Stłumił w sobie ciche westchnienie. Mógł siedzieć cicho. Mógł nie pisnąć słowem i po prostu rzucić jakimś ogólnikiem, ale nie, lepiej było wdać się w niezobowiązującą rozmową. Eh, teraz będzie miał za swoje. Skoro już zaczęli ten temat, to równie dobrze mógł nie owijać w bawełnę i opis w pełni obraz koszmaru, jakim była kuchnia w rodzinnej posiadłości. Odkaszlnął cicho i nachylił się lekko nad biurkiem, zastanawiając się przez chwilę, jak ubrać w słowa swoje doświadczenia.
— Moja kuchnia się nade mną znęca — przyznał, a na jego twarzy nie zawitał nawet minimalny uśmiech, który mógłby sugerować, że żartuje. — Kredensy same się otwierają, szuflady same wysuwają, piecyk zwiększa ogień wbrew mojej woli, sztućce latają na prawo i lewo... Jest to niebywale męczące. Na początku sądziłem, że w grę wchodzi po prostu pech, potem, że to obecność wyjątkowo sprytnego poltergeista, jednak okazało się, że była to zepsuta klątwa.
Na tym postanowił skończyć swój wywód z obawy, że wymsknie mu się, że dostał zakaz wejścia do rodzinnej kuchni. Bądź co bądź, podchodził już pod trzydziestkę, więc dobrze by było, gdyby jednak był postrzegany jako chociaż odrobinę niezależny. A raczej by się tak nie prezentował, gdyby wyszło na jaw, że siostra jest w stanie mu po prostu czegoś zakazać. Może Florence nie wygłosiłaby swoich przemyśleń na głos z uwagi na to, że w tej chwili była lekarzem, ale stawiał, że zdanie pokroju „I tak po prostu Pan na to pozwolił” mogłoby paść podczas konwersacji.
Podczas wstępnego badania zachował ciszą, oddychając miarowo i nie poruszając się bez większej potrzeby. Przez leczenie Castiela zaczynał mieć wrażenie, że jakakolwiek rozmowa nawet podczas testów przygotowawczych jest niemile widziane, a nie chciał przyczynić się do zakłamania wyników. Jeszcze uzdrowicielka zrobiłaby się zła, a już i tak zdołała go bez trudu wbić w podłogę. Pod wpływem jej wzroku, spuścił zielone oczęta na podłogę, przygryzając lekko zębami wargę. Za długi język, pomyślał. Cóż, przynajmniej był szczery! To musiało się liczyć, prawda...?
— W Yule? — wtrącił automatycznie na pierwsze pytanie, jednak gdy Florence po prostu kontynuowała, oblał się rumieńcem. Zazwyczaj był bardziej niż chętny do tego, aby udowodnić, że ma rację i przedstawić swój punkt widzenia, jednak w tym przypadku Florence miała przewagę w formie jej doświadczenia i autorytetu z zakresu uzdrawiania. — Leczenie już trwało jakiś czas i nie wystąpiły jakieś paskudne objawy, poza tym nie wypiłem jakoś dużo. A dzisiejsza wizyta była już zaplanowana od jakiegoś czasu.
Uniósł spojrzenie na Bulstrode, jednak chłód jasnych oczu skutecznie go odstraszył. Nie potrafił sobie darować! Poza tym tok myślenia kobiety też nie był taki znowuż spójny z taką konkretną sytuacją. Do tego drobnego odstępstwa od zasad doszło pomiędzy świętami. Ostara przeminęła już dobry kawałek czasu temu, a od Beltane dzieliło ich jeszcze z około dwa tygodnie. Powątpiewał jednak, aby ten tok myślenia sprawił, że Florence zmieniłaby zdanie. Z wyjątkiem tego szczegółu, dosyć sprawnie wytknęła mu niedopatrzenia w kwestii dbania o siebie. Podrapał się po ramieniu.
— Sądzę, że prędzej określiłby to pośpiechem — powiedział, chcąc doprezycować. — Według Pana Flinta sama klątwa jest nieskładna, bo rzucona przez amatora. Dlatego leczenie nie odbyło się ot tak. — Pstryknął cicho palcami. — Oczywiście.
Położył się na kozetce, poprawiając się parę razy, aż w końcu oparł głowę o zagłówek. Ręce ułożył wzdłuż ciała, przygotowując się na to, że zaraz po jego ciele rozejdzie się ciepło wywołane zaklęciem naświetlającym. Eh, niby odbył już kilka tych zabiegów, ale dalej ciężko było się do tego w stu procentach przyzwyczaić. W sumie, jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, to już niedługo te wizyty u medyków staną się odległym wspomnieniem.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞