23.11.2025, 18:05 ✶
-Dzięki... jak chcesz to wiesz, możemy razem coś wystrugać - rzuciła, zerkając na Charlotte, niby bez większego zainteresowania, niby nonszalancko, ale była jej ciekawa, nawet bardzo, w myślach już opowiadała Baldwinowi o tajemniczej kuzynce, tworząc teorie spiskowe o tym dlaczego nie poznała jej wcześniej. Bo wyglądało na to, że jedynie Ona nie poznała dziewczyny.
Zerknęła na Alexandra, gdy włączył się do pochwały prababci, na jej ustach rozkwitł łobuziarski uśmiech, którym najczęściej go obdarzała.
To kiedy pokojowy order Merlina? - zachichotała.
-Pracuje nad tym - wyznała z głupim uśmiechem. Oczami wyobraźni widziała minę Baldwina, gdyby usłyszał to zabawne zestawienie.
W swoich myślach była dość nieskromna, o ile kiedykolwiek można by przypisać jej skromność za cokolwiek. Uważała, że zasłużyła na miłe słowa, że zapracowała na każde z nich - szczególnie, że ci chwalący byli w pochwałach niezwykle oszczędni. Bunia dużo wymagała i niekiedy miała wrażenie, być może złudne, że w stosunku do niej jest surowsza, wymaga więcej - ale to tylko nakręcało młodą Mulciber.
Alexander zaś dużo marudził i wiecznie upominał - w odczuciu Scarlett, której młodzieńcza głowa pełna była niezbyt rozsądnych pomysłów, ekscytacji i pasji do zrobienia czegoś co jest cool, a On jest już stary więc po prostu nie rozumie i dlatego zrzędzi.
A jednak całe te jego marudzenie, nawet jeśli przewracała oczyma po raz kolejny czytając wykład, dawał jej poczucie bycia zaopiekowaną. I być może też temu tak często pisała, tak często pytała, mimo że zdawała sobie sprawę jaka reakcja ją spotka - chyba to lubiła, chociaż nie przyznałaby tego głośno.
-Wielka szkoda, że ich nie ma - rzuciła nonszalancko apropo nieobecności braci, sięgając po kielich, aby zamoczyć usta w szkarłatnym trunku. Trochę kłamała, ale tak tylko trochę. W zasadzie to ich obecność lub jej brak stała jej się obojętna. Chociaż z pewnością bawiłaby się doskonale widząc ich przy stole, na moment zapomniałaby nawet o tym, że uważała siebie za jedynaczkę. Ona nie chciała z nimi konkurować, bo jak można konkurować z kimś kto szura po podłodze? Scarlett zwyczajnie uważała się za lepsze, to bardziej udane dziecko (pewnie dlatego, że byli skłóceni) - nawet jeśli nie było to do końca prawdą, bo problematyczność miała na drugie imię. Z tą jednak różnicą, że jej akcje prawie nigdy nie wychodziły na światło dzienne, a zazwyczaj pozostawały sekretem.
Mary i strzygi szeptały za firanami, gdy Ona brylowała w wyjątkowo dobrym humorze i tylko czasem pozwalała sobie zerknąć w ich kierunku.
Skrzywiła się, gdy poczuła, że wino ciąży jej na języku niczym trucizna. Zmusiła się do przełknięcia, biorąc głęboki wdech nosem.
Akurat jej reakcja zbiegła się z pytaniem Seliny, a później pytaniem jej ojca o Donalda co wzbudziło nieme zamieszanie, a jej wstręt do wina gładko zlał się z podjętym tematem. Odstawiła kielich, przenosząc wzrok na talerz. Nie chciała w tym uczestniczyć, wolała strategicznie przemilczeć, zapatrzyć się na serwetkę, która była lekko odgięta toteż dyskretnie zaczęła ją wygładzać.
Rozejrzała się po stole, a zaraz spojrzała na kuzynkę
Jeszcze szukam swojej drogi, prababciu
-Myślę, że sama do Ciebie przyjdzie -dorzuciła dość optymistycznie Scarlett, chociaż brzmiała jakby po prostu tak miało być - Po prostu miej otwartą głowę i nie przegap okazji - dodała, sięgając po pasztecik - i nie przejmuj się... bo to zły doradca... - stwierdziła ciszej.
Ona sama nigdy nie miała takiego problemu także nie była w stanie zrozumieć kuzynki. Całe życie zwyczajnie los zsyłał jej wybory, a Ona zdawała się zawsze pochwycić ten właściwy, ten który pozwoli jej być spokojnym, nawet jeśli wybory były trudne i wiązały się z poświęceniem. Być może los był dla niej łaskawy, a być może to Ona miała nosa do chwytania okazji. Niemniej jednak te zawsze pojawiały się, gdy tego potrzebowała.
Zerknęła na Alexandra, gdy włączył się do pochwały prababci, na jej ustach rozkwitł łobuziarski uśmiech, którym najczęściej go obdarzała.
To kiedy pokojowy order Merlina? - zachichotała.
-Pracuje nad tym - wyznała z głupim uśmiechem. Oczami wyobraźni widziała minę Baldwina, gdyby usłyszał to zabawne zestawienie.
W swoich myślach była dość nieskromna, o ile kiedykolwiek można by przypisać jej skromność za cokolwiek. Uważała, że zasłużyła na miłe słowa, że zapracowała na każde z nich - szczególnie, że ci chwalący byli w pochwałach niezwykle oszczędni. Bunia dużo wymagała i niekiedy miała wrażenie, być może złudne, że w stosunku do niej jest surowsza, wymaga więcej - ale to tylko nakręcało młodą Mulciber.
Alexander zaś dużo marudził i wiecznie upominał - w odczuciu Scarlett, której młodzieńcza głowa pełna była niezbyt rozsądnych pomysłów, ekscytacji i pasji do zrobienia czegoś co jest cool, a On jest już stary więc po prostu nie rozumie i dlatego zrzędzi.
A jednak całe te jego marudzenie, nawet jeśli przewracała oczyma po raz kolejny czytając wykład, dawał jej poczucie bycia zaopiekowaną. I być może też temu tak często pisała, tak często pytała, mimo że zdawała sobie sprawę jaka reakcja ją spotka - chyba to lubiła, chociaż nie przyznałaby tego głośno.
-Wielka szkoda, że ich nie ma - rzuciła nonszalancko apropo nieobecności braci, sięgając po kielich, aby zamoczyć usta w szkarłatnym trunku. Trochę kłamała, ale tak tylko trochę. W zasadzie to ich obecność lub jej brak stała jej się obojętna. Chociaż z pewnością bawiłaby się doskonale widząc ich przy stole, na moment zapomniałaby nawet o tym, że uważała siebie za jedynaczkę. Ona nie chciała z nimi konkurować, bo jak można konkurować z kimś kto szura po podłodze? Scarlett zwyczajnie uważała się za lepsze, to bardziej udane dziecko (pewnie dlatego, że byli skłóceni) - nawet jeśli nie było to do końca prawdą, bo problematyczność miała na drugie imię. Z tą jednak różnicą, że jej akcje prawie nigdy nie wychodziły na światło dzienne, a zazwyczaj pozostawały sekretem.
Mary i strzygi szeptały za firanami, gdy Ona brylowała w wyjątkowo dobrym humorze i tylko czasem pozwalała sobie zerknąć w ich kierunku.
Skrzywiła się, gdy poczuła, że wino ciąży jej na języku niczym trucizna. Zmusiła się do przełknięcia, biorąc głęboki wdech nosem.
Akurat jej reakcja zbiegła się z pytaniem Seliny, a później pytaniem jej ojca o Donalda co wzbudziło nieme zamieszanie, a jej wstręt do wina gładko zlał się z podjętym tematem. Odstawiła kielich, przenosząc wzrok na talerz. Nie chciała w tym uczestniczyć, wolała strategicznie przemilczeć, zapatrzyć się na serwetkę, która była lekko odgięta toteż dyskretnie zaczęła ją wygładzać.
Rozejrzała się po stole, a zaraz spojrzała na kuzynkę
Jeszcze szukam swojej drogi, prababciu
-Myślę, że sama do Ciebie przyjdzie -dorzuciła dość optymistycznie Scarlett, chociaż brzmiała jakby po prostu tak miało być - Po prostu miej otwartą głowę i nie przegap okazji - dodała, sięgając po pasztecik - i nie przejmuj się... bo to zły doradca... - stwierdziła ciszej.
Ona sama nigdy nie miała takiego problemu także nie była w stanie zrozumieć kuzynki. Całe życie zwyczajnie los zsyłał jej wybory, a Ona zdawała się zawsze pochwycić ten właściwy, ten który pozwoli jej być spokojnym, nawet jeśli wybory były trudne i wiązały się z poświęceniem. Być może los był dla niej łaskawy, a być może to Ona miała nosa do chwytania okazji. Niemniej jednak te zawsze pojawiały się, gdy tego potrzebowała.