Drugi raz tej nocy pokonywali te same schody, tym razem jednak nikt nikogo za sobą nie ciągnął. Szli równo krok w krok, dużo spokojniejszym tempem niż wcześniej, bo wszystko się ułożyło, wszystko w końcu było na swoim miejscu, jej dłoń spleciona z jego, łapała się na tym, że spoglądała na to co jakiś czas, jakby chciała się upewnić, że faktycznie tak to wygląda.
Były to ich ostatnie minuty na Nokturnie, podjęli decyzję, że dalszą część nocy spędzą gdzieś indziej, w miejscu, które bardziej pasowało do okoliczności. Jeszcze nie zadecydowali o tym, do którego hotelu się udadzą, gdzie wylądują, nie mieli bowiem przy sobie żadnej momenty, tak jak sądziła - zaklinaczka nie zostawiła im ani złamanego knuta. Nie było to jednak problemem, bo jak się okazało Benjy pozbył się podczas tego wieczora tylko połowy swojego majątku, co było nieco pocieszające, ale tylko nieco, zważając na to, jak dużo zapłacili tamtej kobiecie.
Nadal uważała jednak, że to było warte każdej ceny. To, jak teraz czuła się lekko, zostały za nią wszystkie niewyjaśnione sprawy, które ciążyły jej jak kula u nogi, widziała, że w nim też się coś zmieniło. Może naprawdę, żeby zacząć nową drogę trzeba było zakopać wszystko, co złe. Nigdy chyba nie czuła takiego spokoju i pewności, że wszystko jest na swoim miejscu, oni byli, on był obok i to chyba było wystarczające, bo to przy nim od zawsze było jej miejsce na ziemi.
Dotarli do drzwi, które udało im się całkiem szybko otworzyć, weszli do środka. Prue od razu zapaliła światło, tym razem mieli na to czas, nie mógł zresztą po ciemku zbierać stąd swoich rzeczy, bo jeszcze by czegoś zapomniał. Nie wypuściła póki co jego dłoni ze swojej, dobrze było czuć palce mężczyzny splecione z jej. Przywykła do tego ciepła, które czuła pod skórą.
Kiedy zapaliła światło spojrzała na niego, wpatrywała się w Benjy'ego bardzo długo, a jej twarz powoli zaczęła gdzieś gubić swój kolor, zrobiła się blada, jakim cudem wcześniej tego nie zauważyła? Nie miała pojęcia. Pewnie przez to, że ciągle otaczał ich mrok, towarzyszyła im ciemność, dopiero teraz miała szansę zobaczyć go w świetle. Przesunęła spojrzenie na rękę, w którą oberwał - ta też nie wyglądała najlepiej. To miała być bardzo pracowita noc i nie chodziło jej wcale o noc poślubną.
- Co Ci się stało? - Nie miała pojęcia, jak mogła być, aż tak nieuważna i nie, nie chodziło jej o pokiereszowaną rękę i tę świeżą ranę, a o jego twarz, na której widziała siniaki, fioletowo, zielono różowe, mieniły się w świetle.
- Kiedy Ci się to stało? - Kolejne pytanie padło z jej ust. Patrząc na kolor, to jak wyglądała opuchlizna zakładała, że coś wydarzyło się kilka dni temu, cztery? Być może to była odpowiednia liczba, może trochę więcej, jednak było całkiem świeże.
- Czy coś Cię boli? - Powinna była wcześniej zająć się jego ręką, teraz mieli na to krótką chwilę, więc może warto byłoby zadbać o to, żeby dotarł do tego hotelu w jednym kawałku, szkoda by było, gdyby zgubił gdzieś po drodze rękę. Niby miała dwie na zmianę... ale wolała te jego.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control