Przemierzała ministerialne korytarze z prędkością niezawoalowanej burzy, która rozpraszała wszystko na swojej drodze, mknąc nieprzejednanie – prędki chód zwiastował stukot niewysokich obcasów, dźwięcznie rozbijających się nutami po niesionym echem korytarzu. Głowę zaprzątały kwestie ważne i mniej istotne, czyniąc istny huragan w na ogół uporządkowanym umyśle. Ten dzień, opiewany promieniami słońca i nieśmiało wychylającymi się głowami kwiatów, zwiastując wiosnę, nie należał do niej w żadnej mierze. Miała wrażenie, jakoby ktoś zamieszkał w jej ciele i sterował nim machinalnie, a zawartość umysłu polatywała i wzbijała się w przestworza. Podobna dezynwoltura nie zastawała jej często; teraz jednak, myśli nieuporządkowane wżynały się boleśnie w proscenium wszelkich przemyśleń.
Okulary na nosie towarzyszyły jej nieodłącznie podczas pracy – korygowała nimi niewielką ujemną wadę wzroku i choć mogła się bez nich obyć w prozie codzienności, nie rezygnowała z ich towarzystwa na połach ministerialnych, gdy skupienie sięgało zenitu, a każdy przeoczony szkopuł mógł być kluczowy.
Śmierdzący formaliną fartuch spokojnie zwisał z chuderlawych ramion, a pod pachą trzymała stos papierów, tych wagi mniejszej, jak i gargantuicznej – oczywiście posegregowanych z niebywałą dbałością.
I może nie wpadłaby na niego, gdyby na zakręcie nie zaczytała się w drobnych literkach, drukiem pokrywających jeden z plików kartek.
Zachybotała się niebezpiecznie na obcasach, jedynie w ostatnim rozrachunku odzyskując względną równowagę – papiery jednak poszybowały w bezkresną przestrzeń, mieszając się z tymi, które Mulciber trzymał wcześniej w dłoni.
– Cholera jasna! – zaklęła, rzucając się na kolana, aby jak najprędzej uporządkować szkody. – Dobrym pomysłem byłoby zamienienie się na mózg z osłem, skoro i tak niewiele większy poziom reprezentu… – syknęła na jego słowa jadowicie, jednak gdy tylko uniosła wzrok, a głos wrył się w iliadę myśli, urwała w połowie wyrazu. – Och, Robert – urwała, odrobinę speszona swoim gwałtownym wybuchem złości.
A przecież peszyć jej się nie zdarzało.