Istniała gdzieś między jedną a drugą konstelacją, jak sputnik krążąc wokół ludzi, nie rozumiejąc ich natury i będąc odwiecznym dziwakiem. Jej imię kładło się szramą na westchnięciach matki, które wzburzały eter ilekolwiek słyszała zdanie rozpoczynające się od Vienne. Pomimo swojego absurdalnego zdziwaczenia, była wybiórczo charyzmatyczna – potrafiła czarować osobowością, uwodzić dotykiem i była wybitnym mówcą, wszystko to jednak było przykryte koronką specyficzności, własnego gardzenia lwią częścią społeczeństwa, ciętym językiem i tym, jak potrafiła omamić. Bardziej sycząca aniżeli przymilna, jedna rzecz z Charlotte łączyła ją ponad wszelką wątpliwość – baw się, jakby jutra miało nie być.
Inna kwestia, że Vienne odnajdywała zabawę w nietypowych wersetach rzeczywistości. Bawiło ją trzepotanie rzęsami, bawiła ją płytkość natury ludzkiej, bawiły ją świergotliwe głosy panien na bankietach – jej zabawa jednak, zawierała się w perfidnym przybieraniem uśmiechów i ubierania masek; w gruncie rzeczy gardziła pustostanem światopoglądowym i ceniła inteligencję ponad wszelakość. Z ogromem prawdopodobności nie lubiła ludzi z zasady, wiedząc, że niczym jej nie zaskoczą.
– Matka by mnie wyszarpała za kudły gdyby wiedziała o wszystkich moich niegodziwych poczynaniach – odparła, wzruszając nieznacznie ramionami. – Powiedzmy, że jestem mierna w rozważnych wyborach życiowych.
Uśmiech wpłynął na jej wargi mimowolnie, rozpromieniając całokształt naburmuszonej, niemniej po mimo upływu lat dziecięcej twarzy. Nawet wydatne kości policzkowe, które zarysowały się gdzieś między dojrzewaniem a faktycznym, życiowym dorastaniem, nie kryły delikatnie rysujących się dołeczków, urokliwej diastemy między jedynkami i rozgwieżdżonych oczu.
– Cokolwiek twoja matka uważa, na pewno nie jest tak parszywe jak to, co moja sądzi o mnie. Lottie, na miły bóg, pamiętasz ten atlas gwiazd, który chciałam dostać na święta gdy miałam pi razy drzwi jedenaście lat? Dostałam książkę z baśniami o księżniczkach. O KSIĘŻNICZKACH, rozumiesz to? Tak jakby moja natura sprzeciwiająca się patriarchalnemu paradygmatowi nic nie znaczyła – rzekła, załamując dłonie bezradnie.
– Astoria miała wszystko co chciała, chociaż jakby się zastanowić – przerwała, marszcząc brwi. – Astoria nigdy nie chciała książek o śmierci – dokończyła, tak jakby puentowała długi monolog, cichym westchnięciem.
Otuliła filtr papierosa wargami, zaciągając się głęboko, aby po chwili dym ulatujący z jej ust rozlał się w przestrzeni. Smugi dymu zaznaczyły się wydatnie, rozlewając się akwarelą w niebycie.
– Mam wrażenie, że w naszej rodzinie tylko my nie postradałyśmy zmysłów do reszty – odparła. – Jeśli masz z kimś rozmawiać, rozmawiaj ze mną – dodała, układając smukłą dłoń na jej ramieniu, na wargi wtrącając uśmiech na tyle miły, na ile była zdolna w swojej mizantropicznej naturze.
Nie zwróciła uwagi na szybujące w przestrzeni płatki, przypominające jak strącony za wcześnie popioł z jarzącej się główki papierosa. Dopiero gdy zobaczyła konsternację na twarzy Charlotte, zmarszczyła brwi, widząc, jak gęsto martwe iskry opadały na ich ramiona. Łuna rozpostarta na niebie wciąż znaczyła się rozżarzonym pociągnięciem pędzla, nieprzejednana wiatrem, który zaczął świszczeć między uliczkami.
– Co jest? – zabrzmiała retorycznie, marszcząc brwi, gdy szarawe skrawki popiołu zaczęły osadzać się coraz mocniej na ich skórze.