26.02.2023, 16:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2023, 16:49 przez Florence Bulstrode.)
- Może być ich więcej… także w innych miejscowościach. Ledwo co czytałam artykuł o utonięciu pewnego czarodzieja. Może po prostu wpadł do wody, a może to też była syrena? Zanieczyszczenie mogło zabić młode albo zniszczyć leże i zmusić je do migracji. Może faktycznie mszczą się jedna albo dwie syreny, a może cała ławica zamieszkała w pobliżu brzegów…
Florence spochmurniała nieco. Miała wrażenie, że odpowiedni Departament Ministerstwa powinien wysłać ludzi, by to sprawdzili. I to nie aurorów, a osoby znające się na magicznych stworzeniach. Dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na te doniesienia? A może po prostu większość ofiar tonęła, więc dopiero kiedy ktoś zdołał się uratować, zaczęto podejrzewać syreny?
- Mogę solennie obiecać, że nie stanę sama ani na tym ani na żadnym innym molo. Nie przepadam za pływaniem – wyznała Florence. – Posiedzenie nad jeziorem owszem, ale nadmierne zbliżanie się do wody…
Bulstrode zawahała się. Wisiorek mógł oznaczać przecież jeszcze coś innego. Dziewczyna z Ministerstwa mogła znać Clare. Może po jej śmierci w jakiś sposób uzyskała wisiorek panny Avery. Oczywiście, Patrick i Kordelia byli prawie nierozłączni – tak bardzo, że pragmatycznej Florence zdawało się to odrobinę niezdrowe – ale jednak mogła być jakaś znajoma rodziny, której Kordelia nigdy nie przedstawiła Stewardowi, bo tej przeszkadzałoby choćby jego nie dość dobre pochodzenie.
- Jak ona się nazywa? – spytała w końcu tylko, rezygnując z przedstawienia swojej teorii. Mogła to sprawdzić sama. Tak na wszelki wypadek.
Nie zdążyła spytać o nic więcej ani dowiedzieć się, dlaczego Patrickowi jest głupio. Pies bowiem wskoczył na murek… Florence dostrzegła to dopiero, kiedy Steward już rzucił się do biegu.
Bulstrode mogła uchodzić za zimną sukę, ale tak naprawdę nie lubiła patrzeć na cudze cierpienie. Została uzdrowicielką z wielu powodów: bo kochała zdejmować z ludzi zaklęcia, bo ta praca była prestiżowa i dobrze płatna, a Florence chciała wywalczyć sobie pozycję bez pleców w postaci rodziny, ale też dlatego, że chciała pomagać ludziom.
A zwierzęta lubiła dużo bardziej niż ludzi, nawet jeśli głównie z oddali, ze względu na to, że mocno bałaganiły.
Z jej ust wydobył się zdławiony okrzyk. Nie była tak sprawna fizycznie jak Steward, więc choć ruszyła za nim, pozostała w tyle. Buty na obcasie, nawet niewielkim, też przecież utrudniały bieg. Kubek z herbatą upuściła i pozostawiła na kamiennym moście w tyle. Odruchowo sięgnęła po różdżkę – pewnie nie zdążyłaby jednak rzucić czaru.
Na szczęście Patrick zdążył.
Pies został przyciągnięty i zawisł nad murkiem, bezradnie machając łapami. Florence uniosła różdżkę, kiedy wylądował i wyglądało na to, że chce rzucić się… albo do ucieczki, albo z powrotem z mostu. Uzdrowicielka nie była pewna, jego ruch sprawił jednak, że od razu cisnęła zaklęcie. Vingardium Leviosa sprawiła, że psiak uniósł się nieco, prowadzony ręką Bulstrode. Popiskiwał, wyraźnie niezadowolony, ale przynajmniej był bezpieczny, uwięziony w iście idealnie splecionym czarze.
– Nie wiem, co tu się dzieje, ale będzie chyba lepiej, jeśli zabierzemy go z dala od tego mostu – poinformowała Florence, marszcząc brwi. Nie zwalniając zaklęcia wychyliła się lekko, spoglądając we mgłę. – Nie widzę na dole niczego, co mogłoby go zainteresować… Może przesadzam, ale potem chciałabym się tutaj rozejrzeć. Może na tym moście ciąży jakieś zaklęcie?
Florence spochmurniała nieco. Miała wrażenie, że odpowiedni Departament Ministerstwa powinien wysłać ludzi, by to sprawdzili. I to nie aurorów, a osoby znające się na magicznych stworzeniach. Dlaczego nikt nie zwrócił uwagi na te doniesienia? A może po prostu większość ofiar tonęła, więc dopiero kiedy ktoś zdołał się uratować, zaczęto podejrzewać syreny?
- Mogę solennie obiecać, że nie stanę sama ani na tym ani na żadnym innym molo. Nie przepadam za pływaniem – wyznała Florence. – Posiedzenie nad jeziorem owszem, ale nadmierne zbliżanie się do wody…
Bulstrode zawahała się. Wisiorek mógł oznaczać przecież jeszcze coś innego. Dziewczyna z Ministerstwa mogła znać Clare. Może po jej śmierci w jakiś sposób uzyskała wisiorek panny Avery. Oczywiście, Patrick i Kordelia byli prawie nierozłączni – tak bardzo, że pragmatycznej Florence zdawało się to odrobinę niezdrowe – ale jednak mogła być jakaś znajoma rodziny, której Kordelia nigdy nie przedstawiła Stewardowi, bo tej przeszkadzałoby choćby jego nie dość dobre pochodzenie.
- Jak ona się nazywa? – spytała w końcu tylko, rezygnując z przedstawienia swojej teorii. Mogła to sprawdzić sama. Tak na wszelki wypadek.
Nie zdążyła spytać o nic więcej ani dowiedzieć się, dlaczego Patrickowi jest głupio. Pies bowiem wskoczył na murek… Florence dostrzegła to dopiero, kiedy Steward już rzucił się do biegu.
Bulstrode mogła uchodzić za zimną sukę, ale tak naprawdę nie lubiła patrzeć na cudze cierpienie. Została uzdrowicielką z wielu powodów: bo kochała zdejmować z ludzi zaklęcia, bo ta praca była prestiżowa i dobrze płatna, a Florence chciała wywalczyć sobie pozycję bez pleców w postaci rodziny, ale też dlatego, że chciała pomagać ludziom.
A zwierzęta lubiła dużo bardziej niż ludzi, nawet jeśli głównie z oddali, ze względu na to, że mocno bałaganiły.
Z jej ust wydobył się zdławiony okrzyk. Nie była tak sprawna fizycznie jak Steward, więc choć ruszyła za nim, pozostała w tyle. Buty na obcasie, nawet niewielkim, też przecież utrudniały bieg. Kubek z herbatą upuściła i pozostawiła na kamiennym moście w tyle. Odruchowo sięgnęła po różdżkę – pewnie nie zdążyłaby jednak rzucić czaru.
Na szczęście Patrick zdążył.
Pies został przyciągnięty i zawisł nad murkiem, bezradnie machając łapami. Florence uniosła różdżkę, kiedy wylądował i wyglądało na to, że chce rzucić się… albo do ucieczki, albo z powrotem z mostu. Uzdrowicielka nie była pewna, jego ruch sprawił jednak, że od razu cisnęła zaklęcie. Vingardium Leviosa sprawiła, że psiak uniósł się nieco, prowadzony ręką Bulstrode. Popiskiwał, wyraźnie niezadowolony, ale przynajmniej był bezpieczny, uwięziony w iście idealnie splecionym czarze.
– Nie wiem, co tu się dzieje, ale będzie chyba lepiej, jeśli zabierzemy go z dala od tego mostu – poinformowała Florence, marszcząc brwi. Nie zwalniając zaklęcia wychyliła się lekko, spoglądając we mgłę. – Nie widzę na dole niczego, co mogłoby go zainteresować… Może przesadzam, ale potem chciałabym się tutaj rozejrzeć. Może na tym moście ciąży jakieś zaklęcie?
Rzut N 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!