Na drobnych, mikrych dłoniach posiadała naciągnięte wysoko, czarne rękawiczki, kończące się gdzieś w okolicy łokci, a niewielką posturę okrywała lśniący czernią materiał szaty; stukot obcasów zwiastował jej bliską obecność – tym razem jednak nie była rozpoznawalną w londyńskim świecie artystką, a jej piegowate oblicze, na ogół kryte pod woalką pogodnego uśmiechu, tym razem przykrywała bogato zdobiona maska. Uśmiech tańczył gdzieś w kącikach ust, nie przyrównywał jej jednak do rozochoconej ogniem tancerki; bardziej do okrutnego chłodu lichwiarki.
Bo przecież jeszcze się nie odpaliła, a uwerturę posiadała w prozie codzienności przyjemną w obejściu; dopiero w sytuacjach krytycznych pozwalała uwolnić bestię drzemiącą w piersi, tę wyostrzającą jej miękkie rysy; tę, która skuwała lodem ton głosu i tę, która sprawiała, iż zdolna była do każdego kroku, który miał postawić ją bliżej wyśrubowanego celu.
Mętny zaułek nocą zdawał się jeszcze bardziej epatować mrokiem, a skryty pod podszyciem gwiezdnym, pod tą rozlaną czernią kawy nocą świat, skuwał truchlejącym przerażeniem. Nie to jednak przodowało na scenie jej umysłu, bo w gruncie rzeczy niewiele zjawisk było w stanie przebiec dreszczem strachu po plecach; pozostawała absolutnie pewna siebie, a chyży krok, który zatrzymała przed mężczyzną nie pozostawiał złudzeń – była we właściwym miejscu, o właściwej porze.
Nie była silna, nie była także wysoka i postawna, jednak coś w jej dławiącej pewności siebie nakazywało bezwzględne posłuszeństwo.
Skinęła głową na jego słowa i już po chwili ruszyli w kierunku barwnej witryny, aby po chwili z zamachem otworzyć drzwi.
Pracownikom sklepu nie zajęło zbytku czasu, aby zorientować się w sytuacji. Czarne szaty i maski skrywające oblicza mogły przecież świadczyć jedynie o jednym; po pomieszczeniu krzątała się dwójka czarodziei, przygotowując do zamknięcia sklepu; zegar wybijał późną porę wieczorową, a londyński bruk zamarł nieomal, wyzbyty z wszelkich istnień ludzkich.
Zza płaszcza wyciągnęła prędko różdżkę.
– Crucio! – syknęła od razu, nie przebierając w środkach, zaklęcie niewybaczalne kierując ku krępemu mężczyźnie za ladą.
Gdy ten padł na ziemię, zwijając się w trawiącej agonii, podeszła do niego i stanęła nad jego poskładaną w bólu sylwetką.
– Ach, a więc to te dłonie szyją szaty dla brudnych szlam? Chyba musimy w jakiś sposób zapobiec dalszym tego typu pomyłkom – syknęła i z zamachem wbiła mu obcas w drżącą konwulsyjnie dłoń.
Bo nie była przecież zatrważająco silna w mięśniach, jednak potrafiła budzić pierwotny lęk. Nie zawierał się on w krzepie ani budzącym grozę obliczu – jeśli to jednak nie byłoby teraz skryte pod powłoką maski, w jej mętnym wzroku z pewnością zasiałyby się inne nuty, aniżeli przędzona codziennością, roziskrzona pogoda ducha.
Gdy druga kobieta, która uwijała się po sklepie wpadła w panikę i zaczęła krzyczeć, jedynie podeszła do niej z wolna, aby po chwili zacisnąć dłoń na jej szyi. Prędko pod palcami poczuła przyspieszony puls.