27.11.2025, 12:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2025, 12:35 przez Alexander Mulciber.)
Obrócił jej dłoń, sunąc palcem wzdłuż linii serca.
– Bo ty nie mogłabyś być moją żoną. Nie rozumiesz, Rosie? Wtedy musiałbyś być moją żoną. A moja żona nie mogłaby mieszkać na Nokturnie. Nie mogłaby odwiedzać zamtuzu, który prowadzi jej rodzina. Rodzina, której istnienie przynosi jej tylko wstyd. Jak myślisz, dlaczego przedstawiłem cię tylko matce? Czy mój ojciec pozwoliłby nam żyć tak jak żyliśmy, gdyby wiedział? A wciąż jest jeszcze to, co mówiliby obcy ludzie... Jak byś to zniosła, ukochana? Kiedy nie byłoby nikogo, kto mógłby unieść pięści, aby uciszyć nienawistne szepty na twój temat, jak byś sobie poradziła? Tak jak radzisz sobie teraz? – pytał spokojnie Alexander, słychać jednak było smutek w jego głosie. – Moja żona musiałaby to wszystko znieść. A ty... Ty byś tego nie zniosła. Ty byś tego nienawidziła. Nienawidziłabyś być moją żoną. W końcu znienawidziłabyś i mnie, za to, że jestem twoim mężem. A Loretta nie dbała nigdy o takie rzeczy. A jeśli kiedykolwiek dbała, to przestała dawno temu, wtedy, kiedy odebrałem jej dziewictwo. Dziewczyna z jednej z najpotężniejszych rodzin czystej krwi, z reputacją zniszczoną już na starcie... Złamałem ją. A Lestrange’owie? Oni są wściekli, że ją złamałem. Jeszcze bardziej wściekli, że ją poślubiłem. Ale tylko dlatego, że nie zrozumieli jeszcze, że nie ma nikogo lepszego ode mnie, kto chciałby pojąć Lorettę za żonę. – Zimne kalkulacje Alexandra były przerażającymi, ale mężczyzna albo nie zdawał sobie z tego sprawy, albo zwyczajnie o to nie dbał. – Chcę ich gniewu. Chcę ich pustych gróźb. Chcę patrzeć, jak dochodzą wreszcie do bolesnego wniosku, że gniew i groźby nic im nie dadzą. Chcę widzieć ich desperację. A potem chcę słyszeć ich poddańcze błagania: "weź ją sobie". Weź ją, prosimy, bo inaczej musielibyśmy wydziedziczyć naszą ukochaną córeczkę. Wykląć ją z rodziny, której – mimo naszych starań – przynosi tylko wstyd. Oczywiście, że załamywali by ręce, że wychodzi za takiego łajdaka, jak ja, ale kto inny by ją zechciał? Bo kto inny wziąłby za żonę taką puszczalską kurewkę jak Loretta? Czyja córka, czystej krwi panienka, dopuściwszy się podobnych wybryków, miałaby takie same perspektywy na małżeństwo jakie ma ona? Jestem jednym z najmłodszych, jeżeli nie najmłodszym pośród wszystkich lordów czystej krwi w Wielkiej Brytanii. Dziedziczę po ojcu wszystko. U mojego boku Loretta stałaby się więc lady Mulciber, panią na Mulciber Manor... A jeśli dałbym jej dziecko? Wkrótce każdy zapomniałby, że była kurwą. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko jedno. Dobro rodziny. A jej rodzina musi ją bardzo kochać, skoro nigdy jej nie wydziedziczyli po tych wszystkich latach, które spędziła puszczając się publicznie na prawo i na lewo. Nawet Louvain rozumie, że dopiero u mojego boku z kurwy mogłaby stać się panią. Louvain, prawa ręka Mistrza, najpewniej dziedziczący majątek Lestrange’ów... Powiedz mi, jak mógłby skrzywdzić człowieka, którego kocha jego siostra? Człowieka, od którego zależy jej reputacją? A gdyby miała ze mną dzieci, jak mógłby je skrzywdzić? Przecież byłyby też mimo wszystko dziećmi Loretty. A jak sama zauważyłaś, "Louvain jest okrutny, ale nie marnotrawny". Bo kocha Lorettę tak jak i ja kocham ciebie.
Wszystko to powiedział takim samym obojętnym tonem, z jakim opisywałby laikowi nudny rozkład tarota.
– Miłość. Dziwna sprawa, ta miłość, nie uważasz? Zmusza nas do rzeczy, których nigdy nie chcieliśmy się dopuścić. A rzeczy, które ja robię z miłości... Nigdy nie są dobre, Ambrosio. A jednak cię kocham. Kochałem cię, i byłem gotów porzucić dla ciebie wszystko, te siedem lat temu. Błagałem cię, żebyś została moją żoną, pamiętasz? Po tym, jak odeszłaś. Powiedziałem ci, że wciąż mogę to naprawić. Że postąpię właściwie. I wtedy mówiłem szczerze. A to było trudne, Ambrosio. Nie tylko dlatego, że nie znałem innego życia poza własnym. Byłem głupim chłopaczkiem chowanym pod kloszem, gówniarzem, który zobaczył trochę świata, więc wydawało mu się, że wie wszystko – chociaż nie wiedział nic. Myślisz, że byłoby mi łatwym porzucić wszystko? Zobaczyć zawód w oczach mojego ojca? Nigdy już nie wrócić do domu? Do mojego nazwiska? Czy wciąż dano by mi nazywać się synem mojej matki? – Przesadna samoświadomość bywała przekleństwem. Było mu to wszystko tym bardziej bolesnym, bo jego słowa nie wynikały z obojętności, lecz z troski. Bo te słowa, choć były słowami okrutnymi, były słowami człowieka dojrzałego, świadomego, jak działa świat. – Wiem, jakie to trudne. Wiedziałem to będąc dzieciakiem, więc i wtedy nie chciałem, żebyś musiała podejmować ten wybór. Kochałem cię na tyle, by nie prosić, żebyś wybierała między nami, porzucać swojego świata na rzecz mojego. Ty zawsze myślisz, że ja ci ten wybór zabrałem, że wciąż ci go zabieram. Tymczasem... Tymczasem ja zrobiłem wszystko, żebyś zawsze miała ten wybór.
Podniósł jej dłoń, przytulając ją do własnego policzka, powoli, próbując przezwyciężyć wstręt przed dotykiem, jaki wciąż czuł.
– Ale ty wolisz iluzję wyboru, jaką daje ci Louvain. Czemu więc tak bardzo boli cię, że wolę iluzję uczucia, jaką daje mi Loretta?
Chciała zapomnieć o Lorettcie, a przecież to Loretta była powodem, dla którego nienawidził go Louvain. Powodem, dla którego pojawił się w Ataraxii wraz z resztą Śmierciożerców. To Loretta była powodem, dla którego Ambrosia odmalowywała teraz nadpalony szyld swojego zakładu. Zapomnieć o Lorettcie się nie dało. Musieliby zapomnieć o ostatnich siedmiu latach. Alexander nie mógł powiedzieć, że nie próbował, bo do czasu poronionej ceremonii zaślubin robił wszystko, żeby Ambrosia zapomniała. Nie wspominał przy niej o Lorettcie, nie, Loretta nie istniała, gdy byli razem. Nie istniałaby nadal, pomyślał, sunąc palcem wzdłuż załamań linii serca znaczących jej dłoń, gdyby nie chęć Ambrosii do zangażowania się w chorą dynamikę z rodzeństwem Lestrange. Bo po co zwracała na siebie uwagę Louvaina na weselu? Po co ryzykowała, zdradzając mu, że jest słabością Alexandra? Pokazując, że zrobiłby dla niej wszystko? Gdy teleportował się w nocy do Ataraxii, spodziewał się najgorszego. Jej nieobecność była mu na początku ulgą, ale zaraz zmieniła się w poczucie zaszczucia. Nie wiedział, jak zdołał się uspokoić. Jak zdołał iść dalej z wizjami jej rozwleczonego ciała pod powiekami. Spaliłbym dla ciebie cały świat, nie tak powiedział? Więc palił. A potem, gdy dał się postrzelić, ledwie to wszystko poczuł. Obronił jej dom, więc nie odważyliby się jej niczego zrobić, przekonywał się. Nie odważyliby się jej skrzywdzić. Och, jeżeli Ambrosia myślała, że Alexander był okrutnym, nie doceniała go. Nie doceniała też Śmierciożerców. Nie wszyscy byli jak Rodolphus Lestrange, z jego nieskazitelną szatą i eleganckimi morderstwami, dokonywanymi po mentalnych torturach, po których można było dostać pomieszania zmysłów. Nie, prawdziwy ból był wybitnie wręcz nieelegancki. Był brzydki. Nie było w brutalności otaczających go zbirów nic pięknego, nic poetyckiego. Alexander Mulciber dobrze o tym wiedział, bo był jednym z tych zbirów. W końcu mentalne gierki się kończyły. "Nie baw się jedzeniem", przypominali sobie czystokrwiści chłopcy napomnienia swych mam, po czym wracali do łamania kości. Wycinania języków. Wyłupiania oczu. Do zadawania bezmyślnej przemocy, pozbawionej symbolicznego znaczenia.
Nagle wszystko zaczynało składać się w całość. Po co kłamała, gdy pytał ją o siniaki na szyi. Więc to był Louvain? To musiał być Louvain. Jak wiele z tych rzeczy było z przyczyny Louvaina? Jak długo? To nie zdrada Ambrosii go bolała, bo nie czynił jej przecież wyrzutów ani teraz, ani na weselu, gdy złapał ją na parkiecie z Louvainem. Bolała go jej głupota. Bo co spodziewała się tym wszystkim osiągnąć?
Alexander zamknął oczy, wtulając się policzkiem w dłoń Ambrosii.
– Bo ty nie mogłabyś być moją żoną. Nie rozumiesz, Rosie? Wtedy musiałbyś być moją żoną. A moja żona nie mogłaby mieszkać na Nokturnie. Nie mogłaby odwiedzać zamtuzu, który prowadzi jej rodzina. Rodzina, której istnienie przynosi jej tylko wstyd. Jak myślisz, dlaczego przedstawiłem cię tylko matce? Czy mój ojciec pozwoliłby nam żyć tak jak żyliśmy, gdyby wiedział? A wciąż jest jeszcze to, co mówiliby obcy ludzie... Jak byś to zniosła, ukochana? Kiedy nie byłoby nikogo, kto mógłby unieść pięści, aby uciszyć nienawistne szepty na twój temat, jak byś sobie poradziła? Tak jak radzisz sobie teraz? – pytał spokojnie Alexander, słychać jednak było smutek w jego głosie. – Moja żona musiałaby to wszystko znieść. A ty... Ty byś tego nie zniosła. Ty byś tego nienawidziła. Nienawidziłabyś być moją żoną. W końcu znienawidziłabyś i mnie, za to, że jestem twoim mężem. A Loretta nie dbała nigdy o takie rzeczy. A jeśli kiedykolwiek dbała, to przestała dawno temu, wtedy, kiedy odebrałem jej dziewictwo. Dziewczyna z jednej z najpotężniejszych rodzin czystej krwi, z reputacją zniszczoną już na starcie... Złamałem ją. A Lestrange’owie? Oni są wściekli, że ją złamałem. Jeszcze bardziej wściekli, że ją poślubiłem. Ale tylko dlatego, że nie zrozumieli jeszcze, że nie ma nikogo lepszego ode mnie, kto chciałby pojąć Lorettę za żonę. – Zimne kalkulacje Alexandra były przerażającymi, ale mężczyzna albo nie zdawał sobie z tego sprawy, albo zwyczajnie o to nie dbał. – Chcę ich gniewu. Chcę ich pustych gróźb. Chcę patrzeć, jak dochodzą wreszcie do bolesnego wniosku, że gniew i groźby nic im nie dadzą. Chcę widzieć ich desperację. A potem chcę słyszeć ich poddańcze błagania: "weź ją sobie". Weź ją, prosimy, bo inaczej musielibyśmy wydziedziczyć naszą ukochaną córeczkę. Wykląć ją z rodziny, której – mimo naszych starań – przynosi tylko wstyd. Oczywiście, że załamywali by ręce, że wychodzi za takiego łajdaka, jak ja, ale kto inny by ją zechciał? Bo kto inny wziąłby za żonę taką puszczalską kurewkę jak Loretta? Czyja córka, czystej krwi panienka, dopuściwszy się podobnych wybryków, miałaby takie same perspektywy na małżeństwo jakie ma ona? Jestem jednym z najmłodszych, jeżeli nie najmłodszym pośród wszystkich lordów czystej krwi w Wielkiej Brytanii. Dziedziczę po ojcu wszystko. U mojego boku Loretta stałaby się więc lady Mulciber, panią na Mulciber Manor... A jeśli dałbym jej dziecko? Wkrótce każdy zapomniałby, że była kurwą. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko jedno. Dobro rodziny. A jej rodzina musi ją bardzo kochać, skoro nigdy jej nie wydziedziczyli po tych wszystkich latach, które spędziła puszczając się publicznie na prawo i na lewo. Nawet Louvain rozumie, że dopiero u mojego boku z kurwy mogłaby stać się panią. Louvain, prawa ręka Mistrza, najpewniej dziedziczący majątek Lestrange’ów... Powiedz mi, jak mógłby skrzywdzić człowieka, którego kocha jego siostra? Człowieka, od którego zależy jej reputacją? A gdyby miała ze mną dzieci, jak mógłby je skrzywdzić? Przecież byłyby też mimo wszystko dziećmi Loretty. A jak sama zauważyłaś, "Louvain jest okrutny, ale nie marnotrawny". Bo kocha Lorettę tak jak i ja kocham ciebie.
Wszystko to powiedział takim samym obojętnym tonem, z jakim opisywałby laikowi nudny rozkład tarota.
– Miłość. Dziwna sprawa, ta miłość, nie uważasz? Zmusza nas do rzeczy, których nigdy nie chcieliśmy się dopuścić. A rzeczy, które ja robię z miłości... Nigdy nie są dobre, Ambrosio. A jednak cię kocham. Kochałem cię, i byłem gotów porzucić dla ciebie wszystko, te siedem lat temu. Błagałem cię, żebyś została moją żoną, pamiętasz? Po tym, jak odeszłaś. Powiedziałem ci, że wciąż mogę to naprawić. Że postąpię właściwie. I wtedy mówiłem szczerze. A to było trudne, Ambrosio. Nie tylko dlatego, że nie znałem innego życia poza własnym. Byłem głupim chłopaczkiem chowanym pod kloszem, gówniarzem, który zobaczył trochę świata, więc wydawało mu się, że wie wszystko – chociaż nie wiedział nic. Myślisz, że byłoby mi łatwym porzucić wszystko? Zobaczyć zawód w oczach mojego ojca? Nigdy już nie wrócić do domu? Do mojego nazwiska? Czy wciąż dano by mi nazywać się synem mojej matki? – Przesadna samoświadomość bywała przekleństwem. Było mu to wszystko tym bardziej bolesnym, bo jego słowa nie wynikały z obojętności, lecz z troski. Bo te słowa, choć były słowami okrutnymi, były słowami człowieka dojrzałego, świadomego, jak działa świat. – Wiem, jakie to trudne. Wiedziałem to będąc dzieciakiem, więc i wtedy nie chciałem, żebyś musiała podejmować ten wybór. Kochałem cię na tyle, by nie prosić, żebyś wybierała między nami, porzucać swojego świata na rzecz mojego. Ty zawsze myślisz, że ja ci ten wybór zabrałem, że wciąż ci go zabieram. Tymczasem... Tymczasem ja zrobiłem wszystko, żebyś zawsze miała ten wybór.
Podniósł jej dłoń, przytulając ją do własnego policzka, powoli, próbując przezwyciężyć wstręt przed dotykiem, jaki wciąż czuł.
– Ale ty wolisz iluzję wyboru, jaką daje ci Louvain. Czemu więc tak bardzo boli cię, że wolę iluzję uczucia, jaką daje mi Loretta?
Chciała zapomnieć o Lorettcie, a przecież to Loretta była powodem, dla którego nienawidził go Louvain. Powodem, dla którego pojawił się w Ataraxii wraz z resztą Śmierciożerców. To Loretta była powodem, dla którego Ambrosia odmalowywała teraz nadpalony szyld swojego zakładu. Zapomnieć o Lorettcie się nie dało. Musieliby zapomnieć o ostatnich siedmiu latach. Alexander nie mógł powiedzieć, że nie próbował, bo do czasu poronionej ceremonii zaślubin robił wszystko, żeby Ambrosia zapomniała. Nie wspominał przy niej o Lorettcie, nie, Loretta nie istniała, gdy byli razem. Nie istniałaby nadal, pomyślał, sunąc palcem wzdłuż załamań linii serca znaczących jej dłoń, gdyby nie chęć Ambrosii do zangażowania się w chorą dynamikę z rodzeństwem Lestrange. Bo po co zwracała na siebie uwagę Louvaina na weselu? Po co ryzykowała, zdradzając mu, że jest słabością Alexandra? Pokazując, że zrobiłby dla niej wszystko? Gdy teleportował się w nocy do Ataraxii, spodziewał się najgorszego. Jej nieobecność była mu na początku ulgą, ale zaraz zmieniła się w poczucie zaszczucia. Nie wiedział, jak zdołał się uspokoić. Jak zdołał iść dalej z wizjami jej rozwleczonego ciała pod powiekami. Spaliłbym dla ciebie cały świat, nie tak powiedział? Więc palił. A potem, gdy dał się postrzelić, ledwie to wszystko poczuł. Obronił jej dom, więc nie odważyliby się jej niczego zrobić, przekonywał się. Nie odważyliby się jej skrzywdzić. Och, jeżeli Ambrosia myślała, że Alexander był okrutnym, nie doceniała go. Nie doceniała też Śmierciożerców. Nie wszyscy byli jak Rodolphus Lestrange, z jego nieskazitelną szatą i eleganckimi morderstwami, dokonywanymi po mentalnych torturach, po których można było dostać pomieszania zmysłów. Nie, prawdziwy ból był wybitnie wręcz nieelegancki. Był brzydki. Nie było w brutalności otaczających go zbirów nic pięknego, nic poetyckiego. Alexander Mulciber dobrze o tym wiedział, bo był jednym z tych zbirów. W końcu mentalne gierki się kończyły. "Nie baw się jedzeniem", przypominali sobie czystokrwiści chłopcy napomnienia swych mam, po czym wracali do łamania kości. Wycinania języków. Wyłupiania oczu. Do zadawania bezmyślnej przemocy, pozbawionej symbolicznego znaczenia.
Nagle wszystko zaczynało składać się w całość. Po co kłamała, gdy pytał ją o siniaki na szyi. Więc to był Louvain? To musiał być Louvain. Jak wiele z tych rzeczy było z przyczyny Louvaina? Jak długo? To nie zdrada Ambrosii go bolała, bo nie czynił jej przecież wyrzutów ani teraz, ani na weselu, gdy złapał ją na parkiecie z Louvainem. Bolała go jej głupota. Bo co spodziewała się tym wszystkim osiągnąć?
Alexander zamknął oczy, wtulając się policzkiem w dłoń Ambrosii.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat