05.12.2025, 22:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2025, 12:15 przez Lorraine Malfoy.)
– Chwalmy jej święte łono na wieki wieków – odpowiedziała równie nonaszalancko Lorraine, wyłaniając się nagle z zaplecza w otoczeniu stosów urn grzebalnych, które musiała właśnie katalogować. Przeróżnej wielkości utensylia pogrzebowe unosiły się spokojnie w powietrzu, wprowadzając lekki chaos do wysprzątanego wnętrza Necronomiconu. Wszystkie były, oczywiście, puste: stylizowane kanopy z alabastru, drewna i kamienia, fajansowe ossuaria, przepiękne metalowe żalniki pokryte polichromią... Lorraine odrzuciła do tyłu zaplecione w długi warkocz włosy, odstawiając na kontuar kasetkową popielnicę, w której wytłoczono runiczne motywy wotywne.
Wystarczyło jedno badawcze spojrzenie na Flinta, żeby Lorraine zmrużyła podejrzliwie swoje przenikliwe, niebieskie oczy. No bo jak to tak, nie zdejmuje płaszcza, żeby zasiąść w kuchni? Nie kłóci się z nią o to, czy zdejmować buty, z kieszeni nie wypadają mu kartki z wierszami? Dopiero co wrócił do Anglii, czyżby wybierał się znowu gdzieś za morze?
– A ty gdzie się znowu wybierasz? – spytała trochę jak gdyby figlarnie, drocząc się z mężczyzną. Zanim Berht zdążył jednak odpowiedzieć, Lorraine przewidująco uniosła palec, jak gdyby spłynęła na nią nagle wielka mądrość, którą w oświeceniu swym zdecydowała się podzielić. – Ani mi się waż odpowiadać "na drugą stronę", bo się obrażę. – I to na śmierć, powinna dodać żartobliwie, bo przecież stali na środku zakładu pogrzebowego. A że przywołała w rozmowie ulubioną ostatnio wymówkę Baldwina, którą pożegnał ją dzisiaj rano, gdy spytała go o to samo, o co spytała Flinta... Cóż, takie żarty padały tutaj na porządku dziennym, wypowiadane były najczęściej z grobową miną, choć starano się, aby klienci niczego nie słyszeli. – Dobrze, że wpadłeś. Chciałam pytać, czy nie potrzebujesz może nowych urn na transport czyśćcowych duszyczek? – spytała pogodnie Lorraine, opierając delikatnie dłoń na zdobionych kasetkach, pokrytych świętymi inskrypcjami ku czci trójjedynej bogini. Różni egzorcyści posługiwali się różnymi dewocjonaliami, odprawiając swe rytuały w przypadkach opętań. Lorraine wiedziała, że dusze zbłąkane prosiły niekiedy, aby pokazać im miejsca pochówku istot, jakimi były za życia. Każde żywe stworzenie potrzebowało w końcu czego innego, żeby z nieuchronnością własnej śmierci się pogodzić. Jeżeli ceną za udany egzorcyzm miała być obietnica doprowadzenia zagubionej duszy do takiego szczególnego miejsca... Cóż, była to cena, jaką wielu było gotowych zapłacić.
Jeżeli dzieło stworzenia było niczym niezabliźniona blizna na bliźnie na wiecznie rozdartym porodem łonie Matki, potrzeba było im takich jak Flint. Położników, którzy czuwali nad dobrem dzieci wyszłych z boskiego łona, nieważne jak przerażająco by nie były zdeformowane, jak straszliwe. Gdyby potrzebował do swej misji urn, Lorraine gotowa była mu takowe darować. Wiara była dla niej wyjątkowo poważną sprawą.
Wystarczyło jedno badawcze spojrzenie na Flinta, żeby Lorraine zmrużyła podejrzliwie swoje przenikliwe, niebieskie oczy. No bo jak to tak, nie zdejmuje płaszcza, żeby zasiąść w kuchni? Nie kłóci się z nią o to, czy zdejmować buty, z kieszeni nie wypadają mu kartki z wierszami? Dopiero co wrócił do Anglii, czyżby wybierał się znowu gdzieś za morze?
– A ty gdzie się znowu wybierasz? – spytała trochę jak gdyby figlarnie, drocząc się z mężczyzną. Zanim Berht zdążył jednak odpowiedzieć, Lorraine przewidująco uniosła palec, jak gdyby spłynęła na nią nagle wielka mądrość, którą w oświeceniu swym zdecydowała się podzielić. – Ani mi się waż odpowiadać "na drugą stronę", bo się obrażę. – I to na śmierć, powinna dodać żartobliwie, bo przecież stali na środku zakładu pogrzebowego. A że przywołała w rozmowie ulubioną ostatnio wymówkę Baldwina, którą pożegnał ją dzisiaj rano, gdy spytała go o to samo, o co spytała Flinta... Cóż, takie żarty padały tutaj na porządku dziennym, wypowiadane były najczęściej z grobową miną, choć starano się, aby klienci niczego nie słyszeli. – Dobrze, że wpadłeś. Chciałam pytać, czy nie potrzebujesz może nowych urn na transport czyśćcowych duszyczek? – spytała pogodnie Lorraine, opierając delikatnie dłoń na zdobionych kasetkach, pokrytych świętymi inskrypcjami ku czci trójjedynej bogini. Różni egzorcyści posługiwali się różnymi dewocjonaliami, odprawiając swe rytuały w przypadkach opętań. Lorraine wiedziała, że dusze zbłąkane prosiły niekiedy, aby pokazać im miejsca pochówku istot, jakimi były za życia. Każde żywe stworzenie potrzebowało w końcu czego innego, żeby z nieuchronnością własnej śmierci się pogodzić. Jeżeli ceną za udany egzorcyzm miała być obietnica doprowadzenia zagubionej duszy do takiego szczególnego miejsca... Cóż, była to cena, jaką wielu było gotowych zapłacić.
Jeżeli dzieło stworzenia było niczym niezabliźniona blizna na bliźnie na wiecznie rozdartym porodem łonie Matki, potrzeba było im takich jak Flint. Położników, którzy czuwali nad dobrem dzieci wyszłych z boskiego łona, nieważne jak przerażająco by nie były zdeformowane, jak straszliwe. Gdyby potrzebował do swej misji urn, Lorraine gotowa była mu takowe darować. Wiara była dla niej wyjątkowo poważną sprawą.