04.12.2025, 11:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.12.2025, 11:47 przez Gabriel Montbel.)
razem z Lucy u progu imprezy
Gabriel dał przez ostatni miesiąc dość ostentacyjnie znać całemu swojemu światu (czyli głównie Lucy, jak była gdzieś w okolicy) jak to bardzo nie ma ochoty brać udziału w życiu towarzyskim anglików, jak poprzednia zabawa na której był okazała się TRAUMĄ NA CAŁE ŻYCIE, i w ogóle zabawy śmiertelnych pędraków nic a nic go nie obchodzą.
Gabriel mocno werbalizował swoją niechęć do tego typu imprez, o czym absolutnie zapomniał gdy dostał zaproszenie. Od razu napisał listy dziękujące Williamowi i Victorii za pamięć (nawet jeśli nie była to ich sprawka), a potem jego niekończące się utyskiwania przeszły na kręcenie nosem na absolutnie każdy element przygotowań. Mogło to mieć coś wspólnego z tym, że część tych gderań brzmiała jak słowa osoby, która zdecydowanie zbyt długo była sama i nie zauważyła, że tym razem ktoś zmuszony jest tego słuchać. Z drugiej strony, hrabia zawsze się starał, aby jego żale były karykaturalnie przerysowane, wywołujące uśmiech na twarzy czcigodnej gospodyni, zamiast współczucia czy gniewu. A może się nie starał. Może po prostu taki był.
Warto jednak nadmienić, że spędzili pół nocy i niemal cały dzień w podziemnym skarbcu, przymierzając maski jedna po drugiej i finalnie więcej śmiejąc się z siebie na wzajem, aniżeli w pełni powagi szykując do jakże poważnego przyjęcia.
Finalnie Montbel wybrał nudną czarną szatę i równie nudną czarną maskę. Przynajmniej tak oznajmił Lucy, żeby w wieczór zabawy pojawić się...
Czerwień grubego, nieregularnego haftu i lśniących rubinów mieniła się w świetle drogich żyrandoli. Rozbryzg "krwi" był idealnie dopasowany barwą, do karminowej kreacji Lucy Rosewood, zdobiąc obojczyki i asymetrycznie lewy rękaw szaty. Paciorki i koraliczki zdobiły również czarną aksamitną maskę, odpowiednio alterowaną pod ubiór, a kryształowe krople asymetrycznie opadały mu na policzki, wysoko uniesione w uśmiechu, który nie mógł zejść z wampirzej, bardzo bladej twarzy.
Przyjął fiolkę z eliksirem i już, już miał ją wypić, gdy jego towarzyszka nagle ukazała swoją prawdziwą naturę, odsłaniając parę ogromnych skrzydeł.
– Och... och zaiste, bardzo tu pięknie. – wymamrotał, zapomnając jak się oddycha, czy - w jego przypadku - jak udaje, że się oddycha. Zamiast tego z rozdziawioną buzią obserwował urok magifizyki, która nie potrzebowała właściwych struktur anatomicznych, aby unieść człowieka. Towarzystwo rozsunęło się trochę, trącane cudnymi lotkami, a Gabriel nie czekając długo, gnany impulsem, w dwóch krokach znalazł się przy niej obejmując ciasno niewiastę na wysokości kolan i zadzierając głowę ku twarzy ukrytej w masce, nie chcąc uronić ani odrobiny iskier lśniących w wampirzych ślepiach, reakcji na taką psotę ze strony gospodarzy.
–Jeśli chcesz, to przecież mogę nosić Cię na rękach całymi dniami, nie musiałaś sobie do tego skrzydeł hodować mon fleur!– zawołał po francusku, śmiejąc się przy tym serdecznie i trochę zapominając, że w dłoni ściska fiolkę. Na razie jednak chciał zatopić się w tym krótkim ułamku czasu, nie robiąc sobie zbyt wiele z konwenansów. Z resztą... kto by na nich patrzył, magowie i wiedźmy byli chyba bardziej zajęci swoimi efektami tych dziwnych lestrengowych podarków.
Gabriel dał przez ostatni miesiąc dość ostentacyjnie znać całemu swojemu światu (czyli głównie Lucy, jak była gdzieś w okolicy) jak to bardzo nie ma ochoty brać udziału w życiu towarzyskim anglików, jak poprzednia zabawa na której był okazała się TRAUMĄ NA CAŁE ŻYCIE, i w ogóle zabawy śmiertelnych pędraków nic a nic go nie obchodzą.
Gabriel mocno werbalizował swoją niechęć do tego typu imprez, o czym absolutnie zapomniał gdy dostał zaproszenie. Od razu napisał listy dziękujące Williamowi i Victorii za pamięć (nawet jeśli nie była to ich sprawka), a potem jego niekończące się utyskiwania przeszły na kręcenie nosem na absolutnie każdy element przygotowań. Mogło to mieć coś wspólnego z tym, że część tych gderań brzmiała jak słowa osoby, która zdecydowanie zbyt długo była sama i nie zauważyła, że tym razem ktoś zmuszony jest tego słuchać. Z drugiej strony, hrabia zawsze się starał, aby jego żale były karykaturalnie przerysowane, wywołujące uśmiech na twarzy czcigodnej gospodyni, zamiast współczucia czy gniewu. A może się nie starał. Może po prostu taki był.
Warto jednak nadmienić, że spędzili pół nocy i niemal cały dzień w podziemnym skarbcu, przymierzając maski jedna po drugiej i finalnie więcej śmiejąc się z siebie na wzajem, aniżeli w pełni powagi szykując do jakże poważnego przyjęcia.
Finalnie Montbel wybrał nudną czarną szatę i równie nudną czarną maskę. Przynajmniej tak oznajmił Lucy, żeby w wieczór zabawy pojawić się...
Czerwień grubego, nieregularnego haftu i lśniących rubinów mieniła się w świetle drogich żyrandoli. Rozbryzg "krwi" był idealnie dopasowany barwą, do karminowej kreacji Lucy Rosewood, zdobiąc obojczyki i asymetrycznie lewy rękaw szaty. Paciorki i koraliczki zdobiły również czarną aksamitną maskę, odpowiednio alterowaną pod ubiór, a kryształowe krople asymetrycznie opadały mu na policzki, wysoko uniesione w uśmiechu, który nie mógł zejść z wampirzej, bardzo bladej twarzy.
Przyjął fiolkę z eliksirem i już, już miał ją wypić, gdy jego towarzyszka nagle ukazała swoją prawdziwą naturę, odsłaniając parę ogromnych skrzydeł.
– Och... och zaiste, bardzo tu pięknie. – wymamrotał, zapomnając jak się oddycha, czy - w jego przypadku - jak udaje, że się oddycha. Zamiast tego z rozdziawioną buzią obserwował urok magifizyki, która nie potrzebowała właściwych struktur anatomicznych, aby unieść człowieka. Towarzystwo rozsunęło się trochę, trącane cudnymi lotkami, a Gabriel nie czekając długo, gnany impulsem, w dwóch krokach znalazł się przy niej obejmując ciasno niewiastę na wysokości kolan i zadzierając głowę ku twarzy ukrytej w masce, nie chcąc uronić ani odrobiny iskier lśniących w wampirzych ślepiach, reakcji na taką psotę ze strony gospodarzy.
–Jeśli chcesz, to przecież mogę nosić Cię na rękach całymi dniami, nie musiałaś sobie do tego skrzydeł hodować mon fleur!– zawołał po francusku, śmiejąc się przy tym serdecznie i trochę zapominając, że w dłoni ściska fiolkę. Na razie jednak chciał zatopić się w tym krótkim ułamku czasu, nie robiąc sobie zbyt wiele z konwenansów. Z resztą... kto by na nich patrzył, magowie i wiedźmy byli chyba bardziej zajęci swoimi efektami tych dziwnych lestrengowych podarków.