Niemagiczny Londyn zawsze był dla Maddoxa miejscem obcym do szpiku kości. Magiczny świat nigdy nie był mu przyjazny, ale przynajmniej był zrozumiały, brudny, brutalny, pełen logiki wilków. Mugolski natomiast wymagał udawania: zakrywania instynktu, wygładzania ruchów, bycia czymś, czym nigdy być nie będzie. Jakby każdy neon i każdy mijany człowiek przypominali mu, że to nie jego świat. Chinatown miało tę samą obcość, ale pachniało inaczej bardziej życiem niż śmiercią. Wciąż czuło się tu przyprawy, tłuszcz, kadzidła. Kolor trzymał się ścian, nawet jeśli były osmolone. Złudzenie normalności. Złudzenie, które dziwnie działało.
Może dlatego jej list trafił w niego tak mocno. "Tęsknię." Proste słowo, które wbiły się w niego jak hak. Nie powinny nic znaczyć. Nie powinny mieć mocy. A jednak były jak wezwanie, na które nie mógł nie odpowiedzieć. Jak echo, które rozpoznaje tylko jeden konkretny człowiek. Ona była dla niego jak księżyc za dnia: nienaturalna, nieproszone światło, które mimo wszystko widać. Nigdy nie potrafił jej odmówić. Jego noga miała się już lepiej na tyle, na ile mogła. Kości zrosły się krzywo, ale stabilnie. Ból był stały, tępy, uparty… jednak dzięki miksturom Fenrisa działał, chodził, mógł się pojawić tam, gdzie chciał. Fenris był draniem, ale alchemikiem niezaprzeczalnie dobrym. I choć Maddox nigdy by się do tego nie przyznał, wiedział, że gdyby nie ojcowskie wywary, spacer przez Chinatown skończyłby się na pierwszym skrzywionym chodniku. Idąc w stronę lampionów i stoisk, czuł znajomy zapach Faye długo przed tym, jak ją zobaczył. To zawsze tak działało, instynkt wyprzedzał oczy. A kiedy podniósł wzrok i ujrzał ją w czerwonym świetle, wiedział jedno: miejsce nie miało znaczenia. Przy niej czuł się swobodniej niż w jakimkolwiek domu. Mógłby spotykać się z nią wszędzie, byle nie na Podziemnych Ścieżkach. Tego miejsca nie powinna oglądać. Nie tego świata, nie tej części jego życia.
Zbliżył się, stąpając ostrożnie, ale pewnie. Zatrzymał obok niej, wzrok padł na rząd porcelanowych kotów machających łapkami. Zmarszczył brwi, jakby właśnie ujrzał coś głęboko obraźliwego. - Widzisz? - mruknął, przesuwając spojrzeniem po kolejnych figurkach. - Już planują. Tak zaczyna się wojna. Najpierw udają słodkie, a potem budzisz się z jednym na klatce piersiowej, jak cię ocenia. Wyprostował się i spojrzał na Faye z tym swoim zadziornym półuśmiechem, jedyną formą czułości, na jaką był w stanie sobie pozwolić w świetle dnia.