05.12.2025, 21:26 ✶
Dora zerknęła na Thomasa i uśmiechnęła się lekko, bo nie zdążyła mu nawet odpowiedzieć - zrobił to za nią. Nie peszyła jej zbytnio wiara, jaką w niej pokładał, bo przecież spędziła nad runami wystarczająco dużo czasu, by być w stanie pociągnąć dalej znajome znaki. Wiedziała, że to akurat nie było większym problemem, w przeciwieństwie do tchnięcia w nie magii i sprawienia, że będą działać tak jak powinny.
Zabrała się więc do wstępnego uzupełniania braków w rzędach znaków, które znajdowały się na ścianie. Oceniała kolejne runy, a potem pewną ręką doprowadzała je do odpowiedniego kształtu przez odtworzenie nieco zatartych fragmentów, albo dopełnienie tego, czego w niektórych przypadkach wydawało się całkiem brakować. Pośpiech bywał najgorszym wrogiem tego typu żmudnych, magicznych równań, bo Crawley nie mogła tutaj oprzeć się wrażeniu, że wszystko bardzo opierało się na matematyce - nawet jeśli brakowało tutaj dosłownych liczb.
Rozproszyła się nieco bardziej dopiero w momencie, kiedy Brenna znalazła się obok niej. Na moment przerwała swoją pracę i wyraźnie musiała powstrzymać się przed tym, żeby nie poklepać jej po głowie, kiedy ta jeszcze była w formie wilka - odruch, którym witała niemal wszystkie pieski, kotki, puffki i inne miziaste stworzenia, które znajdowały się w zasięgu ręki.
- Może w ogóle ich tutaj nie było od dłuższego czasu? A nasze zguby zniknęły bo poszły poza zamek? - zerknęła mimowolnie ku górze, na wznoszące się do nieba mury i wiszące nam nimi wieże. Może w tych starych, nadgryzionych przez czas pomieszczeniach, wcale nie chowało się aż tak dużo tajemnic, albo coś zwyczajnie wywabiło mężczyzn z zamku. W końcu też spojrzała w stronę samej bramy, którą przed chwilę weszli, jakby licząc na to że może faktycznie coś poza zamkiem dało się zobaczyć, kuszące teraz i namawiające do zbadania. Przywitał ja jednak dokładnie taki sam krajobraz jak wcześniej.
Pociągnęła kolejne linie na kamiennej ścianie, słuchając mimowolnie wymiany zdań między resztą towarzystwa. Wszystko wydawało się nad wyraz spokojne - zbyt spokojne, ale Dora chyba nie posiadała przesadnej paranoi. Przynajmniej nie takiej, która kazałaby jej teraz wietrzyć podstęp i spinać się, bo zamiast tego rozluźniła się nieco i przekierowała wszystkie myśli na kreślone runy. W końcu przestała i zrobiła parę kroków w tył, uważnie oceniając swoją pracę, jakby perspektywa miała pozwolić jej na dostrzeżenie czegoś więcej lub ewentualnych błędów. Wydawała się jednak wystarczająco usatysfakcjonowana ze swojej pracy, bo wreszcie kiwnęła głową i roztarła dłonie.
- Wydaje mi się, że powinno być dobrze. A przynajmniej uzupełniłam co umiałam - rzuciła do Thomasa. Jeśli coś przy zaklinaniu miało pójść nie tak to... no cóż, najwyraźniej albo przodkowie, albo Cormac i Finn porobili tutaj błędy, bo sprawdzać całej formuły nie mieli teraz czasu.
Zabrała się więc do wstępnego uzupełniania braków w rzędach znaków, które znajdowały się na ścianie. Oceniała kolejne runy, a potem pewną ręką doprowadzała je do odpowiedniego kształtu przez odtworzenie nieco zatartych fragmentów, albo dopełnienie tego, czego w niektórych przypadkach wydawało się całkiem brakować. Pośpiech bywał najgorszym wrogiem tego typu żmudnych, magicznych równań, bo Crawley nie mogła tutaj oprzeć się wrażeniu, że wszystko bardzo opierało się na matematyce - nawet jeśli brakowało tutaj dosłownych liczb.
Rozproszyła się nieco bardziej dopiero w momencie, kiedy Brenna znalazła się obok niej. Na moment przerwała swoją pracę i wyraźnie musiała powstrzymać się przed tym, żeby nie poklepać jej po głowie, kiedy ta jeszcze była w formie wilka - odruch, którym witała niemal wszystkie pieski, kotki, puffki i inne miziaste stworzenia, które znajdowały się w zasięgu ręki.
- Może w ogóle ich tutaj nie było od dłuższego czasu? A nasze zguby zniknęły bo poszły poza zamek? - zerknęła mimowolnie ku górze, na wznoszące się do nieba mury i wiszące nam nimi wieże. Może w tych starych, nadgryzionych przez czas pomieszczeniach, wcale nie chowało się aż tak dużo tajemnic, albo coś zwyczajnie wywabiło mężczyzn z zamku. W końcu też spojrzała w stronę samej bramy, którą przed chwilę weszli, jakby licząc na to że może faktycznie coś poza zamkiem dało się zobaczyć, kuszące teraz i namawiające do zbadania. Przywitał ja jednak dokładnie taki sam krajobraz jak wcześniej.
Pociągnęła kolejne linie na kamiennej ścianie, słuchając mimowolnie wymiany zdań między resztą towarzystwa. Wszystko wydawało się nad wyraz spokojne - zbyt spokojne, ale Dora chyba nie posiadała przesadnej paranoi. Przynajmniej nie takiej, która kazałaby jej teraz wietrzyć podstęp i spinać się, bo zamiast tego rozluźniła się nieco i przekierowała wszystkie myśli na kreślone runy. W końcu przestała i zrobiła parę kroków w tył, uważnie oceniając swoją pracę, jakby perspektywa miała pozwolić jej na dostrzeżenie czegoś więcej lub ewentualnych błędów. Wydawała się jednak wystarczająco usatysfakcjonowana ze swojej pracy, bo wreszcie kiwnęła głową i roztarła dłonie.
- Wydaje mi się, że powinno być dobrze. A przynajmniej uzupełniłam co umiałam - rzuciła do Thomasa. Jeśli coś przy zaklinaniu miało pójść nie tak to... no cóż, najwyraźniej albo przodkowie, albo Cormac i Finn porobili tutaj błędy, bo sprawdzać całej formuły nie mieli teraz czasu.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.