To było prawdą, te dwie rzeczywistości pasowały do siebie jak ulał, idealnie się dopełniały, tak samo, jak i oni się dopełniali. Zapewne na pierwszy rzut oka można było mieć co do tego wątpliwości, można było się zastanawiać patrząc na nich, jak to było możliwe, że potrafili znaleźć wspólny język, bo wydawało się, że są jak ogień i woda. Tyle, że to grało dużo bardziej, niż można by w ogóle zakładać, czy przypuszczać. Prudence miała w sobie ogrom cierpliwości i zamierzała ją całą wykorzystać do tego, aby Benjy w końcu poczuł się przy niej jak w domu, by odnalazł swoje miejsce, dostrzegł różne możliwości, które się z tym wiązały. Nie zamierzała go osaczać, czy narzucać mu swoich zasad, bo to nie miało racji bytu, tylko powoli go ze wszystkim oswajać, i wiedziała, że jej się to uda. Nigdy nie była niczego tak pewna. Wiedziała, że wielu rzeczy będzie musiała go nauczyć, czy do nich przekonać, ale nie miała w zwyczaju się poddawać, wręcz przeciwnie - raczej łatwo przychodziło jej skupianie się na celu i dążenie do jego realizacji, tym razem miało być tak samo, tylko powoli, drobnymi kroczkami, no pewne przyzwyczajenia wymagały ogromu pracy, aby z nimi coś zrobić.
Gdzieś się zgubiła w tej ich rozmowie, okropnie łatwo było to zrobić, chociaż nie miała w zwyczaju mieszać tych spraw zawodowych z prywatnymi, ale w tej sytuacji to nie było możliwe, bo miała zajmować się swoim mężem, opiekować się nim, sprawdzić jego wszystkie uszkodzenia i je ewentualnie uleczyć, a że przy okazji byli bardzo świeżym małżeństwem, które czekało na noc poślubną, to cóż, nie dało się inaczej, zwłaszcza kiedy w grę wchodziło rozbieranie go, czy to w celach medycznych, czy nie. Nie dała rady dłużej walczyć ze zmianą koloru policzków, jak zawsze jej twarz mówiła wszystko, dało się z niej czytać niczym z otwartej księgi, chociaż próbowała z tym walczyć, tylko w tym przypadku było to zupełnie zbędne.
Nie spodziewała się tego, że padnie temat dla niej bardzo niewygodny. Jej nienawiść do wilkołaków była bardzo niezdrowa, wiedziała o tym, ale nie potrafiła nic z tym zrobić, nie umiała udawać, że ją to nie ruszyło, chociaż była to przecież tylko metafora, ale jednak ruszyła w Prue coś, co w niej siedziało. Zmieniła ton głosu, przestawiła się na ten bardzo chłodny, rzeczowy, może nawet taki, którego nie znał, bo raczej nie życzyła nikomu źle, raczej nie korzystała z niego nawet podczas tych ich kłótni, to było coś zakorzenionego głębiej. I nie był to dobry moment, by poruszać ten temat, miała tego świadomość, zamierzała mu kiedyś wyjaśnić źródło tej nienawiści, opowiedzieć więcej, ale nie tego wieczoru, to miała być ich noc i nic nie mogło im w tym przeszkodzić, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości.
- Nie możesz choć raz, jeden jedyny raz pójść tą bardziej łagodną drogą? - To nie tak, że nie zakładała, że nie postanowi spróbować sprawdzić, co go czeka, jeśli będzie nieco bardziej niesfornym pacjentem. Był sobą, oczywiście, że nie wybierał najprostszej i najbardziej spokojnej drogi, musiał sięgać po to, co było bardziej skomplikowane, co wiązało się z dodatkowymi utrudnieniami. - Wiesz Benjy, mam torbę medyczną pełną bardzo różnych przyrządów i nie zawaham się ich użyć, tak tylko ostrzegam. - Miała jednak wrażenie, że to ostrzeżenie nic nie wskóra, ba wręcz przeciwnie, że wzbudzi w nim jeszcze większą ciekawość, bo przekora była dla niego czymś zupełnie normalnym. Musiał sprawdzić, dotknąć, poznać, taki już był.
- Więc znowu wracamy do bezmyślności? - Zapominał się przy niej, tak samo jak i ona przy nim, to było bardzo jasne i klarowne. Nie miała jednak pojęcia, przynajmniej jak na razie, czy to coś złego, czy nie, pozostawało więc sprawdzić, jak wyglądać to będzie w przyszłości. Mieli w tym pewne doświadczenie, teraz to dostrzegała, ciągnęło się za nimi od lat, tyle, że wtedy nie do końca wiedzieli z czym się mierzą, nie zdawali sobie sprawy, co im się przytrafiło, byli zbyt młodzi, aby to zrozumieć.
- Niebezpieczne, czy nie, ale chcę wiedzieć, co Ci siedzi w głowie. - Oczywiście, że zdawała sobie sprawę z tego, co mogło to za sobą nieść, ale lubiła wiedzieć, więc decyzja była całkiem prosta. - To nie tak, że Ci pozwalam, ja chcę, abyś mówił wszystko na głos. - Była chyba w tym delikatna różnica.
- Od dyscypliny jestem ja. - Uśmiechnęła się do niego ciepło, jednym z tych uśmiechów, które mogły topić najbardziej oblodzone serca, bo przecież już nie był sam, jeśli poradzi sobie z wiedzą, a wiedziała, że to zrobi, to ona pomoże mu z tą drugą częścią. Zwłaszcza, jeśli chodziło o to, czego miała ona dotyczyć.
- Nie mogę przed Tobą przecież ukrywać tych zasad związanych ze specjalnym traktowaniem. - One były bardzo istotne, tak właściwie to chyba najbardziej ze wszystkich. - Cieszy mnie to, że istnieje taki punkt, bo raczej nie masz w zwyczaju ustosunkowywać się do regulaminów. - Ten był naprawdę wyjątkowy, specjalny, stworzony tylko i wyłącznie dla niego, wiedziała, że to doceni.
Udało jej się słowami odwrócić jego uwagę, doskonale, mogła przejść do rzeczy, mogła w końcu obejrzeć tę rękę, która nie była w najlepszym stanie, wiedziała, że to nie było do końca fair, ale musiał przywyknąć do takich zagrywek, nie miał innego wyjścia, jak po prostu się z tym pogodzić.
Prue starała się być delikatna, jednak wiedziała, że nie wszystko da się zrobić łagodnie, dezynfekcja nie należała do najprzyjemniejszych momentów, nawet dla kogoś takiego jak on. To musiało zapiec, ale oceniłaby ten ból na mniej niż siedem i pół, więc nie powinien mieć do niej żadnych reklamacji, później ta maść, okropnie uderzająca w nozdrza, cholernie ziołowa, dzięki czemu miała szybko działać, choć to też nie miało być przyjemne, chociaż bandaż udało jej się zaplątać bardzo szybko i sprawnie, bez większych szkód.
- Tylko odrobinę, ale bez tego by się nie obeszło. - Nie sądziła, żeby podszedł szczególnie entuzjastycznie do sytuacji, w której to oznajmiłaby mu, że właśnie zaczyna robić mu porządek z ręka, musiała działać szybko.
Nie umknęło jej to muśnięcie biodrami, ale skupiona była na swoich obowiązkach, wtedy nie mogła sobie pozwolić sobie na chociaż odrobinę rozproszenia, bo coś mogłoby pójść nie tak, nie pozwalała więc wybijać się z uzdrowicielskiego rytmu, chociaż ją rozpraszał, bo zależało Prue na tym, aby jej praca wykonana była właściwie.
- To co, nie było tak strasznie? - Rzuciła z uśmiechem, gdy skończyła to, co miała do zrobienia, może nie powinna prowokować rozmowy na ten temat, ale to zrobiła.
Załatwili tę najpilniejszą potrzebę, która nie cierpiała zwłoki, mogli w końcu opuścić to miejsce, wyjść wreszcie z Nokturnu, znaleźć się w jednym z hoteli... właśnie, nadal nie wybrali miejsca destynacji.
- Mogę, wtedy jak cos pójdzie nie tak, to będzie moja wina. - Chociaż, czy w tej sytuacji w ogóle coś mogło pójść nie tak, mieli dwie opcje do wyboru, obie równie atrakcyjne, nie dało się tego spieprzyć.
Prudence złapała monetę między palce, po czym podrzuciła ją w powietrzu, później odwróciła dłoń, aby zobaczyć cóż im się trafiło.
Tak
(savoy - orzeł -1, dorchester - reszka-2)
- Wypadło na Savoy, mam nadzieję, że jesteś zadowolony, jak to było? Jest najbardziej romantyczny? - Los najwyraźniej tego im życzył.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control