26.02.2023, 11:57 ✶
- Nie przepraszaj, skarbie, to normalne pytania.
A jeśli ktoś powinien przepraszać, to chyba ona, że ją w to wciąga. Nie zrobiła tego jednak, bo przecież wiedziała: Dani jest Longbottomówną. Nie była jeszcze w Zakonie, bo siostra i ojciec nie byli zachwyceni tym pomysłem. Ale Danielle była dorosła, starsza niż Brenna w momencie, w którym dołączyła, a mieszkając w tym domu i tak nie tylko trafiała na zbyt wiele informacji, ale też była w pewien sposób zagrożona za jego progiem.
Zdaniem Brenny mogło wręcz pomóc, jeśli będzie wiedziała, że powinna bardziej uważać.
Kiwnęła głową, na słowa Dani. Właściwie Brenna już przekazała, że ma zamiar jeśli nie wciągnąć kuzynkę do Zakonu, to poprosić o pomoc w tym konkretnym przypadku. Uzyskała błogosławieństwo. Bez tego na pewno by jej tu nie było. Ostrożność Brenny przy wciąganiu innych ludzi była wręcz paranoiczna, nie ufała w stu procentach nawet własnej rodzinie, a nawet jeżeli nie im, to reszcie świata, która mogłaby wyciągnąć z nich informacje.
- Nie lubię okłamywać rodziny – stwierdziła, wbrew powadze tego stwierdzenia posyłając Danielle uśmiech. Brenna kłamała nieźle, ale nie aż tak dobrze, by móc wypowiedzieć takie stwierdzenie bez mrugnięcia okiem do kogoś, kto znał ją od lat, kiedy doskonale wiedziała, że uważanie na siebie podczas Beltaine może być niemożliwe. – Ale mogę obiecać, że będę bardzo się starała – powiedziała po chwili namysłu. O tak, Bren może i nie chciała skłamać wprost, za to umiała bardzo ładnie bawić się słowem.
- Jak uważasz. Mogę dać im znać, możesz sama z nimi pogadać. Oboje mają dyżur, każde z partnerem, nie mówię, że masz prowadzać ich za ręce, ale po prostu spróbuj trzymać się w miarę blisko. Ich albo chociaż dróg ewakuacyjnych, żebyś nie skończyła w jakimś strasznym tłumie, w miejscu, gdzie ciężko cokolwiek zrobić – wyjaśniła.
Wcale nie była pewna, czy to mugolaki będą w największym niebezpieczeństwie podczas sabatu. Jeśli do ataku dojdzie, to zagrożeni będą wszyscy. Nawet ktoś o najbardziej czystej krwi może zostać zadeptany przez spanikowany tłum… i tak, to było coś, co nawet teraz, Brenna już myślała, jak wykorzystać do propagandy.
- Wiem, Dani, dlatego właśnie z tobą o tym wszystkim rozmawiam – przytaknęła Brenna. Ktoś musiał ryzykować, by to wszystko się zakończyło, a kto, jeżeli nie oni? Danielle miała też rację, że Beltaine mogło być dopiero początkiem jeszcze gorszej sytuacji. – Bo z kim, jeśli nie z tobą?
Zamilkła. Gdzieś w głębi domu trzasnęły drzwi, skrzypnęły schody. Ktoś schodził. I chociaż tu, w domu, raczej nie było nikogo, kto nie byłby wcale wtajemniczony, Brenna i tak uznała, że trzeba zakończyć temat.
- Jeszcze jedno – rzuciła pośpiesznie. – Nie możemy nikogo ostrzegać. Gdyby to zależało ode mnie, tapetowałabym Pokątną plakatami z napisem „nie idź na Beltaine, może dojść do ataku”, ale dostałam polecenie siedzenia cicho. Jesteś jedyną, której powiedziałam.
Nie rozumiała tej decyzji, ale po prostu słuchała rozkazu. Może musieli milczeć, by na przykład nie wydać jakiegoś szpiega…?
A jeśli ktoś powinien przepraszać, to chyba ona, że ją w to wciąga. Nie zrobiła tego jednak, bo przecież wiedziała: Dani jest Longbottomówną. Nie była jeszcze w Zakonie, bo siostra i ojciec nie byli zachwyceni tym pomysłem. Ale Danielle była dorosła, starsza niż Brenna w momencie, w którym dołączyła, a mieszkając w tym domu i tak nie tylko trafiała na zbyt wiele informacji, ale też była w pewien sposób zagrożona za jego progiem.
Zdaniem Brenny mogło wręcz pomóc, jeśli będzie wiedziała, że powinna bardziej uważać.
Kiwnęła głową, na słowa Dani. Właściwie Brenna już przekazała, że ma zamiar jeśli nie wciągnąć kuzynkę do Zakonu, to poprosić o pomoc w tym konkretnym przypadku. Uzyskała błogosławieństwo. Bez tego na pewno by jej tu nie było. Ostrożność Brenny przy wciąganiu innych ludzi była wręcz paranoiczna, nie ufała w stu procentach nawet własnej rodzinie, a nawet jeżeli nie im, to reszcie świata, która mogłaby wyciągnąć z nich informacje.
- Nie lubię okłamywać rodziny – stwierdziła, wbrew powadze tego stwierdzenia posyłając Danielle uśmiech. Brenna kłamała nieźle, ale nie aż tak dobrze, by móc wypowiedzieć takie stwierdzenie bez mrugnięcia okiem do kogoś, kto znał ją od lat, kiedy doskonale wiedziała, że uważanie na siebie podczas Beltaine może być niemożliwe. – Ale mogę obiecać, że będę bardzo się starała – powiedziała po chwili namysłu. O tak, Bren może i nie chciała skłamać wprost, za to umiała bardzo ładnie bawić się słowem.
- Jak uważasz. Mogę dać im znać, możesz sama z nimi pogadać. Oboje mają dyżur, każde z partnerem, nie mówię, że masz prowadzać ich za ręce, ale po prostu spróbuj trzymać się w miarę blisko. Ich albo chociaż dróg ewakuacyjnych, żebyś nie skończyła w jakimś strasznym tłumie, w miejscu, gdzie ciężko cokolwiek zrobić – wyjaśniła.
Wcale nie była pewna, czy to mugolaki będą w największym niebezpieczeństwie podczas sabatu. Jeśli do ataku dojdzie, to zagrożeni będą wszyscy. Nawet ktoś o najbardziej czystej krwi może zostać zadeptany przez spanikowany tłum… i tak, to było coś, co nawet teraz, Brenna już myślała, jak wykorzystać do propagandy.
- Wiem, Dani, dlatego właśnie z tobą o tym wszystkim rozmawiam – przytaknęła Brenna. Ktoś musiał ryzykować, by to wszystko się zakończyło, a kto, jeżeli nie oni? Danielle miała też rację, że Beltaine mogło być dopiero początkiem jeszcze gorszej sytuacji. – Bo z kim, jeśli nie z tobą?
Zamilkła. Gdzieś w głębi domu trzasnęły drzwi, skrzypnęły schody. Ktoś schodził. I chociaż tu, w domu, raczej nie było nikogo, kto nie byłby wcale wtajemniczony, Brenna i tak uznała, że trzeba zakończyć temat.
- Jeszcze jedno – rzuciła pośpiesznie. – Nie możemy nikogo ostrzegać. Gdyby to zależało ode mnie, tapetowałabym Pokątną plakatami z napisem „nie idź na Beltaine, może dojść do ataku”, ale dostałam polecenie siedzenia cicho. Jesteś jedyną, której powiedziałam.
Nie rozumiała tej decyzji, ale po prostu słuchała rozkazu. Może musieli milczeć, by na przykład nie wydać jakiegoś szpiega…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.