05.12.2025, 00:56 ✶
Z Levim potwierdzamy tożsamość, wchodzimy do środka, a ja piję eliksir.
Idąc w stronę bramy, zacisnęła chłodne palce na ramieniu Leviathana. Stanowił jej oparcie w sensie dosłownym, ale też przenośnym. Ufała, że nie pozwoliłby jej się potknąć. Posiadłość była majestatyczna i za każdym razem robiła na niej ogromne wrażenie. Kiedyś nawet próbowała policzyć, ile obrazów może się tutaj znajdować, ale ostatecznie straciła rachubę. Największą chlubą był tu oczywiście ogród, a choć sama nie miała ręki do kwiatów, to lubiła je podziwiać z daleka i malować.
- Jeszcze nie miałam okazji - przyznała, unosząc spojrzenie, gdy lekki podmuch chłodu prześlizgnął się po ich twarzach. Jeszcze nie widziała tych róż, jeszcze nie miała kiedy zajrzeć do ogrodów, ale miała nadzieję, że się nie zawiedzie własnymi oczekiwaniami. - Ale taki mam dziś plan. A ty? Raczej się do tego nie palisz, co?
Znała go jak własną kieszeń, czasami potrafiła odczytać jego myśli po samej minie. Lata przyjaźni sprawiły, że czuła się przy nim wyjątkowo swobodnie, dlatego cieszyła się, że to właśnie z nim może przyjść na bal. Jako brat jej zmarłego narzeczonego miał doskonały pretekst do eskortowania jej dzisiejszego wieczoru, bez wzbudzania niepotrzebnych plotek. A przy nim nie będzie musiała się nieustannie pilnować i uważać na język. Poza tym naprawdę dobrze razem wyglądali.
Szmaragdowa suknia opinała jej talię, miękko spływając ku ziemi, a maska była bogato zdobiona, złota i ciężka. A jednak to nie maska sprawiała, że czuła się ukryta - prawdziwym pancerzem były jej oczy, chłodne, nieczytelne, odzwierciedlające nienaganną uprzejmość i ostrożność, którą pielęgnowała od lat. Grzywka, starannie wypuszczona z upięcia, zacieniała część czoła i sprawiała, że jej spojrzenie wydawało się jeszcze bardziej nieprzeniknione.
Gdy podeszli do bramy, strażnicy wyciągnęli dłonie po zaproszenia. Astoria sięgnęła do torebki i podała swoje ze spokojem graniczącym z obojętnością. Podniosła maskę płynnym ruchem, odsłaniając twarz tylko na tyle długo, by strażnik mógł ją zobaczyć i potwierdzić tożsamość. Jej skóra była blada, ale tym razem nie z osłabienia. Kryzys spowodowany pożarem powoli mijał, więc mogła oddychać w miarę swobodnie. Bez nagłych ataków kaszlu rozdzierających płuca, bez irytującego drapania. Nie tak dawno zażyty eliksir na włochatość na pewno pomagał w kwestiach wydolnościowych, więc nie męczyła się tak szybko, może nawet będzie mogła kilka razy zatańczyć. I mikstury, które dostała od Rodolphusa działały skuteczniej, niż była gotowa przyznać.
Po formalnościach i potwierdzeniu tożsamości, przeszli na korytarz prowadzący do sali balowej. Wtedy też jedna z kobiet zaproponowała im pewien intrygujący dodatek na rozpoczęcie wieczoru. Przyjęła eliksir w momencie, gdy Levi odmówił. Podniosła brew, zdziwiona jego decyzją. Nie wierzyła, by Lestrange'owie przygotowali coś niebezpiecznego, w końcu nie mogli sobie pozwolić na skandal, szczególnie po tym, jak spłonęło pół Londynu i ludzie dalej borykali się z konsekwencjami.
Z mężczyzną u boku wkroczyła do środka. Jej spojrzenie przesuwało się po wnętrzach, po drobiazgach, które świadczyły o niebotycznym bogactwie Lestrange'ów - kryształowych żyrandolach, marmurowych ścianach, posadzce spowitej magią jak mgłą o barwie mleka, która unosiła się przy każdym kroku. Szmaragd jej sukni zlewał się z tą mgłą, tworząc iluzję, jakby poruszała się wśród zielonego dymu. Bordowe usta, starannie pomalowane, wygięły się w subtelny uśmiech, gdy ktoś skinął im głową. Przenosiła spojrzenie po kolejnych maskach, podświadomie szukając tej jednej, która najbardziej ją interesowała. Po chwili znów uniosła wzrok na Leviego, ściskając eliksir w dłoni.
- Strach cię obleciał, Rowle? - zakpiła z tym swoim uśmieszkiem, który w zamyśle miał go sprowokować. Zanim zdążył odpowiedzieć, odsunęła korek i uniosła fiolkę do ust. Zamknęła oczy, przechyliła ją z nonszalancką pewnością i pozwoliła, by eliksir spłynął gładko po jej gardle, zostawiając po sobie charakterystyczne mrowienie.
!eliksiry