26... Kwietnia wtedy kiedy nadeszła wiadomość ale tak samo jak i lat… Długich, ciężkich, samotnych... Tyle właśnie Stanley musiał czekać, aby móc spędzić chociaż chwilę czasu z własnym ojcem. Za pewne trwałoby to krócej gdyby nie zaborczość niektórych osób, które na całe szczęście nie były w stanie już dalej przeciwstawiać się temu połączeniu. Jednak ból spowodowany utratą tej blokady dalej tkwił gdzieś w środku tego młodego, trochę zagubionego chłopaka. Do tej pory kryta złość i zazdrość w stosunku do reszty społeczeństwa miała mieć dzisiaj swój kres. Bowiem w końcu miało być mu dane oficjalnie spędzić trochę czasu ze swoim rodzicem. List, który właśnie trzymał w rękach był gwarantem ichniejszego zjednoczenia. Nie miało znaczenia co mieliby robić, w tym momencie najważniejsze było to, że mieli robić cokolwiek. Wspólnie. Razem. Jak to na rodzinę w końcu przystało. W końcu spełniło się to najbardziej ukryte marzenie - poznanie swojego “nowego” ojca.
Z każdą minutą, która zbliżała go do godziny spotkania, ten stresował się coraz mocniej. Co jeżeli wypadnie źle? Co jeśli zrobi złe "pierwsze wrażenie"? Bo chyba o takim można mówić w zaistniałej sytuacji. Tak na prawdę się nie znali. Robert przecież dowiedział się o jego istnieniu nie tak dawno temu. Jednak nie mógł teraz panikować. Nie mógł teraz przegrać. Czekał na ten moment całe swoje życie. Ukończenie Hogwartu czy dostanie się do ministerstwa nie sprawiło mu tyle szczęście co właśnie nadchodzące spotkanie.
Czas mijał w nieubłaganym tempie, a co oznaczała, że zaraz wypadała pora o której należało się pojawić na miejscu. Wziął głęboki wdech i wydech, a następnie spojrzał się na mały świstoklik, który dzierżył aktualnie w dłoniach.
- No, Stanley. Już czas. Teraz albo nigdy - dodał sobie otuchy, a następnie skorzystał z załączonego przez jego ojca środku transportu.
Nie minęła chwila, a znalazł się w jakimś pomieszczeniu. Poprawił swój płaszcz, aby wyglądał nienagannie, a następnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Dojrzał dwójkę mężczyzn. Jednego znał od niedawna - Roberta, a ten drugi był jedną wielką niewiadomą. Czy to miał być ich dzisiejszy pomocnik? Ale chwila czy jego papa właśnie układał jakieś książki przy biblioteczce? To chyba nie jest to co miał na myśli. No chyba, że doszło tutaj do jednego wielkiego nieporozumienia albo on jakimś cudem pomylił świstokliki, chociaż nie posiadał żadnego innego poza tym jednym, który został mu dostarczony.
- Ojcze. Przybyłem tak jak przekazałeś mi w liście - oznajmił swoje przybycie, kierując swój głos oraz wzrok w stronę starszego mężczyzny. Następnie zmienił swoje zainteresowanie na młodszego z tej dwójki i wyciągnął do niego dłoń.
- Stanley - rzucił krótko, jednak nadal pozostał w tym samym miejscu niemal bez ruchu czekając na dalsze wyjaśnienia czy rozkazy. Albo może odrobinę rodzinnej otwartości?
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972