26.02.2023, 18:43 ✶
Pytanie Mariane o podejrzanych ludzi było raczej błędem – z kobiety wylał się cały potok słów. Tak, mnóstwo podejrzanych panów, kobiet też, im wszystkim źle z oczu patrzyło! Nic, tylko się krzywią i ani chybi mają podłe zamiary i tylko patrzą, na kogo napaść, gdzie się włamać, a i jeszcze ten czy tamten nie raczył śmiecia schować do kieszeni, tylko upuścił ot tak na ziemię – pełen przekrój przestępczego społeczeństwa.
Chyba cudem Mavelle powstrzymała się od złapania Erika za rękę, by nawiać z kuzynem, gdzie pieprz rośnie, ciągnąc go niemiłosiernie za sobą. Cudem, bo naprawdę miała taką ochotę, tyle że.. no właśnie, nie było to postępowanie godne brygadzisty. Jak to w ogóle brzmiało: ucieczka przed paplaniną starszej kobiety? Przecież nie wymachiwała różdżką ani nic, nie należała do zbirów najgorszego sortu i tak dalej, i tak dalej…
- Bardzo pani dziękujemy, wszystko już wiemy – wcięła się w monolog kobiety, inaczej zapewne z powodzeniem zapuściliby tu korzenie. Kto wie, może nawet zdążyliby dodatkowo zakwitnąć – była całkiem pewna, że ta litania mogła trwać, trwać i trwać, a gdyby pozwolić – to pewnie mówiłaby tak do wieczora, dzień, dwa, jeszcze dłużej i dłużej i dłużej…
… jak na ironię, chyba naprawdę wolałaby się zetknąć teraz ze śmierciożercą niż wysłuchiwać opisów wszelkich „podejrzanych” osób, będących z całą pewnością najgorszymi możliwymi przestępstwami.
- Będę bardzo zaskoczona, jeśli jej wezwanie okaże się uzasadnione – mruknęła, gdy koniec końców uwolnili się od Mariane i mogli iść w stronę lokalu. Bo w tej chwili naprawdę nie potrafiła wziąć całej historii na poważnie, zwłaszcza gdy każdy jeden (nawet w to wątpiła, czy ktokolwiek w oczach starszej pani nie wyglądał na jakiekolwiek zagrożenie – szczęściem, ugryzła się w język, zanim zdążyła zadać takie pytanie, przez co pozostało na zawsze niewypowiedziane) okazywał się być potencjalnym złodziejem, mordercą, porywaczem, Merlin jeden wie kim jeszcze.
O ile samo oczekiwanie na otwarcie drzwi nie było jeszcze czymś, co wzbudzało niepokój (no mogła po prostu wyjść, załatwiać swoje sprawy i tak dalej – chociaż w zasadzie wolałaby, żeby faktycznie Dolohov akurat się pokazała, bo sprawa zostałaby od ręki zamknięta), tak już fakt, że drzwi ustąpiły bez problemu…
- Niekoniecznie, mogła mieć po prostu umówione wizyty i odwołać je sową. Może nie przyjmuje ot tak „z ulicy”? Zresztą, nie wiem, nie miałam potrzeby korzystać z jej usług – stwierdziła spokojnie. A potem zaklęła.
- Jak wielkie są szanse, że tak bardzo się spieszyła, że po prostu zapomniała użyć klucza, gdy stąd wychodziła? – spytała dość ponurym tonem, odruchowo sięgając po różdżkę – Bądź tak dobry i zostań za mną, spróbuję coś wywąchać… – westchnęła, po czym wśliznęła się do środka – o ile Erik ją wpuścił – wyraźnie węsząc i łowiąc unoszące się w powietrzu zapachy. Raczej nic nie wskazywało na to, żeby doszło do jakiejś walki bądź coś w ten deseń – może więc nie doszło też do żadnego porwania? Może faktycznie Dolohov prawie nie zgubiła własnej głowy, opuszczając gabinet?
Zbyt dużo „może”, to po prostu należało zbadać. Dlatego też nie zatrzymała się w wejściu, ale i szła dalej, za zapachami wyglądającymi na najświeższe.
Chyba cudem Mavelle powstrzymała się od złapania Erika za rękę, by nawiać z kuzynem, gdzie pieprz rośnie, ciągnąc go niemiłosiernie za sobą. Cudem, bo naprawdę miała taką ochotę, tyle że.. no właśnie, nie było to postępowanie godne brygadzisty. Jak to w ogóle brzmiało: ucieczka przed paplaniną starszej kobiety? Przecież nie wymachiwała różdżką ani nic, nie należała do zbirów najgorszego sortu i tak dalej, i tak dalej…
- Bardzo pani dziękujemy, wszystko już wiemy – wcięła się w monolog kobiety, inaczej zapewne z powodzeniem zapuściliby tu korzenie. Kto wie, może nawet zdążyliby dodatkowo zakwitnąć – była całkiem pewna, że ta litania mogła trwać, trwać i trwać, a gdyby pozwolić – to pewnie mówiłaby tak do wieczora, dzień, dwa, jeszcze dłużej i dłużej i dłużej…
… jak na ironię, chyba naprawdę wolałaby się zetknąć teraz ze śmierciożercą niż wysłuchiwać opisów wszelkich „podejrzanych” osób, będących z całą pewnością najgorszymi możliwymi przestępstwami.
- Będę bardzo zaskoczona, jeśli jej wezwanie okaże się uzasadnione – mruknęła, gdy koniec końców uwolnili się od Mariane i mogli iść w stronę lokalu. Bo w tej chwili naprawdę nie potrafiła wziąć całej historii na poważnie, zwłaszcza gdy każdy jeden (nawet w to wątpiła, czy ktokolwiek w oczach starszej pani nie wyglądał na jakiekolwiek zagrożenie – szczęściem, ugryzła się w język, zanim zdążyła zadać takie pytanie, przez co pozostało na zawsze niewypowiedziane) okazywał się być potencjalnym złodziejem, mordercą, porywaczem, Merlin jeden wie kim jeszcze.
O ile samo oczekiwanie na otwarcie drzwi nie było jeszcze czymś, co wzbudzało niepokój (no mogła po prostu wyjść, załatwiać swoje sprawy i tak dalej – chociaż w zasadzie wolałaby, żeby faktycznie Dolohov akurat się pokazała, bo sprawa zostałaby od ręki zamknięta), tak już fakt, że drzwi ustąpiły bez problemu…
- Niekoniecznie, mogła mieć po prostu umówione wizyty i odwołać je sową. Może nie przyjmuje ot tak „z ulicy”? Zresztą, nie wiem, nie miałam potrzeby korzystać z jej usług – stwierdziła spokojnie. A potem zaklęła.
- Jak wielkie są szanse, że tak bardzo się spieszyła, że po prostu zapomniała użyć klucza, gdy stąd wychodziła? – spytała dość ponurym tonem, odruchowo sięgając po różdżkę – Bądź tak dobry i zostań za mną, spróbuję coś wywąchać… – westchnęła, po czym wśliznęła się do środka – o ile Erik ją wpuścił – wyraźnie węsząc i łowiąc unoszące się w powietrzu zapachy. Raczej nic nie wskazywało na to, żeby doszło do jakiejś walki bądź coś w ten deseń – może więc nie doszło też do żadnego porwania? Może faktycznie Dolohov prawie nie zgubiła własnej głowy, opuszczając gabinet?
Zbyt dużo „może”, to po prostu należało zbadać. Dlatego też nie zatrzymała się w wejściu, ale i szła dalej, za zapachami wyglądającymi na najświeższe.
496/1393