Najwyraźniej przez stan w którym się znajdowała miała w sobie dużo więcej empatii niż zazwyczaj, chociaż, czy na pewno? Nigdy nie można było jej odmówić tego, że potrafiła znaleźć w sobie ukryte pokłady cierpliwości, kiedy sprawy dotyczyły bliskich jej ludzi. Benjy poniekąd też był jej bliski, może się nie przyjaźnili, bywali dla siebie ostrzy, ale jednak potrafili jakoś razem egzystować. Zresztą pamiętała, że był przy niej w dość trudnym momencie jej życia, kiedy nie do końca wiedziała, co się z nią dzieje, nie przeszedł obok, gdy to ona wykazywała podobne objawy, chociaż w jej przypadku chodziło o zupełnie inną diagnozę niż złamane serce.
- Przykro mi, ale obiecanki cacanki. - W tej chwili nie była mu w stanie uwierzyć, nie wyglądał jakby był w stanie się utrzymać na nogach, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że niewiele brakuje do tego, żeby jebnął na ziemię jak długi. Był najebany, kurewsko najebany, o czym świadczyło również wszystko to, co z siebie wylewał i nie chodziło o wymioty. Mówił, dużo mówił, mówił szczerze, miała wrażenie, że będzie tego żałował, ale było mu to potrzebne, będzie musiał się pogodzić z tym, że to właśnie przed nią pękł. Cóż, mieli jakąś dziwną umiejętność odnajdywać się w momentach, w których było z nimi nie najlepiej.
Och, obawiał się tego, że list może nie zabrzmieć odpowiednio. Był to kolejny argument świadczący o tym, że zależało mu dużo bardziej, niż mówił wcześniej. Właściwie nie miała już do tego żadnych wątpliwości, bo w ten sposób nie zachowywał się ktoś komu nie zależało, nie przeżywał wszystkiego, aż tak bardzo. Naprawdę było jej go szkoda, potrafiła zrozumieć to, że próbował z tym walczyć, starał się odpuścić, udawać, że wcale tak nie jest, ale prawda była jedna i właśnie w dość brutalny sposób wychodziła na zewnątrz.
- Na pewno uda nam się razem jakoś to napisać. - Nie wątpiła w to, że potrafił pisać, jak człowiek, no, na pewno nie miał z tym problemu na trzeźwo... teraz jednak nieco obawiała się tego, co mogłoby wyjść spod jego ręki po pijaku, na szczęście tutaj była, mogła to nieco skontrolować, chociaż nie ma się co oszukiwać, Geraldine było daleko do poety, wyrażała swoje myśli raczej w prostych, żołnierskich słowach - Benjy mógł trafić lepiej, ale musiał sobie poradzić z tym, co miał dostępne pod ręką.
Później nadeszła kolejna fala, jedna i druga, przed pierwszą ją ostrzegł, przed drugą nie zdążył. Odruchem było to, że związała mu włosy, wiedziała, jak to jest rzygać, kiedy one majtały Ci się po twarzy, skoro mogła pozwolić mu uniknąć tej przyjemności, to to zrobiła. Poczuła, że nieco się spiął, gdy jej dłoń znalazła się w jej włosach, ale pozwolił jej to zrobić, dobrze, to jemu dzięki temu miało być łatwiej, chociaż tyle mogła w tej chwili dla niego zrobić.
No, nie dziwił ją ten komentarz, to było bardzo intensywne, takie serie rzygów nie należały do najprzyjemniejszych rzeczy, nawet jeśli przeżywał je wielki i silny facet, każdy odczuwał to w ten sam sposób. Liczyła na to, że wreszcie nadeszli do momentu, w którym pozbył się już wszystkiego ze swojego żołądka.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz, jakoś udało mi się przed tym uchronić, póki co. - Obawiała się, że jeśli dojdzie do kolejnego razu, to skończy jej się limit szczęścia na dzisiaj, i tak trudno jej było powstrzymać swoje odruchy, kiedy czuła od niego ten specyficzny zapach, nie dość, że walił żulem, to jeszcze dochodził do niej zapach wymiocin. Jesteś silna Yaxley, musisz sobie poradzić. Brakowało tylko tego, żeby zaczęła haftować.
Geraldine nie miała w zwyczaju się poddawać, szczególnie, kiedy misje wydawały się dość trudne do zrealizowania, a za taką uważała doprowadzenie Benjy'ego w jednym kawałku do ich kwatery. Zrobili pierwszy krok - było to sporym sukcesem, teraz będzie łatwiej, tja, na pewno, musieli się jednak jakoś zsynchronizować, co do tego nie miała wątpliwości.
- Trzymaj się mnie mocno.- Miała nadzieję, że miał jeszcze w sobie odrobinę siły, musiał jej nieco pomóc, na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że osoby jego gabarytów nie były zbyt łatwe do ogarnięcia, ale nie miała zamiaru się poddawać.
Szli, chociaż szli, to było może nawet zbyt wiele powiedziane. Jakoś sunęli do przodu, krok za krokiem, powoli, w ten sposób pewnie będą wracać kilka godzin, ale doceniała ich drobny sukces. Doturlali się do sklepu, który zauważyła, zatrzymała się przed nim. Nie mogli tam zrobić rozpierdolu, bo mieli sprawy do załatwienia. - Dobra, wejdziemy do środka, nie puszczasz mnie tam, ja będę gadać, mam nadzieję, że nas nie wypierdolą. - Nie mogła bowiem przewidzieć tego, jak zareagują na ich obecność. Może przywykli do tego, że rano pojawiały się w ich progach osoby w stanie wskazującym.