Był to naprawdę bardzo intensywny dzień. Noc i poranek, nie spodziewała się, że będzie im dane poznać Rumunię z tej strony, póki co sama nie wiedziała, co o tym sądzi. Pogodziła się też z tym, że nie zajmą się zbyt szybko tym, co mieli ustalone na ten dzień. Już dawno minęła ósma, nie spodziewała się, że przed dziewiątą dojdą do kwatery, a co dopiero wyruszą na kolejną wyprawę. Potrzebowali prysznica, potrzebowali snu, potrzebowali porządnego posiłku, o czym nie przestawał przypominać jej żołądek, bo co chwilę wydawał bardzo głośne dźwięki, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że nic nie jadła. Gdy była głodna robiła się wkurwiona, ale bardzo z tym walczyła, bo nie chciała wyżywać się na Benjy’m który i bez tego wyglądał jakby przeorało go dzisiaj życie.
To znaczy wyglądał dokładnie tak, jak można było się spodziewać po całej nocy chlania i użalania się nad sobą rozpoczętej jeszcze dostaniem w mordę, tyle, że to dostanie w morde w tym przypadku wiązało się z wyleceniem przez balkon... Nie był to dla niego dobry czas, zdecydowanie, ale dalej dzielnie szedł, chwiał się może trochę za bardzo, ale przy tym poruszał też w przód, co było sporym sukcesem.
Alkohol, który w siebie wlewał nadal, wydawał się utrzymywać go w stanie pomiędzy, między tym, co miało nadejść, a co się wydarzyło. Współczuła mu okropnie, wolała nie myśleć jak spotęgowany będzie ból, gdy w końcu go do siebie dopuści, bo nie chodziło tylko o obrażenia spowodowane z bliskim kontaktem z betonowym podłożem, ale również kaca, który na pewno nadejdzie, nie spodziewała się bowiem cudów po tym, co w siebie wlewał, kto wie, co właściwie pił, czy było to jakieś paliwo lotnicze? No i nie można było zapominać też o tym drugim kacu, moralnym który na pewno też się pojawi, jak przypomni sobie o swoich poczynaniach. Zacisnęła zęby – zdecydowanie nie chciałaby być na jego miejscu, oj nie.
Szli całkiem ładną, malowniczą ścieżką, otaczały ich sady, na drzewach liście mieniły się najróżniejszymi kolorami, był to chyba jeden z najpiękniejszych widoków podczas jesieni, na tle gór wszystko wyglądało wyjątkowo. Promienie słońca padały na ich twarze, gdyby nie to, że byli tutaj wczoraj to trudno byłoby jej uwierzyć w to, że przez całą noc deszcz nie przestawał lać, bo ten dzień był zupełnie inny od tego poprzedniego.
W dłoni niosła pudełko - prezent, który Benjy dostał od mugolskich dziewcząt, którym pomógł złapać gęś, długo walczyła z ciekawością, aż w końcu poległa, w środku znajdowały się karty tarota, ciekawe.
Nie chciała narzekać, jednak powoli nogi odmawiały jej posłuszeństwa, na horyzoncie znajdowała się wielka grusza i z tej odległości była w stanie dostrzec te piękne, dojrzałe owoce. Nie było to może mięso, ale w tym momencie chciała włożyć do ust coś poza suchym chlebem. - Możemy tam się zatrzymać na chwilę? - Pokazała mu ręką drzewo, o którym myślała. - Jestem trochę zmęczona. - Wiedziała, że on też był, więc liczyła na to, że jej nie odmówi tej drobnej przyjemności.