25.02.2023, 14:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2023, 19:28 przez Mackenzie Greengrass.)
Mackenzie rzeczywiście nie była zbyt radośnie nastawiona do pomysłu, bo uważała, że to nie do końca dla niej. Poza tym nie radziła sobie najlepiej w kontaktach biznesowych. Niemniej quidditch kochała szczerze i z całego serca, nic więc dziwnego, że starannie przygotowana kolekcja związana miotłami i sportem zdołała wykrzesać z niej entuzjazm. Kiwnęła nawet głową na informacje, że powinna się w tej biżuterii pokazywać przy różnych okazjach i wspominać, skąd ja ma – może nawet zdoła podołać temu zadaniu, skoro biżuteria naprawdę się jej podobała. Wprawdzie na słowa o sesji westchnęła, ale ponownie kiwnęła głową. Była w końcu świadoma od początku, że to najważniejsza część współpracy.
– Postaram się dać z siebie wszystko – obiecała tylko.
Wszystkie te myśli oczywiście pierzchły, gdy okazało się, że nie ma przy sobie portfela.
Greengrass wróciłaby do restauracji, choćby się waliło i paliło. Nawet nie z powodu dumy, choć ta nie pozwoliłaby jej zostawić niezapłaconego rachunku, ile dlatego, że wybiegając zostawiła swoją torbę ze sprzętem. Nie było jej jednak ładnych kilka minut. Musiała dwukrotnie się aportować – co dwukrotnie skończyło się wymiotami, raz we własnej łazience, drugi raz w pobliskim zaułku.
I kelner najwyraźniej zorientował się w tym czasie, że coś jest nie tak, bo podszedł w końcu do stolika.
– Obawiam się, że jeśli nie ureguluje pani rachunku, będę musiał wezwać Brygadzistów…
W tym momencie do środka ponownie wpadła Mackenzie. Zadyszana, blada jak sama śmierć, podbiegła do stolika, ponownie przyciągając uwagę innych.
– Nie, nie trzeba!
– Mamy takie procedury – odparł kelner, nagle już nie tak uprzejmy, jak wcześniej. – Wzywam Brygadzistów.
– Ale…
– Proszę mnie nawet nie prosić o możliwość zapłaty później!
Policzki Mackenzie pokryły się czerwienią. Trochę ze wstydu. Trochę z gniewu. Na logikę zapewne mogłaby zrozumieć zachowanie kelnera, ale w tej chwili była zbyt zirytowana tym, że stały się obiektem powszechnej uwagi. Wyciągnęła z kieszeni sakiewkę i podetknęła ją kelnerowi pod nos.
– Mam pieniądze! Byłam po prostu w toalecie! Ale pan na pewno nie dostanie napiwku – warknęła, rzecz jasna kłamiąc co do tej łazienki, ale on nie musiał tego wiedzieć. Porwała wolną ręką rachunek leżący przed Vioricą i potem bardzo staranne odliczyła odpowiednią liczbę monet, oczywiście ani knuta nie zostawiając jako napiwku.
Potem opadła na krzesło i spojrzała na drugą kobietę. W duchu się skręcała. Wiedziała, po prostu wiedziała, że nie powinna chodzić do takich miejsc. Nie pasowała do nich. Oczywiście, że coś poszło bardzo nie tak.
Nie miała o tym pojęcia, ale przynajmniej plan Vior został zrealizowany. Ostatecznie zjadła na jej koszt.
– Przepraszam, chyba już nic nie przełknę – powiedziała, choć jej posiłek pozostał prawie nietknięty. Kenzie była całkiem głodna, ale też po dwóch teleportacjach musiała dać żołądkówki się uspokoić. Cóż, właściwie ustaliły to, co najważniejsze… – Bardzo proszę przesłać mi sowę, kiedy będę miała odebrać tę biżuterię do sesji i prezentacji – poprosiła po prostu.
Mackenzie poczekała, co jeszcze miała do powiedzenia Vior. A potem pożegnała się, zgarnęła swoją miotłę i sprzęt i ruszyła do wyjścia.
Zdecydowanie, potrzebowała teraz odpocząć
– Postaram się dać z siebie wszystko – obiecała tylko.
Wszystkie te myśli oczywiście pierzchły, gdy okazało się, że nie ma przy sobie portfela.
Greengrass wróciłaby do restauracji, choćby się waliło i paliło. Nawet nie z powodu dumy, choć ta nie pozwoliłaby jej zostawić niezapłaconego rachunku, ile dlatego, że wybiegając zostawiła swoją torbę ze sprzętem. Nie było jej jednak ładnych kilka minut. Musiała dwukrotnie się aportować – co dwukrotnie skończyło się wymiotami, raz we własnej łazience, drugi raz w pobliskim zaułku.
I kelner najwyraźniej zorientował się w tym czasie, że coś jest nie tak, bo podszedł w końcu do stolika.
– Obawiam się, że jeśli nie ureguluje pani rachunku, będę musiał wezwać Brygadzistów…
W tym momencie do środka ponownie wpadła Mackenzie. Zadyszana, blada jak sama śmierć, podbiegła do stolika, ponownie przyciągając uwagę innych.
– Nie, nie trzeba!
– Mamy takie procedury – odparł kelner, nagle już nie tak uprzejmy, jak wcześniej. – Wzywam Brygadzistów.
– Ale…
– Proszę mnie nawet nie prosić o możliwość zapłaty później!
Policzki Mackenzie pokryły się czerwienią. Trochę ze wstydu. Trochę z gniewu. Na logikę zapewne mogłaby zrozumieć zachowanie kelnera, ale w tej chwili była zbyt zirytowana tym, że stały się obiektem powszechnej uwagi. Wyciągnęła z kieszeni sakiewkę i podetknęła ją kelnerowi pod nos.
– Mam pieniądze! Byłam po prostu w toalecie! Ale pan na pewno nie dostanie napiwku – warknęła, rzecz jasna kłamiąc co do tej łazienki, ale on nie musiał tego wiedzieć. Porwała wolną ręką rachunek leżący przed Vioricą i potem bardzo staranne odliczyła odpowiednią liczbę monet, oczywiście ani knuta nie zostawiając jako napiwku.
Potem opadła na krzesło i spojrzała na drugą kobietę. W duchu się skręcała. Wiedziała, po prostu wiedziała, że nie powinna chodzić do takich miejsc. Nie pasowała do nich. Oczywiście, że coś poszło bardzo nie tak.
Nie miała o tym pojęcia, ale przynajmniej plan Vior został zrealizowany. Ostatecznie zjadła na jej koszt.
– Przepraszam, chyba już nic nie przełknę – powiedziała, choć jej posiłek pozostał prawie nietknięty. Kenzie była całkiem głodna, ale też po dwóch teleportacjach musiała dać żołądkówki się uspokoić. Cóż, właściwie ustaliły to, co najważniejsze… – Bardzo proszę przesłać mi sowę, kiedy będę miała odebrać tę biżuterię do sesji i prezentacji – poprosiła po prostu.
Mackenzie poczekała, co jeszcze miała do powiedzenia Vior. A potem pożegnała się, zgarnęła swoją miotłę i sprzęt i ruszyła do wyjścia.
Zdecydowanie, potrzebowała teraz odpocząć