- Tak, dokładnie tak by się wydarzyło. - Nie należała do osób, które wybierały agresję, jednak potrafiła walczyć o swoje, co do tego nikt nie powinien mieć żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości. Benjy doskonale zdawał sobie z tego sprawę, tak właściwie to miał przyjemność przekonać się o tym na własnej skórze. Łatwo jej było zmienić podejście, przestać przejmować się tym, co sobie myślała, co mówiła, bo teraz wiedziała, że może sobie na to pozwolić. W tak krótkim czasie wszystko się zmieniło, mieli należeć do siebie już na zawsze. Dobrze jej było z tą świadomością, nie mogło być lepiej, nigdy.
Nie wydawało jej się, aby istniała siła, która mogłaby rozdzielić, nie teraz, nie kiedy stali po jednej stronie, mogli sobie poradzić ze wszystkim kiedy mieli jedno podejście. Być może było to nieco pyszne, zarozumiałe, ale doskonale zdawała sobie sprawę z ich możliwości. Napawało ją to ogromną siłą i optymizmem, czuła, że coś się dopiero zacznie, coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, ale razem udało im się dojść do tego punktu, sięgnąć po to, co od zawsze należało do nich. Nie było to takie proste, ale im się udało, co było tylko potwierdzeniem tego, że razem mogli wszystko.
- Pamiętam, wiesz, że wszystko doskonale pamiętam, a poza tym mam wrażenie, że gdybym akurat to przypadkiem zapomniała, to byś mi przypomniał. - Były to jedne z tych wspomnień, które bardzo wyraźnie wdarły jej się w umysł, jeszcze wyraźniej niż cała reszta, bo takich rzeczy nie zapominali zwyczajni ludzie, a ona, ona pamiętało wszystko, a to jeszcze dokładniej.
- Chyba wolałabym nie próbować tego przebijać. - Zmusiła ich do tego tamta noc, pełna ognia, strachu, chaosu, którą przetrwała tylko dlatego, że jakimś cudem odnalazł ją wśród tych wszystkich ludzi. Nie miała pojęcia, jak do tego doszło, ale gdyby nie on pewnie nie przeżyłaby tych pożarów. Nie ma się, co oszukiwać nie miała co do tego najlepszych warunków, pewnie ktoś by ją zdeptał, albo zawiesiłaby się w najmniej odpowiednim momencie, zresztą to też prawie się wydarzyło, tyle, że ją wtedy odnalazł.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że wtedy nie narzekałeś, bo byłam raczej nie najlepszym kompanem. - Bardziej kulą u nogi, z czego zdawała sobie sprawę. Tylko utrudniała mu wszystko, ale faktycznie miał do niej wtedy ogromną cierpliwość, nie wydawał się być jakoś specjalnie wyprowadzony z równowagi przez to, że postanowił doprowadzić ją do ministerstwa, a przecież wtedy jeszcze nie wiedzieli z kim mają do czynienia. Czasem koleje losu były naprawdę zabawne. Pocałowała go wtedy, po wszystkim, pierwszy raz od dawna postanowiła zrobić coś tak spontanicznego i do czego ich to doprowadziło? Mieli właśnie wziąć ślub, niesamowite.
Znaleźli się w tym wspaniałym przybytku, aby spleść ze sobą swoje drogi. Miejsce było specyficzne, pełne tajemnic, których pewnie wolałaby nie poznawać, a teraz to, co ich łączyło miało dołączyć to tych wszystkich historii, które się już tutaj wydarzyły. Wnikną w otoczenie i zostaną tu na zawsze. Nie wydawało jej się, że mogli lepiej trafić, pasowali tutaj, chociaż mogło wydawać się inaczej, tyle, że przecież Nokturn nie był im obcy. Bywali tutaj, po części mogli uznawać się za jego fragment, chociaż nie ten najbardziej stały. Lawirowali między światami, pojawiali się tam, gdzie ich potrzebowano, a teraz oni potrzebowali czegoś od tego miejsca i miało im to zostać dane.
Prue doskonale wiedziała o tym, że tutaj nie powinna pokazywać słabości, także nawet nie drgnęła, kiedy kobieta zaczęła wyciągać te wszystkie rzeczy z ich przeszłości, o których nikt nie powinien nic wiedzieć, które miały być tym, czego nikt nie zobaczy. Vane najwyraźniej wiedziała wszystko, jeśli twierdziła, że najpierw będą musieli się pozbyć tego, co ich niszczyło to nie było innego wyjścia, musieli to zrobić. To ona była mistrzynią ceremonii to ona wiedziała, co należy zrobić, aby wszystko przebiegło pomyślnie.
Powiedziała w głos, czego potrzebowali, nie wydawało jej się, aby to miało być w jakikolwiek sposób zaskakujące, widać było po nich determinację, nie zależało im na papierze, on miał być tylko i wyłącznie dopełnieniem, tą oficjalną częścią, z którą będą musieli podzielić się w ministerstwie, bo chciała nosić jego nazwisko, nie wyobrażała sobie, aby mogło być inaczej, mieli być jednością, wspólnotą, rodziną, już na zawsze, przed oczami wszystkich.
Kobieta nie wydawała się być zaskoczona jej słowami, Prudence spodziewała się tego, że ona widziała i czuła więcej, miała jakąś dziwną umiejętność odczytywania tego, co działo się wokół. Zapewne sporo w swoim życiu widziała, wydawała się być bardzo doświadczoną osobą, co by o niej nie mówić to potrafiła wzbudzić respekt i szacunek.
Nie odezwała się słowem, kiedy wręczyli jej sakiewki, musiała ocenić, że jej praca będzie warta swojej ceny, niemalże od razu wzięła się do działania, nie czekała, po prostu robiła to, po co tutaj przyszli.
Uprzedziła ich o tym, że to od czego zacznie może zaboleć. Prudence była gotowa na każdy ból, zrobiłaby wszystko, aby mogli faktycznie sięgnąć po ten nowy początek, skoro wymagało to uśmiercenia przeszłości - niech tak będzie. Czekała na nieuniknione.
Kiedy zapłonęły świece zrobiło się gęsto, pojawiła się jakaś niewidzialna energia, która sięgała również do jej nadgarstków. Bletchley oddychała powoli, pozwalała, aby wydarzyło się to, co było potrzebne, aby mogli ruszyć dalej. Czekała na nieuniknione.
Wszystko działo się bardzo szybko, krew pulsowała w jej żyłach coraz szybciej, jakby chciała wydostać się na powierzchnię, wyjść z jej ciała, kobieta nie przestawała recytować tych swoich inwokacji, Prue starała się skupić na jej głosie, jakby miał odciągnąć uwagę od tego, co działo się z jej ciałem, to nawet przez chwilę działało, przynajmniej dopóki nie poczuła tego szarpnięcia, zacisnęła zęby, aby nie pokazać, jak bardzo ją to boli, musiała radzić sobie z tym bólem, on był potrzebny, miał ich oczyścić, pozbyć się tego, co im zawadzało. Benjy najwyraźniej też to poczuł, o czym świadczyła ta kurwa przez niego rzucona, oczywiście, jak zawsze on reagował odruchowo, porywczo, a ona dusiła wszystko w sobie - tak już mieli.
Pojawiły się obrazy, widziała jego, w tym momencie życia, kiedy znajdowali się daleko od siebie, kiedy myśleli, że nigdy więcej się nie zobaczą, że nic ich nie miało połączyć. Starała się zapamiętać wszystkie te obrazy, bo wiedziała, że więcej nie miała mieć podobnej możliwości, chciała znać jego każdą wersję, a jednak nie miała tej szansy, umknęło jej gdzieś ponad dziesięć lat jego życia, kiedy tak jak i ona próbował jakoś ułożyć sobie życie. Tyle, że nic z tego nie wyszło, to nie była droga, którą powinien podążać. Starała się zapamiętać każdy szczegół z tych wspomnień, bo taka okazja nigdy nie miała się więcej przydarzyć.
Później przyszedł ból, zupełnie znienacka, niespodziewanie, zacisnęła jeszcze mocniej zęby, miała wrażenie, że jeśli będzie je ściskać tak mocno, to zaraz zaczną się kruszyć, jednak nie chciała drgnąć, nie chciała pokazać, że uderzył w nią ten ból. Musiała być silna, robili to przecież dla ich wspólnej przyszłości. Przestała wyłapywać pojedyncze słowa, zaczęły zmywać się w jedno, aż w końcu to poczuła, coś się skończyło, coś w niej umarło, chyba więc pierwsza część rytuały przebiegła pomyślnie - oby bo nie miała zamiaru tego powtarzać, chociaż, czy aby na pewno, jeśli byliby do tego zmuszeni to pewnie jeszcze dałaby radę przez chwilę zaciskać zęby.
Jej obawy zostały szybko rozwiane, Vane powiedziała, że się udało, przyniosło to ulgę. Przynajmniej część rytuału była za nimi, dzięki czemu zbliżali się do momentu, w którym faktycznie miała ich połączyć jakaś siła wyższa. Nie odzywała się słowem, spojrzała tylko na Benjy'ego, aby zobaczyć, jak sobie radził, nie, żeby zakładała, że miał jakiś problem, tylko to wszystko co do tej pory się wydarzyło było naprawdę bolesne.
Magdalene nie dała im nawet chwili na wzięcie oddechu, od razu przeszła do dalszej części ceremonii, Prue zobaczyła srebrny nóż, który błysnął w ciemności, kobieta podała go Fenwickowi, mieli zacząć tę główną część rytuału. Była na to gotowa.
Uniosła spojrzenie tylko na chwilę, kiedy padło to nazwisko, którego nikt nie powinien znać. Obawiała się przez moment, że wszystko może się źle skończyć, bo przecież nikt nie miał prawa tego wiedzieć, to nie mogło się wydać, Vane jednak nie wydawała się być jakoś szczególnie zainteresowana akurat tą informacją, po prostu to wiedziała, tak jak wiedziała wszystko.
Wyciągnęła dłoń, kiedy Benjy ją o to poprosił, nie skrzywiła się, gdy ostrze przebiło jej skórę, nadal stała pewnie, jakby w ogóle jej to nie ruszało, a później sama zrobiła to samo, nacięła bardzo delikatnie skórę jego dłoni.
Krople krwi trafiły do kielichów, a one po chwili poszybowały przed nich - mieli wypić ich zawartość. Bez zawahania sięgnęła po kielich, jednym haustem wypiła jego zawartość, bo była pewna, że jak okropne nie byłoby to w smaku to i tak wleje to w siebie, a im szybciej tym lepiej, będzie miała to za sobą. Smak, smak zmieniał się jednak w trakcie, nie potrafiła go określić, ale wydawało jej się, że czuje w nim wszystko, żal, słodycz, jak to w ogóle było możliwe, nie miała pojęcia, nie interesowało ją to w tej chwili, grunt że postępowali właściwie.
Przeszli do przysiąg, miała wrażenie, że Benjy mówił głosem, który pochodził z jego wnętrza, różnił się od tego, który znała. Słuchała każdego jego słowa, zapamiętała w całości wszystko, co miał jej do powiedzenia, wryło się w to jej pamięć, nigdy nie miało z niej zniknąć, była co do tego przekonana.
Płomienie świec uniosły się do góry, krąg zadrżał, najwyraźniej słowa Benjy'ego zostały zaakceptowane, wiedziała, że teraz pora na nią. Zaczęła mówić wtedy, kiedy przyszła na to pora, kiedy Vane kazała jej za sobą powtarzać. Ton jej głosu był pewny, a sam jego tembr nieco się różnił, był bardzo przejrzysty, może też nawet nieco ostrzejszy od tego naturalnego.
- In nomine vitae et voluntatis. Te integrum, veterem et novum, ut eris, accipio. W imię życia i woli. Przyjmuję Cię całego, starego i nowego, tego, którym się staniesz. Ego Prudence Madison Bletchley... Me tibi trado.. oddaję Ci się cała, w gotowości, aby trwać przy Tobie zawsze. In sæcula sæculorum. Bez względu na to, co przyniesie los. Corpus cum corpore, anima cum anima, verbum cum verbo. Ciało z ciałem, dusza z duszą, słowo ze słowem, usque ad terminos orbis terrarum dopóki świat się nie skończy, a nawet dłużej. Promitto me tecum in aeternum futurum esse. Przyrzekam trwać przy Tobie na wieki. Accipe me Aloysius Benjamin Rookwood , Benjy Feniwck et amorem meum, przyjmij mnie i moją miłość. Hoc iuro. Hoc statuo. Hoc tibi dico, in aeternum. - Wyrzuciła z siebie jednym tchem.
Światło skupiło się w chwili, w której wypowiedziała ostatnie słowa przysięgi, nie widziała tego, ale krąg drgnął dopiero wtedy, kiedy Vane skinęła głową, przyjęła to, co mieli sobie do zaoferowania. Zaakceptowała ich uczucie, a więc i krąg je przyjął.
Odezwała się w końcu do nich, poinformowała ich o tym, że dostali to, po co przyszli.
Stało się. Zostali ze sobą połączeni. Na zawsze.
Błyskotki, fakt, zdążyli je sobie zorganizować. Gdy kobieta się od nich odwróciła, świece zgasły, mogli wymienić się obrączkami, symbolem, który miał świadczyć o tym, że zostali ze sobą spleceni. Włożyła Benjy'emu na palec jego błyskotkę, przytrzymała w dłoni dłużej jego dłoń, aby móc się przyjrzeć temu symbolowi, oczy jej błyszczały, był jej mężem, został nim podczas rytuału, którego nie dało się złamać, zaczynali właśnie nowe życie.
To nie było jednak takie proste, bo musieli zająć się tą mniej spektakularną częścią, która wydawała się być bardzo irytująca dla Magdalene, jednak i to musieli jakoś przetrwać. Potrzebowali tego dokumentu, potrzebowali papierów, aby mogli oświadczyć to innym poza samymi sobą, wszyscy mieli się dowiedzieć, że nie jest już Bletchley, zmieniła nazwisko na Fenwick, stała się jego żoną przed silna, prastarą magią, której nie dało się złamać.
Prue nie zadawała zbędnych pytań, wykonywała wszystkie polecenia kobiety, chciała mieć to za sobą, chciała już stąd wyjść, aby wreszcie móc rozpocząć nowe życie, by odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, w której nigdy nie miała być już samotną, w której ich życia zostały ze sobą splecione.
Jeszcze ostatnie ukłucie, ostatnia kropla krwi, która miała podpisać dokument, i wszystko będzie za nimi.
Nie było sensu dyskutować z Magdalene, powiedziała, gdzie jest wyjście, a więc mogli znaleźć się na zewnątrz, póki nie miała nic przeciwko temu, aby opuścili to miejsce dobrze było faktycznie skierować się w stronę drzwi.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control