26.02.2023, 22:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2023, 22:58 przez Brenna Longbottom.)
Brenna miała prawie metr osiemdziesiąt, by więc spojrzeć Lecie w twarz, musiała opuścić nieco głowę. Obdarzyła ją uprzejmym uśmiechem, jakby każdego ranka w podobnych okolicznościach spotykała osoby rozczochrane, w stroju niekoniecznie wyjściowym.
- Rozumiem, oczywiście – zapewniła, ruszając za nią do środka. Rozejrzała się z pewną ciekawością, chociaż dość krótko i niezbyt nachalnie, nie chcąc, aby zostało to uznane za wścibstwo. Zrobiła swoje badania na temat Alethei Crouch, więc ani sterty ksiąg, ani papierów, niezbyt ją dziwiły. A już na pewno nie drobiazgi z innych stron świata. Panna Crouch w końcu od śmierci męża ponoć niewiele czasu spędzała w kraju.
I dobrze.
Nie będąc w kraju raczej nie pracowała dla Voldemorta.
- Dziękuję bardzo, ale jeśli wypiję jeszcze jedną kawę albo zjem coś słodkiego, mogę zacząć chodzić po ścianach i suficie, a ludzie zwykle źle odbierają takie rzeczy – oświadczyła półżartem, półserio. I jako półprawda. Faktycznie, Brenna zdążyła wypić już dwie kawy, i gdzieś w międzyczasie zjadła wielką kanapkę na śniadanie oraz jeszcze poprawiła babeczką. Ale cytrynowe ciasteczka: ach, cytrynowych ciasteczek nie powinno się odmawiać. Tyle że odmawianie każdego poczęstunku o osób, wobec których była… może nie nieufna, a ostrożna, weszło jej w krew już bardzo dawno temu. – Ale pani niech się nie krępuje, oczywiście.
Rozejrzała się, patrząc, czy jest tu jakieś miejsce, gdzie można by przysiąść. I poczekała aż Crouchówna naleje sobie kawy czy przyniesie ciasteczek, bo wyglądało na to, że potrzebuje kofeiny. I może śniadania. Dopiero potem postanowiła przejść do sedna.
- Przychodzę do pani w dwóch sprawach. Po pierwsze, chciałabym się skonsultować… co do tego, czy na miotłę faktycznie rzucono klątwę – powiedziała, wyjaśniając przy okazji, dlaczego ma przy sobie nie tylko torebkę, ale też duży pakunek. Ten drugi otworzyła, ukazując miotłę, nie najnowszy model, ale całkiem porządną, nieco powiększoną, chyba przeznaczoną dla kogoś dość wysokiego. – Oszalała podczas lotu, nie chciała skręcać, na ziemię ściągano ją za pomocą magicznych więzów – wyjaśniła Brenna, pokazując miotłę, na której leciała Mavelle. – Klątwołamaczka z Departamentu twierdzi, że mogła zostać rzucona na nie klątwa, ale że ona specjalizuje się bardziej w innego rodzaju magii, a że to poważna sprawa, może nawet próba zabójstwa, ona zaś jest pośrednio powiązana z ofiarą i jej opinia mogłaby zostać podważona w sądzie, przyda się też druga opinia – zaznaczyła. Był to trochę pretekst, bo Brenna mogła to wszystko zwalić na Lucy (choć faktycznie jej zeznania sąd mógłby uznać za niewiarygodne, bo była kuzynką prawdopodobnego celu).
Ale tak, trochę celowo usypiała podejrzenia Crouch. Przeklęte miotły sugerowały przecież śledztwa Brygady. A ona… miała i inne zlecenie.
- Druga jest bardziej delikatnej natury – dodała Brenna. – Pod opieką Brygady znajdują się osoby, które padły ofiarą przestępstwa, i dopóki nie znajdziemy odpowiedzialnych, muszą być chronione. Niestety człowiek, do którego zwykle zwracałam się w takich przypadkach… może go pani zna, bo chodzi o Jamesa, którego matka była Crouchówną… współpracował z Brygadą… zmarł w zeszłym roku. Od razu uprzedzam, że nie wszyscy w Brygadzie znają tę sprawę, ze względów bezpieczeństwa. Jeśli chce pani jednak potwierdzić tę historię, może się zwrócić do Detektywa Erika Longbottoma albo Mavelle Bones.
Nazwisko „Bones” podała nieprzypadkowo, w końcu każdy wiedział, że takie nosi szef Departamentu. I tak, celowo przedstawiała to w ten sposób. Bo z jakiego innego powodu, jeśli nie szło o prowokację, Brenna Longbottom miałaby prosić o taką przysługę? Co najlepsze, nie kłamała tak do końca. Najlepsze kłamstwo miało w sobie masę prawdy. Przecież faktycznie chodziło o ludzi, którzy padli ofiarą przestępstwa i po pomoc poszli do Brygadzistów… a James, który współpracował z Brygadą, w tym Brenną, faktycznie zmarł w listopadzie. Choć do niego akurat w tej sprawie i tak nie mogła pójść, za dobrze znał procedury.
Brenna wydobyła z torebki plik dokumentów. Były tam już uzupełnione dane osób, takie jak imię, nazwisko, rok i miejsce urodzenia.
Potrzebowały teraz trochę magii Crouchów, aby stały się pełnowartościowe.
- Rozumiem, oczywiście – zapewniła, ruszając za nią do środka. Rozejrzała się z pewną ciekawością, chociaż dość krótko i niezbyt nachalnie, nie chcąc, aby zostało to uznane za wścibstwo. Zrobiła swoje badania na temat Alethei Crouch, więc ani sterty ksiąg, ani papierów, niezbyt ją dziwiły. A już na pewno nie drobiazgi z innych stron świata. Panna Crouch w końcu od śmierci męża ponoć niewiele czasu spędzała w kraju.
I dobrze.
Nie będąc w kraju raczej nie pracowała dla Voldemorta.
- Dziękuję bardzo, ale jeśli wypiję jeszcze jedną kawę albo zjem coś słodkiego, mogę zacząć chodzić po ścianach i suficie, a ludzie zwykle źle odbierają takie rzeczy – oświadczyła półżartem, półserio. I jako półprawda. Faktycznie, Brenna zdążyła wypić już dwie kawy, i gdzieś w międzyczasie zjadła wielką kanapkę na śniadanie oraz jeszcze poprawiła babeczką. Ale cytrynowe ciasteczka: ach, cytrynowych ciasteczek nie powinno się odmawiać. Tyle że odmawianie każdego poczęstunku o osób, wobec których była… może nie nieufna, a ostrożna, weszło jej w krew już bardzo dawno temu. – Ale pani niech się nie krępuje, oczywiście.
Rozejrzała się, patrząc, czy jest tu jakieś miejsce, gdzie można by przysiąść. I poczekała aż Crouchówna naleje sobie kawy czy przyniesie ciasteczek, bo wyglądało na to, że potrzebuje kofeiny. I może śniadania. Dopiero potem postanowiła przejść do sedna.
- Przychodzę do pani w dwóch sprawach. Po pierwsze, chciałabym się skonsultować… co do tego, czy na miotłę faktycznie rzucono klątwę – powiedziała, wyjaśniając przy okazji, dlaczego ma przy sobie nie tylko torebkę, ale też duży pakunek. Ten drugi otworzyła, ukazując miotłę, nie najnowszy model, ale całkiem porządną, nieco powiększoną, chyba przeznaczoną dla kogoś dość wysokiego. – Oszalała podczas lotu, nie chciała skręcać, na ziemię ściągano ją za pomocą magicznych więzów – wyjaśniła Brenna, pokazując miotłę, na której leciała Mavelle. – Klątwołamaczka z Departamentu twierdzi, że mogła zostać rzucona na nie klątwa, ale że ona specjalizuje się bardziej w innego rodzaju magii, a że to poważna sprawa, może nawet próba zabójstwa, ona zaś jest pośrednio powiązana z ofiarą i jej opinia mogłaby zostać podważona w sądzie, przyda się też druga opinia – zaznaczyła. Był to trochę pretekst, bo Brenna mogła to wszystko zwalić na Lucy (choć faktycznie jej zeznania sąd mógłby uznać za niewiarygodne, bo była kuzynką prawdopodobnego celu).
Ale tak, trochę celowo usypiała podejrzenia Crouch. Przeklęte miotły sugerowały przecież śledztwa Brygady. A ona… miała i inne zlecenie.
- Druga jest bardziej delikatnej natury – dodała Brenna. – Pod opieką Brygady znajdują się osoby, które padły ofiarą przestępstwa, i dopóki nie znajdziemy odpowiedzialnych, muszą być chronione. Niestety człowiek, do którego zwykle zwracałam się w takich przypadkach… może go pani zna, bo chodzi o Jamesa, którego matka była Crouchówną… współpracował z Brygadą… zmarł w zeszłym roku. Od razu uprzedzam, że nie wszyscy w Brygadzie znają tę sprawę, ze względów bezpieczeństwa. Jeśli chce pani jednak potwierdzić tę historię, może się zwrócić do Detektywa Erika Longbottoma albo Mavelle Bones.
Nazwisko „Bones” podała nieprzypadkowo, w końcu każdy wiedział, że takie nosi szef Departamentu. I tak, celowo przedstawiała to w ten sposób. Bo z jakiego innego powodu, jeśli nie szło o prowokację, Brenna Longbottom miałaby prosić o taką przysługę? Co najlepsze, nie kłamała tak do końca. Najlepsze kłamstwo miało w sobie masę prawdy. Przecież faktycznie chodziło o ludzi, którzy padli ofiarą przestępstwa i po pomoc poszli do Brygadzistów… a James, który współpracował z Brygadą, w tym Brenną, faktycznie zmarł w listopadzie. Choć do niego akurat w tej sprawie i tak nie mogła pójść, za dobrze znał procedury.
Brenna wydobyła z torebki plik dokumentów. Były tam już uzupełnione dane osób, takie jak imię, nazwisko, rok i miejsce urodzenia.
Potrzebowały teraz trochę magii Crouchów, aby stały się pełnowartościowe.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.