Nie miała już żadnych obaw związanych z wypowiadaniem tego, co siedziało w jej głowie. Wcześniej nie do końca była pewna, czy mogła sobie na to pozwolić, bo nie do końca chciała narzucać swoją własną wizję, w której miała prawo zażądać od niego, by czuł do niej to wszystko, co ona czuła do niego. Teraz już nie miała najmniejszych wątpliwości, że byli w tym razem, mogła więc pozwolić sobie na te wszystkie komentarze, które od dawna siedziały jej w głowie.
- Gwarantuję Ci, że przegrałyby przed startem, tak właściwie to chyba nie dopuściłabym ich do tych zawodów. - Już ona by się postarała, aby właśnie tak się stało, a jak wiadomo Prue potrafiła być wyjątkowo zawzięta, kiedy jej na czymś zależało. To nie tak, że wątpiła w lojalność Benjy'ego, jednak nie było sensu jej sprawdzać, czy coś.
Tak właściwie to była pewna, że byli gotowi razem stanąć do każdej, ewentualnej walki. Ramię w ramię, różdżka w różdżkę, bo w końcu znajdowali się po tej samej stronie i nic nie mogło już tego zmienić. Mieli związać się na zawsze, nie było nic silniejszego od tego. Zresztą wiedziała, że łączyło ich coś bardzo głębokiego, stałego, co już dawno w nich kiełkowało, tylko nie miało możliwości urosnąć, wreszcie na to pozwolili, wreszcie przekroczyli granice, pozwolili sobie sięgnąć po to, co faktycznie do nich należało.
Od zawsze reagowali na siebie bardzo intensywnie, od zawsze coś ich do siebie przyciągało, teraz nie musieli już z tym walczyć, mogli podjąć świadomą decyzję o tym, że chcą spleść ze sobą swój los. Decyzja była bardzo prosta, najbardziej naturalna jaka mogła być, nie widziała innej możliwości, nie jeśli chciała być szczęśliwa. Wiedziała, że bez niego u jej boku nie będzie to możliwe.
Ostatnie tygodnie, te które razem spędzili spowodowały, że zaczęła żyć. Przez lata miała wrażenie o tym, że egzystuje, to było nic więcej, jak tylko przetrwanie, niezbyt przyjemne, nie niosące ze sobą niczego, jej życie było puste. Kiedy Benjy się w nim pojawił wszystko się zmieniło, obudził w niej coś, co dawno nie wychodziło na powierzchnię, wiedziała, że tak będzie już zawsze, bo przy nim była najlepszą wersją siebie, tą, której naprawdę chciało się sięgać po więcej, przekraczać granice, żyć.
Rytuał miał być tylko dopełnieniem tego, co wisiało między nimi od lat, czegoś co kiedyś nie miało racji bytu, ale jednak udało im się doprowadzić to do skutku, co tylko i wyłącznie świadczyło o tym, że razem byli w stanie sprostać wszystkiemu, co stawało im na drodze.
- Tak, wiem, niestety będziesz się tak musiał męczyć do końca życia. - Rzuciła jeszcze bardzo lekko. Jakoś musieli znaleźć sposób na to, aby się do siebie dostosować, chociaż już dawno to zrobili, Benjy nigdy nie narzekał na to, że musi przy niej zwalniać, chociaż nie sądziła, aby to było dla niego całkiem naturalne, przy niej jednak zawsze miał dużo cierpliwości.
Miejsce, w którym się znaleźli... nie było wymarzonym miejscem do zmiany stanu cywilnego, przynajmniej dla normalnych ludzi, ale oni ustalili już dawno, że nie należeli do tych normalnych. Nie powinno więc za bardzo dziwić to, że właśnie tutaj się znaleźli. To pasowało do nich, pasowało do tej decyzji którą podjęli, do pewności, która im towarzyszyła, bo pewnie każdy inny wahałby się, żeby w ogóle tutaj wejść i prosić o to, aby właścicielka połączyła ich ze sobą rytuałem, ale nie oni.
- Dobry wieczór. - Powiedziała tuż za nim, pewnym głosem, chociaż nie wiedziała do końca kogo powinna się spodziewać, nie miała pojęcia kim była pani Vane, ale wypadało się z nią przecież przywitać. Benjy przyciągnął ją do siebie, całkiem naturalnie zajęła miejsce tuż przy jego boku, jakby naprawdę byli jednym ciałem, czuła się dzięki temu bezpieczniej, chociaż chyba nic im tutaj nie groziło. Nigdy jednak nie można być pewnym, bo przecież Nokturn był miejscem, w którym nie trzeba było się odwracać, aby ktoś wbił ci nóż w plecy.
Coś poruszyło się w kącie, świece zapłonęły same. Nie można było odmówić kobiecie tego, że potrafiła zadbać o odpowiedni nastrój. Prue wiedziała, że niektórzy podchodzili bardzo skrupulatnie do najdrobniejszych szczegółów, otoczka była dla nich ważna. Usłyszała głos, nie potrafiła do końca stwierdzić z której strony dochodził, ale kobieta w końcu wyłoniła się z kąta, Bletchley nawet nie drgnęła, chociaż nie wyglądała ona zbyt przyjemnie. Starała się jednak nie wpatrywać w nią zbyt intensywnie, wiedziała, że ludzie na Nokturnie tego nie lubią.
Jej uwaga, cóż, była bardzo konkretna. Nie dało się nie zauważyć, że był środek nocy i że byli tutaj razem. Dosyć szybko jednak domyśliła się jaki był powód ich wizyty, czy aż tak było to po nich widać, czy kobieta potrafiła wyczuć więcej, niż zwyczajny człowiek? Obie opcje były prawdopodobne, chociaż Bletchley nie wydawało się, aby często ktoś przychodził tutaj po taką usługę, jakiej oni potrzebowali.
Powstrzymała się przed parsknięciem, kiedy Benjy był no cóż - Benjy'm. Jak zawsze sięgał po najbardziej proste i dosadne wytłumaczenie. Kobieta lustrowała ich wzrokiem, Prudence miała wrażenie, że widziała więcej, niż tylko ich sylwetki, jakby była w stanie zajrzeć do ich dusz, umysłów, przejrzeć ich na wylot.
Nie musiała czekać długo, aby mieć pewność, że tak właśnie było. Dotarła do sedna, o czym im powiedziała. Nie dało się ukryć i ona i on byli dość mocno doświadczeni jeśli chodzi o swoje poprzednie relacje. Nie były one właściwe, ich wybory ciągnęły się za nimi do dzisiaj, co musiało być bardzo widoczne, skoro ta kobieta od razu była w stanie wszystko wyczuć, a może wcale nie, może naprawdę wiedziała więcej, musiała wiedzieć więcej skoro tak łatwo przyszło jej powiedzenie tego wszystkiego. Wiedziała z czym się mierzyli, wiedziała, że niosą za sobą piętno, ale dzięki temu wiedzieli już, czego unikać, na co sobie nie pozwalać, mieli świadomość, jak powinna faktycznie wyglądać taka więź. Rychło w czas...
Nie byli już młodzi, więc raczej nie miały ich dotyczyć żadne błędy młodości. Nie przestraszyła się tego, co powiedziała, brzmiało to dla Prue bardziej, jak obietnica, niż groźba, bo przecież tego chcieli, zależało im na tym, aby to co ich połączy było najsilniejsze, nie chodziło im tylko o papier, to miało być coś więcej. To zawsze było wszystko, nie jakiś pierwszy, lepszy dokument.
- Więź. - Odpowiedziała krótko, to było przecież najbardziej oczywistym wyborem z możliwych. Nie sądziła, że jej słowa zaskoczą Vane, na pewno potrafiła przewidzieć to, czego będą chcieli, skoro tak łatwo ich czytała. Nie przyszli tu po papier, tak, jasne również powinni go dostać, ale to był najmniejszy problem, najmniej istotna sprawa. Potrzebowali rytuału, który splecie ich drogi ze sobą na zawsze.
Galeony, oczywiście, że były najważniejszą częścią tej rozmowy. Prudence nosiła ze sobą sakiewkę, w której miała całkiem sporo złota, nie sądziła jednak, że to będzie wystarczająco, razem jednak powinni odpowiednio wynagrodzić kobietę, spojrzała tylko na Benjy'ego, jakby dając mu znak, że chyba powinni oddać jej wszystko, co aktualnie mieli przy sobie, to chyba było najlepszym rozwiązaniem. Sama wyciągnęła dłoń z kieszeni ze swoją sakiewką i wręczyła ją kobiecie. Nie sądziła, że musiała pokazywać jej zawartość, ona na pewno doskonale wiedziała ile jest w środku. Wyglądała, jakby wiedziała wszystko.
Kiedy Magdalene otrzymała obydwie sakiewki spojrzała jeszcze raz na nich swoimi szarymi oczami. Nie odezwała się już słowem. Zamiast tego wyciągnęła różdżkę, trzymała ją mocno swoimi chudymi, pomarszczonymi palcami i zaczęła kreślić znaki na podłodze, był to pentagram, w kręgu, a przynajmniej tak się wydawało Prudence. Znajdowali się w jego środku, po chwili zupełnie znienacka nadleciały czarne świece, pięć, każda znalazła się na jednym z wierzchołków znaku. W pomieszczeniu panowała cisza, którą zakłócał tylko dźwięk różdżki kobiety, która doskonale wiedziała co robi. Gdzieś w powietrzu mignęły dwa, złote kielichy, które zastygły tuż przed zaklinaczką. Czekały na to, aż po nie sięgnie, nie był to jednak jeszcze ten moment. Ona mruczała coś pod nosem, Bletchley nie była w stanie zrozumieć nic z tego, co mówiła, zapewne były to znane tylko jej formułki, które miały mieć wpływ na siłę więzi.
Prue odwróciła się do Benjy'ego, czuła, że jest to odpowiedni moment, bo coś zaczęło się zmieniać, atmosfera była cięższa, jakby wcale nie byli tu zupełnie sami, tylko towarzyszyć im zaczęły jakieś siły, które nie do końca znała.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control