25.02.2023, 23:30 ✶
- Też – przyznała Brenna. – Chociaż nie tylko. Mam mnóstwo spraw w pracy. Ostatnio jakby świat stanął na głowie. Anomalie teleportacyjne na Mokradłach, halucynacje na Pokątnej, kradzieże…
…i zabójstwa, oczywiście. Śmierć Codyego Brandona, zgłoszona właśnie przez Codyego. Sprawa Fergusa i Castiela. Poszukiwania zaginionego Charlesa Rookwooda, który, tak się składało, mieszkał teraz na piętrze ich domu.
- Ciężko coś planować – mruknęła, uśmiechając się. Mało wesoło. Krzywo. Śmierciożercy mieli to do siebie, że dość łatwo mogli zasiać chaos, a Brygadzie i Zakonowi pozostawało reagować. Oraz próbować wyłapywać pojedyncze osoby z nadzieją, że pewnego dnia skończy się to jak wojna z Grinewaldem. Że Dumbledore stanie przed Voldemortem i okaże się, że to ten pierwszy jest silniejszy. – Poza tym ja… jestem tylko pionkiem na szachownicy, Dani. Nie rozgrywam tej partii. I dlatego najlepiej będzie, jeżeli nie będziesz mnie pytała, kto jest w to zaangażowany. Jeśli sama się zaangażujesz, niektóre osoby na pewno poznasz, ale… nie tylko ja nie znam wszystkich, chyba też sama rozumiesz, że najlepiej dla ciebie, by niewiele osób wiedziało.
Nie tylko z uwagi na ewentualnych zdrajców – myśl o nich wciąż tkwiła gdzieś w głowie Brenny – ale też dlatego, że ktoś mógł po prostu dostać się w ręce legimentów. Powiedzieć zbyt wiele. Oczywiście, Dani i tak będzie na celowniku, jej ojciec w końcu popełnił „mezalians”, żeniąc się z Bletcheyówną. Niemniej było dobrze, aby nie podskakiwała wysoko na liście ewentualnych celów.
- Taaaak, tylko zadaniem Brygadzisty i aurora jest wziąć udział w tej walce, a uzdrowiciela połatać nas potem – przypomniała, wyciągając rękę, by pogłaskać Gałgana.
Brenna nie bez powodu prosiła, aby – jeśli Danielle zdecyduje się brać pełnowymiarowy udział w sabacie – trzymała się blisko Erika lub Mavelle. Oni mieliby w pobliżu w razie czego uzdrowiciela, a Dani kogoś, kto jej pomoże. Wszystkie dzieci Longbottomów uczono jakichś podstaw samoobrony i walki, ale mimo wszystko Danielle była uzdrowicielką. Brenna za żadne skarby nie chciała posyłać jej do starcia. Dzielił je zaledwie rok różnicy. Mniej niż samą Brennę i Mavelle. Ale Brenna nie potrafiła patrzeć na Lucy i Danielle tak jak na Mav czy Erika: kogoś, kogo może pociągnąć ze sobą w ogień. Obie kuzynki wdały się w Bletcheyównę, drobnej postury, Lucy tak krucha, a Dani tak pechowa, że ciężko było ciągnąć je już za młodu do wspinaczki po drzewach czy przepływania jeziora na wyścigi. Starała się powściągać opiekuńcze zapędy, bo obie były dorosłe, jednak było to trudne.
Poza tym…
Wszyscy ryzykowali, prawda?
- Nie poczuję się lepiej, wiedząc, że jesteś w niebezpieczeństwie. Za to poczuję się lepiej, wiedząc, że jesteś gotowa pomóc rannym – przyznała uczciwie. – Ale nie mogę ci niczego narzucić.
…i zabójstwa, oczywiście. Śmierć Codyego Brandona, zgłoszona właśnie przez Codyego. Sprawa Fergusa i Castiela. Poszukiwania zaginionego Charlesa Rookwooda, który, tak się składało, mieszkał teraz na piętrze ich domu.
- Ciężko coś planować – mruknęła, uśmiechając się. Mało wesoło. Krzywo. Śmierciożercy mieli to do siebie, że dość łatwo mogli zasiać chaos, a Brygadzie i Zakonowi pozostawało reagować. Oraz próbować wyłapywać pojedyncze osoby z nadzieją, że pewnego dnia skończy się to jak wojna z Grinewaldem. Że Dumbledore stanie przed Voldemortem i okaże się, że to ten pierwszy jest silniejszy. – Poza tym ja… jestem tylko pionkiem na szachownicy, Dani. Nie rozgrywam tej partii. I dlatego najlepiej będzie, jeżeli nie będziesz mnie pytała, kto jest w to zaangażowany. Jeśli sama się zaangażujesz, niektóre osoby na pewno poznasz, ale… nie tylko ja nie znam wszystkich, chyba też sama rozumiesz, że najlepiej dla ciebie, by niewiele osób wiedziało.
Nie tylko z uwagi na ewentualnych zdrajców – myśl o nich wciąż tkwiła gdzieś w głowie Brenny – ale też dlatego, że ktoś mógł po prostu dostać się w ręce legimentów. Powiedzieć zbyt wiele. Oczywiście, Dani i tak będzie na celowniku, jej ojciec w końcu popełnił „mezalians”, żeniąc się z Bletcheyówną. Niemniej było dobrze, aby nie podskakiwała wysoko na liście ewentualnych celów.
- Taaaak, tylko zadaniem Brygadzisty i aurora jest wziąć udział w tej walce, a uzdrowiciela połatać nas potem – przypomniała, wyciągając rękę, by pogłaskać Gałgana.
Brenna nie bez powodu prosiła, aby – jeśli Danielle zdecyduje się brać pełnowymiarowy udział w sabacie – trzymała się blisko Erika lub Mavelle. Oni mieliby w pobliżu w razie czego uzdrowiciela, a Dani kogoś, kto jej pomoże. Wszystkie dzieci Longbottomów uczono jakichś podstaw samoobrony i walki, ale mimo wszystko Danielle była uzdrowicielką. Brenna za żadne skarby nie chciała posyłać jej do starcia. Dzielił je zaledwie rok różnicy. Mniej niż samą Brennę i Mavelle. Ale Brenna nie potrafiła patrzeć na Lucy i Danielle tak jak na Mav czy Erika: kogoś, kogo może pociągnąć ze sobą w ogień. Obie kuzynki wdały się w Bletcheyównę, drobnej postury, Lucy tak krucha, a Dani tak pechowa, że ciężko było ciągnąć je już za młodu do wspinaczki po drzewach czy przepływania jeziora na wyścigi. Starała się powściągać opiekuńcze zapędy, bo obie były dorosłe, jednak było to trudne.
Poza tym…
Wszyscy ryzykowali, prawda?
- Nie poczuję się lepiej, wiedząc, że jesteś w niebezpieczeństwie. Za to poczuję się lepiej, wiedząc, że jesteś gotowa pomóc rannym – przyznała uczciwie. – Ale nie mogę ci niczego narzucić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.