W gruncie rzeczy uwielbiała pozimowy chłód, który pozostawiała po sobie śnieżna pora roku; w szczególności umiłowała sobie igiełki zimnego deszczu, rozbijające się o nagą skórę, tworzące z niej galaktykę – spadające gwiazdy śmierci. To właśnie wtedy czuła, że żyje, na rozciągłości doznań zahaczających o masochistyczne umiłowanie lodowej dłoni – lato wszak, duszne i parne, skraplało się jedynie potem na plecach i skroniach, a zima? Przypominała o nieodwołalności ludzkiego istnienia. Szczególnie urokliwe w swoich kaprysach było przedwiośnie, sygnalizowane główkami przebiśniegów wyzierającymi zza topniejących zasp śnieżnych – fatum odnawialne i chroniczne, zawsze odnajdujące swoje miejsce na piedestale wszechświata. Zadarła głowę raz jeszcze, skupiając spojrzenie na masywie chmur wędrujących po nieboskłonie, co rusz przyćmiewających języki słońca, tak łagodnie głaszczące ziemię.
Pomimo obcasów, jegomość był na tyle wysoki, że musiała zadzierać głowę; ach, kojarzyło się jej to z postawą Leandra – o równe pół metra wyższego od jej mikrej osoby. I choć nie czuła się nigdy komfortowo, będąc niską osobą o ogromnej, przerastającej ją kilkukrotnie osobowości, zapewne musiałaby przyjść na szczudłach, aby zrównać się wzrostem z lwią częścią mężczyzn.
Uniosła brwi jeszcze wyżej, wybuchając perłami nienachalnego śmiechu, będącymi swoistą odpowiedzią na jego przypuszczenia. Wpatrywała się w niego zza kurtyny rzęs czarnych jak ta smoła, wbijając igiełki ciemnych, orzechowych tęczówek, w których zaigrały iskry rozbawienia.
– Masz szczęście, że jest ładna pogoda – rzekła mimochodem. – Gdybym miała gorszy humor, zapewne bym cię pozostawiła na pastwę zgadywania, ale jako że jest dzisiaj całkiem przyjemnie, rozwieję twoje wątpliwości.
Uśmiech rozgościł się na dobre na jej bogatym w ekspresję obliczu, gdy wyciągała dłoń ku mężczyźnie.
– Loretta Lestrange. Nie chcę mówić, że jestem artystką, to w końcu tak pompatycznie brzmi. Powiedzmy zatem, że maluję obrazy – przedstawiła się.
Gdy tylko uścisnął jej dłoń, wsunęła obie w kieszenie ciepłego, wełnianego płaszcza. Znamiona zimy wciąż pozostawały wyraźne, chociażby w postaci bladych, jednak wciąż unoszących się w powietrzu kłębów pary, tchniętych przez sam oddech.