Nie była zbytnią fanką łona natury, gęstych traw, głębokich, tajemniczych jezior i rozłożystego, na wzór waty cukrowej, listowia drzew – wolała miałki pył uliczny londyńskiego bruku, aniżeli niteczki żmij przewijające się pod butami, wzbijając gęsty dym szelestu. Pamiętała jednak to miejsce doskonale – jeszcze za czasów hogwardzkich zdarzało jej się dotrzeć na to miejsce u boku Theona; przesiadywali na zdezelowanym molo i dyskutowali – bo im tematów do dyskusji nigdy nie brakowało. I choć była o wiele bardziej cyniczna, cięta i nieprzystępna niż Yaxley, dogadywali się niebywale dobrze; czuła, iż może być przy nim stuprocentową sobą, nawet jeśli to „bycie sobą” oznaczało rzucanie kąśliwych uwag w jego kierunku. On jednak nigdy się tym nie przejął.
Była zaskoczona, jakie pokłady cierpliwości do niej miał ten człowiek.
A że była istotą impulsywną i lekkomyślną, decyzje podejmowała natychmiastowo, bez zawahania i odpowiedniego wyważenia czynów – prawdopodobnie dlatego w pracy miała wielu wrogów, którzy byliby w stanie utopić ją w łyżce wody; jej wyśrubowana buta i arogancja były doskonałą łatką, która opatuliła jej całą sylwetkę. Ludzie schodzili jej z drogi, nie chcąc się jej narazić.
Nie była przecież agresywna, a przynajmniej nie pod woalką fizyczną; daleko jej było do pacyfistki, mimo wszystko nie uznawała brudzenia sobie dłoni. Była typem intrygantki, grającego w otwarte karty, buńczucznego wcielenia złości i kąśliwości.
Mieli pójść tam przecież razem, skończywszy jednak pracę wcześniej, postanowiła udać się na miejsce spotkania w towarzystwie własnym i poczekać na Theona racząc się widokiem sielskiej natury. Tak naprawdę w dupie miała pluskanie rybek w stawie, wolałaby wychylić szklankę ognistej, jednak przyjaźń zdawała się wymagać poświęceń niekiedy. Zostawiwszy więc notatkę, udała się samodzielnie na molo.
Idę sama, dogoń mnie, jeśli potrafisz. Buziaki, L.
Przeczesując więc wysokie trawy, prędko znalazła się na molo, siadając na jego krawędzi. Przez dłuższy czas wbijała wzrok w taflę wody, obserwując marszczenia pojawiające się na powłoce wraz z podmuchami nieprzejednanego wiatru. Kwietniowa pogoda wprawiła świat w nastroje wiosenne; dopiero na końcu świata mogła to ujrzeć.
Wtem coś zaigrało światłem w wodnym odmęcie; coś, co ją zaciekawiło, pochyliła się więc nad powierzchnią chwiejnie. Niczym oczarowana wpatrywała się w istotę, która zwolna wyłaniała się z mętnych głębin; głos Theona, który słyszała daleko, odbijał się echem w umyśle, gdyż teraz nie liczyło się nic innego – tylko to tchnięcie magii w nudny, rzęsisty staw – bo przecież nawet nenufary na powierzchni nie dodawały mu uroku. Wyciągnęła dłoń, dotykając nią chłodnej tafli wody, gdy syrena chwyciła ją za nadgarstek.