03.12.2025, 03:20 ✶
Przez krótką chwilę patrzyła na niego bez słowa, jakby szukała w rysach jego twarzy potwierdzenia, że naprawdę nie rozumie, skąd takie opinie. Albo może rozumie aż nazbyt dobrze, tylko nigdy nie uznawał tego za warte uwagi. Nie bała się go. To uczucie nigdy nie pojawiło się nawet na moment, nawet wtedy, gdy w Hogwarcie jego chłodne spojrzenie potrafiło jednym ułamkiem sekundy uciszyć całą grupę uczniów. Nie lęk towarzyszył jego obecności, lecz aura czegoś… zamkniętego, odgrodzonego od reszty świata grubą, niewidzialną szybą. Zbyt wielu ludzi odczytywało to jako grozę, zagrożenie, coś, co należało omijać z daleka. Astoria natomiast widziała w nim zupełnie inne odcienie. To właśnie ją przerażało - nie on. Wyprostowała plecy, wracając do swojej własnej chłodnej równowagi - tej, którą tak pieczołowicie budowała wokół siebie. Znowu przybrała swoją maskę, wygładzając jej krawędzie w myślach, aż stała się nieskazitelna. Bo tak było bezpieczniej. Bo tak było rozsądniej.
- Nie uważasz. Ale też nie robisz nic, żeby zaprzeczyć swojej reputacji. Bo taka ci odpowiada, prawda? - patrzyła na niego, jakby próbowała go rozgryźć, jakby miała ku temu jakieś podstawy. Nawet jeśli ukrywał się za swoją reputacją, za swoimi maskami, to jej mechanizmy obronne były bardzo zbliżone, więc była ostatnią osobą, żeby zwracać mu uwagę. Na tym etapie chyba po prostu trzeba przyznać, że lubiła tę grę prowokowania go; siebie nawzajem.
Astoria poczuła, jak coś w niej napina się gwałtownie, jak nitka w materiale, która wystarczy jedno nieuważne pociągnięcie, by pękła.
- Oddałeś - przyznała, choć nie dodała "z grzeczności" cisnącego się na język. Bo czy faktycznie była to grzeczność? Może jego także poniosły emocje, to się przecież zdarza. To nic nie znaczyło. Nawet nie wiedziała, czy bardziej próbuje przekonać jego, czy siebie. Miała wrażenie, że jej własne ciało ją zdradza - tak, jakby każdy mięsień pamiętał to, co stało się tamtej chwili, nawet jeśli ona uparcie próbowała wmówić sobie, że to było wyłącznie wyładowanie emocji. Nic więcej. Nic, co należałoby przechowywać w pamięci. A mimo to każde słowo przypominało jej, że to, co wydarzyło się wtedy, było zbyt intensywne, zbyt gwałtowne, żeby tak sobie po prostu "nic nie znaczyć". Była mistrzynią w racjonalizowaniu. W uciszaniu tego, co zbyt żywe. Bo jeśli powie to jeszcze raz, jeszcze odrobinę pewniej, może wreszcie uwierzy. Może przestanie czuć, jak serce uderza jej w gardło za każdym razem, gdy o tym pomyśli. Patrzyła na niego, udając, że jest w pełni opanowana, choć w środku miała wrażenie, że stoi na krawędzi.
- Gdybym cię nie pocałowała, nie miałbyś czego oddawać! - wyrzuciła z siebie natychmiast, ostro, szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Głos brzmiał jak trzask pękającej powierzchni, cienkiej, naprężonej, którą on jednym słowem znów nadwyrężył. - Więc odpowiedzialność jest moja. Moja. Przestań przypisywać sobie nie swoje winy! - Wypowiedziała to tak mocno, jakby chciała go tymi słowami odepchnąć na kilka kroków... albo siebie od niego. Zacisnęła palce w pięści, jakby musiała mieć zajęcie dla rąk, zanim znów zrobią coś głupiego.
- Nie jestem z kruchej porcelany, nie potłukę się po dotknięciu. Więc nie rób ze mnie takiej. To, że mnie uratowałeś nie znaczy, że... Nie próbuj mnie chronić - mówiła przez zaciśnięte zęby, choć właściwie nie znała jego motywów. Dlaczego próbował wziąć winę na siebie, dlaczego martwił się o jej reputację, dlaczego w ogóle ją ratował? Zbyt wiele pytań, na które chyba nie chciała znać odpowiedzi. Nagły wybuch spowodował ograniczenie tlenu w płucach, a że wciąż borykała się z konsekwencjami pożaru, to zaczęła gwałtownie kaszleć. Cofnęła się o krok.
- Mylisz się. Robię tylko to, czego sama od siebie oczekuję - odparła. Była zwyczajnie przyzwyczajona do trzymania się zasad wypracowanych przez lata. W rzeczywistości była zlepkiem oczekiwań rodziców i doskonale o tym wiedziała. Po prostu nie lubiła tego przyznawać na głos. Westchnęła ciężko.
Próbowała sobie wmówić, że zgoda na spotkanie była czysto racjonalna. Robię to, bo chcę dowiedzieć się, jak się odwdzięczyć. Bo wypada. Bo tak należy. Jednak w jej głowie pojawiał się nieustanny szept innej prawdy, której do siebie nie dopuszczała. Z jednej strony pragnęła utrzymać dystans i chłód, z drugiej nie mogła zaprzeczyć, że obecność Rodolphusa działała na nią w sposób, którego nie potrafiła opanować - lekki dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, napięcie w palcach, przyspieszone bicie serca.
- Chimera? Dobrze - kiwnęła głową, próbując nie skupiać się na tym, że to spotkanie dla postronnych może niebezpiecznie przypominać randkę. - Dziewiętnasta?
- Nie uważasz. Ale też nie robisz nic, żeby zaprzeczyć swojej reputacji. Bo taka ci odpowiada, prawda? - patrzyła na niego, jakby próbowała go rozgryźć, jakby miała ku temu jakieś podstawy. Nawet jeśli ukrywał się za swoją reputacją, za swoimi maskami, to jej mechanizmy obronne były bardzo zbliżone, więc była ostatnią osobą, żeby zwracać mu uwagę. Na tym etapie chyba po prostu trzeba przyznać, że lubiła tę grę prowokowania go; siebie nawzajem.
Astoria poczuła, jak coś w niej napina się gwałtownie, jak nitka w materiale, która wystarczy jedno nieuważne pociągnięcie, by pękła.
- Oddałeś - przyznała, choć nie dodała "z grzeczności" cisnącego się na język. Bo czy faktycznie była to grzeczność? Może jego także poniosły emocje, to się przecież zdarza. To nic nie znaczyło. Nawet nie wiedziała, czy bardziej próbuje przekonać jego, czy siebie. Miała wrażenie, że jej własne ciało ją zdradza - tak, jakby każdy mięsień pamiętał to, co stało się tamtej chwili, nawet jeśli ona uparcie próbowała wmówić sobie, że to było wyłącznie wyładowanie emocji. Nic więcej. Nic, co należałoby przechowywać w pamięci. A mimo to każde słowo przypominało jej, że to, co wydarzyło się wtedy, było zbyt intensywne, zbyt gwałtowne, żeby tak sobie po prostu "nic nie znaczyć". Była mistrzynią w racjonalizowaniu. W uciszaniu tego, co zbyt żywe. Bo jeśli powie to jeszcze raz, jeszcze odrobinę pewniej, może wreszcie uwierzy. Może przestanie czuć, jak serce uderza jej w gardło za każdym razem, gdy o tym pomyśli. Patrzyła na niego, udając, że jest w pełni opanowana, choć w środku miała wrażenie, że stoi na krawędzi.
- Gdybym cię nie pocałowała, nie miałbyś czego oddawać! - wyrzuciła z siebie natychmiast, ostro, szybciej, niż zdążyła pomyśleć. Głos brzmiał jak trzask pękającej powierzchni, cienkiej, naprężonej, którą on jednym słowem znów nadwyrężył. - Więc odpowiedzialność jest moja. Moja. Przestań przypisywać sobie nie swoje winy! - Wypowiedziała to tak mocno, jakby chciała go tymi słowami odepchnąć na kilka kroków... albo siebie od niego. Zacisnęła palce w pięści, jakby musiała mieć zajęcie dla rąk, zanim znów zrobią coś głupiego.
- Nie jestem z kruchej porcelany, nie potłukę się po dotknięciu. Więc nie rób ze mnie takiej. To, że mnie uratowałeś nie znaczy, że... Nie próbuj mnie chronić - mówiła przez zaciśnięte zęby, choć właściwie nie znała jego motywów. Dlaczego próbował wziąć winę na siebie, dlaczego martwił się o jej reputację, dlaczego w ogóle ją ratował? Zbyt wiele pytań, na które chyba nie chciała znać odpowiedzi. Nagły wybuch spowodował ograniczenie tlenu w płucach, a że wciąż borykała się z konsekwencjami pożaru, to zaczęła gwałtownie kaszleć. Cofnęła się o krok.
- Mylisz się. Robię tylko to, czego sama od siebie oczekuję - odparła. Była zwyczajnie przyzwyczajona do trzymania się zasad wypracowanych przez lata. W rzeczywistości była zlepkiem oczekiwań rodziców i doskonale o tym wiedziała. Po prostu nie lubiła tego przyznawać na głos. Westchnęła ciężko.
Próbowała sobie wmówić, że zgoda na spotkanie była czysto racjonalna. Robię to, bo chcę dowiedzieć się, jak się odwdzięczyć. Bo wypada. Bo tak należy. Jednak w jej głowie pojawiał się nieustanny szept innej prawdy, której do siebie nie dopuszczała. Z jednej strony pragnęła utrzymać dystans i chłód, z drugiej nie mogła zaprzeczyć, że obecność Rodolphusa działała na nią w sposób, którego nie potrafiła opanować - lekki dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa, napięcie w palcach, przyspieszone bicie serca.
- Chimera? Dobrze - kiwnęła głową, próbując nie skupiać się na tym, że to spotkanie dla postronnych może niebezpiecznie przypominać randkę. - Dziewiętnasta?