26.02.2023, 19:14 ✶
Ulysses nie bardzo wiedział, jak dać znać, że doceniał postawę Cathala i to, że ten już zadeklarował podjęcie niezbednych działań. Patrzył na niego długo, zwyczajnie milcząc. Twarz miał poważną i chociaż powinna już pojawić się na niej ulga, tej jakoś brakowało.
A przecież to nie tak, że się nie cieszył. Gdzieś w środku cieszył się. Nawet bardzo. Myśl, że nie został pozostawiony z problemem sam sobie, paliła go przyjemnie w środku. Ale nawykł do myśli, że zawsze musiał działać sam i zawsze powinien działać sam, gdy w grę wchodziło wszystko, w co w jego życiu nie ingerował ojciec.
- Dobrze. Czemu nie – powiedział w końcu. Jego słowa brzmiały niezręcznie, sam wiedział jak bardzo niezręczne i jako bardzo irytowało go, że miały akurat takie brzmienie. Ulyssesowi zawsze wydawało się, że innym ludziom było jakoś łatwiej. Łatwiej ubierali w słowa to, co chodziło im po głowie, ale jemu po głowie chodziło tak wiele i tak szybko…
Odstawił na stolik pustą filiżankę po herbacie. Nie był pewien, czy po raz kolejny, gdyby się zjawił w tej kawiarni, znowu by się na nią zdecydował. Może? A może zrobiłby to znowu tylko wtedy, gdyby znowu towarzyszył mu Cathal?
- Jak to się mówi: nie zasypiasz gruszek w popiele. - I znowu niezręcznie. Tak fatalnie niezręcznie.
Podniósł się ze swojego miejsca. Poprawił jeszcze raz krawat i sprawdził, czy kołnierzyk idealnie leżał przy szyi. Nie chciał, by ktoś postronny mógł zauważyć ślady po duszeniu. Ruchy miał powolne, jakby zastanawiał się nad każdym z nich i ważył jego wagę w głowie. Raczej intuicyjnie, niż z pełną premedytacją, unikał cudzych spojrzeń.
I wreszcie dotarło do niego jakie słowo było najwłaściwsze w tym momencie. Zmrużył oczy, skonfundowany, że nie wpadł na nie wcześniej. A jednak wypowiedzenie go było trudne. Miało jakiś metaliczny, krwisty posmak, który pozostawiało na języku. A spotkania z Shafiqiem i tak były trudne. Trudne, bo podziwiał go. Trudne, bo chociaż traktował jak jedną z najbliższych osób w życiu, to nie mógł mu powiedzieć o lwiej części swoich problemów. Trudne wreszcie, bo trochę mu zazdrościł: wolności i możliwości podjęcia własnych wyborów.
Pochłonięty tymi myślami wyszedł za Cathalem z kawiarni. Ale za nim każde z nich aportowało się w swoją stronę, wypowiedział na głos to jedno, jedno właściwe słowo:
- Dziękuję.
A przecież to nie tak, że się nie cieszył. Gdzieś w środku cieszył się. Nawet bardzo. Myśl, że nie został pozostawiony z problemem sam sobie, paliła go przyjemnie w środku. Ale nawykł do myśli, że zawsze musiał działać sam i zawsze powinien działać sam, gdy w grę wchodziło wszystko, w co w jego życiu nie ingerował ojciec.
- Dobrze. Czemu nie – powiedział w końcu. Jego słowa brzmiały niezręcznie, sam wiedział jak bardzo niezręczne i jako bardzo irytowało go, że miały akurat takie brzmienie. Ulyssesowi zawsze wydawało się, że innym ludziom było jakoś łatwiej. Łatwiej ubierali w słowa to, co chodziło im po głowie, ale jemu po głowie chodziło tak wiele i tak szybko…
Odstawił na stolik pustą filiżankę po herbacie. Nie był pewien, czy po raz kolejny, gdyby się zjawił w tej kawiarni, znowu by się na nią zdecydował. Może? A może zrobiłby to znowu tylko wtedy, gdyby znowu towarzyszył mu Cathal?
- Jak to się mówi: nie zasypiasz gruszek w popiele. - I znowu niezręcznie. Tak fatalnie niezręcznie.
Podniósł się ze swojego miejsca. Poprawił jeszcze raz krawat i sprawdził, czy kołnierzyk idealnie leżał przy szyi. Nie chciał, by ktoś postronny mógł zauważyć ślady po duszeniu. Ruchy miał powolne, jakby zastanawiał się nad każdym z nich i ważył jego wagę w głowie. Raczej intuicyjnie, niż z pełną premedytacją, unikał cudzych spojrzeń.
I wreszcie dotarło do niego jakie słowo było najwłaściwsze w tym momencie. Zmrużył oczy, skonfundowany, że nie wpadł na nie wcześniej. A jednak wypowiedzenie go było trudne. Miało jakiś metaliczny, krwisty posmak, który pozostawiało na języku. A spotkania z Shafiqiem i tak były trudne. Trudne, bo podziwiał go. Trudne, bo chociaż traktował jak jedną z najbliższych osób w życiu, to nie mógł mu powiedzieć o lwiej części swoich problemów. Trudne wreszcie, bo trochę mu zazdrościł: wolności i możliwości podjęcia własnych wyborów.
Pochłonięty tymi myślami wyszedł za Cathalem z kawiarni. Ale za nim każde z nich aportowało się w swoją stronę, wypowiedział na głos to jedno, jedno właściwe słowo:
- Dziękuję.
Koniec sesji