowali… jakie były ich opinie.
Z wyrazem głębokiego zdegustowania stara patrzyła na Lorien, która na talerzu masakrowała pasztecik w sposób nieprzystający oficjalnemu posiłkowi — komentarz był zbędny. Sama również miała swoje dziwactwa, choć odgrywały się one niemal niezauważalnie. Patrzyła nieco za długo na puste talerze przed sobą — wyglądała zacieku. Nie tknęła od razu sztućców, obejrzała je pierw z wierzchu, szukając skazy. Gdy na jej talerzu znalazła się przepiórka i starucha ujęła srebra po raz pierwszy, zrobiła to słabo, niemal samymi koniuszkami palców. Obróciła dyskretnie nóż, aby obejrzeć go z drugiej strony, zajrzała między ząbki widelca. Obniżyło to lęk, lecz wciąż odczuwała niepokój, gdy odkrawała pierwszy kęs smakowicie zarumienionego ptaszka. Inspekcja nie była odpowiednio dokładna. Nie było ku temu warunków.
Słowa Seliny przyjęła z naturalnością. Ot, zwyczajny, spodziewany element rozmowy. Znała Cygankę nie od wczoraj, znała Alexandra, znała ich sztuczki. Czuła się w obowiązku — przyjemnym obowiązku — odbierać im ich wyjątkowość i mieszać ją z codziennością.
— Twojemu drugiemu synowi potrzebny jest już tylko jeden prezent. Na nic mu się nie zda piłka — odpowiedziała, nie zmieniwszy tonu, nie zmieniwszy wyrazu twarzy, i wróciła do jedzenia.
Przy całej swojej niechęci do Seliny, przy całym niezacieralnym obrzydzeniu do jej pochodzenia, Philomena nigdy nie uważała synowej za słabą. Żałosny teatr wystawiany wokół plugawej Cyganki, od kiedy jej głowę zajęło szaleństwo, sprawiał, że Mulciberowa momentami czuła wobec niej dalekie echo żalu. Nie z powodu utraconego zdrowia — nie dbała o to, co dzieje się w głowie Seliny; nie chciała tego wiedzieć, po cóż jej to. Żałowała jedynie tego, co z nią robili. Jakim upokorzeniem było traktowanie starej kobiety niczym nierozumnego dziecka, dla którego cały stół zmuszany jest siedzieć jak na szpilkach: omijać słowa, omijać gesty. Jakim upokorzeniem dla Seliny było pokazanie, że jedno słowo ma potencjał wytrącić ją z równowagi. Ten sam rytuał upokorzenia Lorien stosowała na Donaldzie, wysiadując u jego boku w Lecznicy.
Philomena nie poddała się więc niezręczności ani napięciu, które przejęły niektórych po pytaniu o Donalda. Nie zamierzała traktować Seliny Mulciber jak chorej. Honorowała ją tym, że wciąż okazywała jej niezadowolenie, gdy synowa na to zasługiwała, i okazywała jej chłodny szacunek należny pani Mulciber w każdym innym momencie.
— Poszukiwanie siebie właściwym jest młodości — zwróciła się jak gdyby nigdy nic do Charlotte. — Alexander szukał drogi dla siebie po całym świecie i wierzę, że wracając do nas, do Anglii, przywiózł z tych podróży wiele cennego doświadczenia. — Biada Alexandrowi, jeśli była to nieprawda. — Zalecam równocześnie ostrożność. Z niektórych dróg nie ma powrotu i łatwo nieumyślnie zamknąć je przed sobą na dobre.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia