Nadal nie czuła się tutaj do końca swojo. Nie wydawało jej się, że kiedykolwiek będzie. Nokturn był bardzo specyficznym miejscem, gdzie można było znaleźć wszystko i nic, jeśli tylko się chciało. Specyficzny zapach, a może smród tego miejsca uderzył ją w nozdrza kiedy znaleźli się na zewnątrz, mieszał się z wonią jesieni, tą charakterystyczną, wilgotną, póki co jednak nie padało, więc nie było, aż tak źle. Palce mieli splecione, jakby to było najbardziej normalną rzeczą na świecie, bo przecież robili tak wiele razy, tylko, że teraz niosło to za sobą zupełnie inny ciężar. Została narzeczoną, a za chwilę miała stać się jego żoną. Oczywiście, że była podekscytowana, chociaż starała się zachowywać całkiem normalnie, to jednak nie było wcale takie proste, nie w sytuacji, w której się znaleźli.
Nie różniło się to jakoś specjalnie od tego, jak szli w stronę tego feralnego mieszania, w którym wszystko sobie wyjaśnili, chociaż może, było jednak zupełnie inaczej. Nie towarzyszyła jej wściekłość, czy rozczarowanie, pod skórą czuła raczej spokój i ulgę, bo jakoś udało im się wszystko wyjaśnić, znaleźć rozwiązanie, wybrać nową drogę, pomimo tego, że kiedy jeszcze szli tędy jakiś czas temu nie istnieli jako para. Niezbadane były koleje losu.
Dostała nóż, nie chciała pierścionka, więc dostała jego nóż. Czy było w tym coś dziwnego? Być może, chociaż oni zawsze przecież przekraczali wszelkie możliwe granice, także Prudence zamiast pierścionka zaręczynowego została właścicielką noża rytualnego, co swoją drogą uważała za dużo bardziej praktyczne, było to oczywiście też symbolem, który mówił sam za siebie.
Puścił jej dłoń na krótką chwilę, od razu poczuła chłód na swojej ręce, nie miała ochoty chociaż na chwilę zaprzestawać go dotykać, jakby bała się, że może to spowodować, że jeszcze faktycznie jej się wymknie, było to irracjonalne, bo przecież właśnie szli szukać kogoś kto udzieli im ślubu, od ręki, bo tak sobie założyli, bo tego chcieli.
Odwzajemniła jego uśmiech, dostrzegła go mimo tego półmroku, drogę oświetlały im przecież tylko latarnie i światło księżyca, który chował się za chmurami. Miał sakiewkę, to był chyba dobry znak, zwłaszcza, że faktycznie mógł ją stracić w Wiwernie.
Co do latarni... zamigotała jedna z nich, później następna. Prue nie wydawało się to niczym dziwnym, to był Nokturn, tutaj chyba po prostu działy się takie rzeczy, szła nadal przed siebie, tuż u jego boku, dziękowała Morganie, że już się tak nie spieszył jak wcześniej, kiedy była niemalże pewna, że skończy uderzając albo twarzą, albo tyłkiem o krawężnik.
Wysunął znowu dłoń w jej kierunku, sięgnęła po nią, kiedy tylko zobaczyła ten gest, mimo, że ledwie na chwile je rozłączyli to brakowało jej pod skórą jego ciepła. Tylko, że dotarło do niej, że to nie ta ręka, którą wcześniej trzymała. - Nie ta ręka. - Powiedziała cicho, bo mógł zapomnieć, ale ona nie zapominała, widziała przecież, co mu się przytrafiło kilka godzin wcześniej.
- Dobrze, skoro tu jest to do niego pójdziemy, chcesz obrączek, będą obrączki. - To było całkiem proste, zresztą nie widziała powodu, aby nie mieli sobie jakichś zorganizować, będą przecież symbolem ich małżeństwa, nie spodziewała się po Nokturnie cudów, chociaż wiedziała, że można było tutaj czasem trafić na wyjątkowe przedmioty, być może i z tym będą mieli szczęście.
Nie udało jej się jeszcze złapać jego dłoni, nie wyciągnął do niej tej drugiej, ale nagle, nagle te latarnie, które jeszcze przed chwilą oświetlały im drogę - zgasły. Ciemność ogarnęła okolicę. Poczuła zimny dreszcz przechodzący jej po plecach, bo było to niespodziewane.
Zatrzymała się w miejscu. - Benjy, jesteś tu. - Mówiła szeptem, aby nie zwracać na nich uwagi, mimo, że czuła obok jego obecność, ciepła jego ciała nie dało się zignorować, to wolała się upewnić, że naprawdę tutaj jest.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control