To nie tak, że ruszał ją jakoś specjalnie ten widok. Geraldine była przyzwyczajona do tego, że ludzie odreagowywali w różny sposób, tak właściwie to spora część z tych osób, które znała sięgała właśnie po alkohol, doprowadzała się do stanu, w którym przestawała nad sobą panować, aby jakoś poradzić sobie z nie do końca wygodną rzeczywistością. Sama zresztą tak robiła, zaliczyła podobny moment w czerwcu, gdy wydawało jej się, że jej życie się kończy, Roise ją wtedy odebrał i zaprowadził do domu, bo ktoś stwierdził, że to będzie dobry pomysł... wolała nie wracać do tamtego wieczora, bo był dla niej dość mocno upadlający. Benjy miał to szczęście, że przytrafiło się mu to przed nią, nie miała zamiaru go oceniać. Najlepszym się to przecież zdarzało.
- Jak to jest prosto, to wolę nie wiedzieć, jak wygląda krzywo. - Widziała, że próbował pokazać jej, że panował nad swoim ciałem, cóż - jednak przegrał walkę z grawitacją, znaczy nie do końca, chwiał się nie zaliczył gleby, co na to w jakim stanie się znajdował było sporym sukcesem.
Nie spodziewała się tego, że zaskoczy ja jego wylewność, ale mówił jeszcze więcej, niż wcześniej, w nocy, najwyraźniej był to moment, w którym postanowił całkowicie się uzewnętrznić, słuchała go uważnie, starała się ze zrozumieniem, kiwała nawet głową, żeby nie było, że nie docierają do niej jego słowa. Faktycznie wpadł po uszy, chociaż próbował na trzeźwo udawać, że tak nie jest, nie wydawało jej się, żeby to co mówił nie było prawdziwe. Biedny, zakochany dureń, który uważał, że nie zasługiwał na szczęście. Nie byli przyjaciółmi, a jednak czuła do niego sympatię, co spowodowało, że stwierdziła, że może być jego dobrą wróżką, wcale nie musiała go jakoś specjalnie namawiać do tego, by napisał list, stwierdził, że to dobry pomysł.
- Pomogę Ci, znajdziemy papier... nie przejmuj się. - Zdziwiła ją ta piękna, wyraźna kurwa, która padła z ego ust, alkohol chyba pomagał mu mówić. Wziął sobie też najwyraźniej do serca to, że ta wiadomość miała jakoś wyglądać, poważnie... jak to ujął. Nie, żeby sądziła, żeby w tym stanie łatwo przyszło mu pisanie, ale z tym też jakoś mu pomoże.
Potem nastąpiło to preludium, wtedy jeszcze nie wiedziała o tym, że koncert dopiero miał się zacząć. Udało jej się powstrzymać swój żołądek, podała mu rękę, jakoś udało mu się wstać, wspólnymi siłami osiągnęli kolejny sukces, podparł się o nią. Tak jak się spodziewała był kurewsko ciężki, na szczęście Geraldine miała dość sporo siły mogli ruszyć dalej.
- Nie pozwolę Ci się wyjebać. - Miała go ustabilizować, pomóc mu jakoś się poruszać, to było całkiem prostym zadaniem, raczej nie dało się tego spierdolić, tylko później znowu.... ostrzegł ją, a później wydobył z siebie te dźwięki, które nie zwiastowały niczego dobrego, ona znajdowała się tuż obok, jeszcze jedna taka akcja, a sama do niego dołączy.
Po krótkiej chwili na niego spojrzała, nachylał się, coś ją tknęło, te włosy, nic tak bardzo nie wkurwiało podczas rzygania, jak włosy, które wchodziły do oczu, czy ust. Spodziewała się, że te jego sporo dzisiaj przeszły, ale mogły skończyć jeszcze gorzej, nie zastanawiała się zbyt długo nad tym, co powinna robić. Ściągnęła gumkę do włosów z nadgarstka, nadal podtrzymywała go jedną ręką, a drugą, wolną próbowała mu związać te kudły, robiła to nieudolnie, złapała nie wszystkie pasma, ale większość została poskromiona. Spojrzała po tym na swoją dłoń, skrzywiła się przy tym i wytarła ją o swój sweter, powinni znaleźć jakąś wodę, aby się nieco ogarnąć, mogli też ją wyczarować, chociaż wolała nie zwracać na nich uwagi.
- Jeszcze będziesz szczęśliwie, tylko kurwa musisz się ogarnąć. - Nie wspominała o tym, że sam to przecież zjebał, że zniknął, że powinien zostać, bo w tym stanie w którym aktualnie się znajdował, to nie miało niczego zmienić. Później, gdy otrzeźwieje na pewno nie omieszka mu wspomnieć, co sądziła o tym wszystkim, teraz jednak nie był na to odpowiedni moment. Miała zamiar ruszyć się nieco do przodu, jakby przeszli kilkadziesiąt metrów, znaleźliby pewnie jakiś otwarty sklep., papier, wtedy mogliby ruszyć do ich tymczasowego mieszkania, a to wydawało jej się najlepszą opcją, tyle, że znowu postanowił pozbyć się tego co miał na żołądku.
- Ja pierdole, ile można rzygać? - Wydawało jej się, że ma w sobie jakieś niezliczone ilości kwasów żołądkowych, spojrzała na swoje buty, miała nadzieję, że nie ucierpiały, bo nie miała na stopach pierdolonych skarpetek, skrzywiła się na samą myśl, że w ogóle jego wymiociny mogłyby znaleźć się w jej trepach.
- Skończyłeś już? - Zapewne sam tego nie wiedział, ale miała na uwadze to, że powinna wlać w niego nieco wody, to może mogłoby mu pomóc, chociaż efekt też mógł być odwrotny, zdecydowanie nie była specjalistką od takich sytuacji, jej ojciec może się chwiał, może chodził w podobny sposób, ale kurwa mać nigdy nie rzygał po alkoholu.
- Dobra, chociaż kilka kroków. - Otaksowała wzrokiem okolicę, wydawało jej się, że w jednym z niewielkich sklepików zauważyła światło, powinni tam wejść, może nie był to nawet sklepik, a niewielka kawiarnia, powinni mieć tam papier i wodę, a to były chyba w tej chwili ich przedmioty pierwszej potrzeby.
Zrobiła krok w przód, trzymała go przy tym kurczowo za rękę, żeby nie daj Morgano jej się tutaj nie wyjebał, obawiała się, że jak legnie na ziemię, to już nie wstanie.