02.12.2025, 11:34 ✶
-Jestem twoim synem, jakieś cechy musiałem po tobie odziedziczyć- odpowiedział, niby zupełnie obojętnym tonem, a jednak w ton jego głosu wkradło się zadowolenie. -Myślisz, że dałoby radę wysłać je kominkiem, żeby nie wzbudzić podejrzeń? Albo przekonać kogoś, żeby zaniósł im to krzesło i powiedział, że to od tej Debory czy tamtej kuzynki, która krzywe zęby nazywała kanonem piękna z Chin.
Jak jej tam było? Celina? Cecylia? A może była to zupełnie inna osoba?
Dla niego, wysyłanie prezentu, tym bardziej potencjalnie przeklętego, sowami nie wchodziło z grę. Klątwa mogła przecież przejść na ptaki, a oprócz tego, że na nowe nie mogli sobie w tej chwili pozwolić, to nie byli przecież tak bezduszni, żeby świadomie skazywać sowy na zetknięcie z klątwą. Poza tym, po sowach można było dotrzeć do właściciela, co nie tylko popsułoby całą niespodziankę, ale również doprowadziłoby do z pewnością nieprzyjemnych konsekwencji. Jessie nie był aż tak chętny do zapoznawania się z rodziną Charlotte w momencie, gdy są wkurzeni, jak mogłoby się wydawać z jego słów.
-Albo pożyczyło sobie twoją umiejętność i jakimś cudem niezdolność Theo do usiedzenia w miejscu - wzruszył ramionami i westchnął cicho.
Zabrał się do roboty. Powoli obracał nadgarstkiem, wypuszczając magię z końca różdżki, w skupieniu wpatrując się w krzesło, nie mrugając. W sumie nawet miał tę małą nadzieję, że na krzesełku ciążyła jakaś klątwa, której mógł się po prostu pozbyć zaklęciem i jako zakończenie sprawy mógł wywalić krzesło przez okno, jak zapowiadał wcześniej.
Jego brew drgnęła, a na twarzy pojawił się grymas - zaklęcie nie zadziałało. Magia nie zadziałała tak, jak powinna, co oznaczać mogło, że krzesło najwyraźniej nie było zaklęte. Najwidoczniej została na nim resztka jakiejś nieszkodliwej magii - może po jakimś czarowaniu w domu - ale nie była to klątwa. Nic szkodliwego, a raczej możliwego do olania, a w tym przypadku - irytującego.
Z ust wyrwało mu się niezbyt ładne słowo i uniósł jeszcze raz rękę, żeby znowu spróbować rozproszyć pozostałą na krzesełku magię, kiedy Charlotte wypowiedziała słowa, których absolutnie się po niej nie spodziewał. Odwrócił się do niej gwałtownie, aż mu coś pstryknęło w karku.
-Mamo? - odezwał się ostrożnie. -Dobrze się czujesz? Co to było?
Nie zdziwiło go to, jak szybko jego matka doszła do siebie po tym dziwnym epizodzie, chociaż trochę go to zaniepokoiło, bo może Charlotte powinna trochę bardziej się przejąć, nawet jeśli, jak sama stwierdziła, było to coś nowego.
-Nie - odpowiedział, przyglądając się matce badawczo. -Nawet kiedy byłem tu wcześniej, nie wyczułem nic niepokojącego.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale może dwie sekundy po jego ostatnim słowie krzesło nagle podskoczyło, podniosło przednie nogi i śmignęło między nimi, jak mugolska motorówka. Jessie zdążył odskoczyć, zanim krzesło uderzyło w jego nogi.
-Co do...
Krzesełko zrobiło slalom przez salon, rysując podłogę, z krótkim piskiem zakręciło i wjechało do pokoju Theo.
Brakowało na nim tylko dziecka albo skrzata z wyciągniętymi nogami i radosny piskiem.
Jak jej tam było? Celina? Cecylia? A może była to zupełnie inna osoba?
Dla niego, wysyłanie prezentu, tym bardziej potencjalnie przeklętego, sowami nie wchodziło z grę. Klątwa mogła przecież przejść na ptaki, a oprócz tego, że na nowe nie mogli sobie w tej chwili pozwolić, to nie byli przecież tak bezduszni, żeby świadomie skazywać sowy na zetknięcie z klątwą. Poza tym, po sowach można było dotrzeć do właściciela, co nie tylko popsułoby całą niespodziankę, ale również doprowadziłoby do z pewnością nieprzyjemnych konsekwencji. Jessie nie był aż tak chętny do zapoznawania się z rodziną Charlotte w momencie, gdy są wkurzeni, jak mogłoby się wydawać z jego słów.
-Albo pożyczyło sobie twoją umiejętność i jakimś cudem niezdolność Theo do usiedzenia w miejscu - wzruszył ramionami i westchnął cicho.
Zabrał się do roboty. Powoli obracał nadgarstkiem, wypuszczając magię z końca różdżki, w skupieniu wpatrując się w krzesło, nie mrugając. W sumie nawet miał tę małą nadzieję, że na krzesełku ciążyła jakaś klątwa, której mógł się po prostu pozbyć zaklęciem i jako zakończenie sprawy mógł wywalić krzesło przez okno, jak zapowiadał wcześniej.
Jego brew drgnęła, a na twarzy pojawił się grymas - zaklęcie nie zadziałało. Magia nie zadziałała tak, jak powinna, co oznaczać mogło, że krzesło najwyraźniej nie było zaklęte. Najwidoczniej została na nim resztka jakiejś nieszkodliwej magii - może po jakimś czarowaniu w domu - ale nie była to klątwa. Nic szkodliwego, a raczej możliwego do olania, a w tym przypadku - irytującego.
Z ust wyrwało mu się niezbyt ładne słowo i uniósł jeszcze raz rękę, żeby znowu spróbować rozproszyć pozostałą na krzesełku magię, kiedy Charlotte wypowiedziała słowa, których absolutnie się po niej nie spodziewał. Odwrócił się do niej gwałtownie, aż mu coś pstryknęło w karku.
-Mamo? - odezwał się ostrożnie. -Dobrze się czujesz? Co to było?
Nie zdziwiło go to, jak szybko jego matka doszła do siebie po tym dziwnym epizodzie, chociaż trochę go to zaniepokoiło, bo może Charlotte powinna trochę bardziej się przejąć, nawet jeśli, jak sama stwierdziła, było to coś nowego.
-Nie - odpowiedział, przyglądając się matce badawczo. -Nawet kiedy byłem tu wcześniej, nie wyczułem nic niepokojącego.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale może dwie sekundy po jego ostatnim słowie krzesło nagle podskoczyło, podniosło przednie nogi i śmignęło między nimi, jak mugolska motorówka. Jessie zdążył odskoczyć, zanim krzesło uderzyło w jego nogi.
-Co do...
Krzesełko zrobiło slalom przez salon, rysując podłogę, z krótkim piskiem zakręciło i wjechało do pokoju Theo.
Brakowało na nim tylko dziecka albo skrzata z wyciągniętymi nogami i radosny piskiem.