07.12.2025, 12:13 ✶
Gdy Alexander zadał pytanie wydęła usta w krótkiej zadumie.. a może zwyczajnie udawała?
Mimo, że pożary były bezsprzecznie czymś okropnym, tak nie odnotowała w swoim życiu większych strat z tego powodu. Być może jedynie mieszkanie na Horyzontalnej w którym ulokowała część swoich wspomnień. Pamiętała swoją minę, gdy przenieśli się do domu Lorraine, a na własne pytanie kiedy wrócą do domu - okazało się, że już tam nie wrócą. To było jedyne czego było jej szkoda, chociaż dobrze wiedziała, że to kwestia sentymentu. Zerknęła na kuzynkę, gdy postanowiła uchylić rąbka tajemnicy apropo jej życia po pożarach, aczkolwiek rozmowa zaraz przeszła w kierunku masy, a nie konkretów co było bezpieczne, acz ciut frustrujące
-U mnie dobrze, nie mam na co narzekać. - rzuciła lekko z nonszalancką miną, sięgając po perliczkę.
W jej życiu zmiany zaczęły się już w sierpniu, a to co miała teraz było jedynie kontynuacją ów zmian.
Bo chociaż jej życie wywróciło się do góry nogami, to pozostawało szczęśliwe, nawet jeśli ciut zbyt chaotyczne. Nie czuła potrzeby mówić więcej, bo nie powinno wyznawać myśli na głos przed ogółem. Niemniej jednak Alexander nie był ogółem i wiedział ciut więcej niż pozostali i nie potrzebował do tego trzeciego oka. W końcu Mulciberówna była bardzo częstym gościem w Mulciber Manor, pojawiając się tam na tyle często, że powinno jej się odebrać status gościa. I chociaż nie mówiła mu o wszystkim, to ten wiedział, że jest w dobrej kondycji, nawet jeśli ostatnio bywała przemęczona co tłumaczyła pracą. Mimo to zawsze szukała okazji, aby wciągnąć go czy to słownie czy listownie w kolejną dyskusje na tematy życia i śmierci, dzieląc się mniej lub bardziej oderwanymi przemyśleniami.
Faktycznie, nie obeszło się bez strat, aczkolwiek zawsze są jakieś straty... A jednak tragedie i nieszczęścia mimo wszystko napędzają biznes, o czym zdążyła już porozmawiać z Bunią. Gdy Londyn płonął, wielu zwykłych obywateli straciło rozum.. zaczęły się napaści, rozboje i rabunki... wraz ze świtem ludzie szukają sprawiedliwości za krzywdy. A to było dla niej na rękę, mimo iż początkowo rzeczywiście w kancelarii zrobił się rozgardiasz, to jednak pracy było więcej, a wraz z nią więcej doświadczenia. I chociaż była zmęczona, a obowiązki często zabierała ze sobą do domu, to nie śmiała narzekać. A jednak tego typu opinią podzieliła się ze swoją przełożoną, po cóż miałaby więc mówić to tu. Szczególnie, że wyznanie to nie było mile widzianym na tle wspominanych tragedii. Nie popierała tego typu katastrof, a ktoś mógłby wysnuć niesłuszne wnioski.
Nabiła fragment mięsa na widelec, wsuwając go do ust, słuchając wywodu prababci.
-Niestety jeszcze długa droga przed nami... - stwierdziła, przenosząc wzrok na Philomene. Seniorka dobrze wiedziała co ta ma na myśli. Za część tragedii odpowiadali nie śmierciożercy, a zwykli ludzie, którzy poczuli się bezkarni, zaczęli uskuteczniać samosądy na ulicach. Bo to ich teraz ścigało prawo, gdy pokrzywdzeni uchodzili z życiem.
Przeniosła wzrok na Selinę, zaraz na Lorien, a jednak nim zdążyła chociażby rozchylić usta, rozległ się głos jej ojca
Scarlett nigdzie z Tobą nie pójdzie.
Na moment zastygła w bezruchu, a jednak nie trwało to dłużej niż chwilę. Odzwyczaiła się, nawet nie sądziła, że tak bardzo.
Dlatego tak kochała Baldwina, nawet jeśli nie nazywała tego miłością. Kochała wolność, którą jej dawał.
Bo On nigdy nie decydował za nią, nigdy nie narzucał własnego zdania i była pewna, że jako mąż, być może nie jej, ale kogoś na pewno - byłby dokładnie taki sam.
Nie musiał się z nią zgadzać, nie musiał lubić jej wyborów, ale dawał jej przestrzeń i wspierał każdy z nich. Nawet jeśli ten w jego oczach był wybitnie beznadziejny.
Dlatego też teraz poczuła się urażona, ugodzona czymś nieprzyjemnym w nie tyle serce co... w coś innego, w coś co nie do końca potrafiła nazwać.
Czy było jej przykro? Poczuła się zapewne zlekceważona, potraktowana niczym bezrozumne dziecko... a może po prostu jak kobieta w oczach tego jakże wspaniałego rodu?
A jednak pamiętała, aby szczelnie dopiąć wyimaginowany kaganiec. Bo na co to wszystko? Na cóż byłoby teraz coś mówić?
To co teraz powie, to co teraz mówią wszyscy dookoła, nijak miało się do rzeczywistości, która wychylała się zza rogu.
-Tato, wystarczy - wyznała spokojnie, kładąc dłoń na ramieniu Richarda. W głowie energicznie przetasowywała paragrafy, zastanawiając się co powinna zrobić.
Mimo, że pożary były bezsprzecznie czymś okropnym, tak nie odnotowała w swoim życiu większych strat z tego powodu. Być może jedynie mieszkanie na Horyzontalnej w którym ulokowała część swoich wspomnień. Pamiętała swoją minę, gdy przenieśli się do domu Lorraine, a na własne pytanie kiedy wrócą do domu - okazało się, że już tam nie wrócą. To było jedyne czego było jej szkoda, chociaż dobrze wiedziała, że to kwestia sentymentu. Zerknęła na kuzynkę, gdy postanowiła uchylić rąbka tajemnicy apropo jej życia po pożarach, aczkolwiek rozmowa zaraz przeszła w kierunku masy, a nie konkretów co było bezpieczne, acz ciut frustrujące
-U mnie dobrze, nie mam na co narzekać. - rzuciła lekko z nonszalancką miną, sięgając po perliczkę.
W jej życiu zmiany zaczęły się już w sierpniu, a to co miała teraz było jedynie kontynuacją ów zmian.
Bo chociaż jej życie wywróciło się do góry nogami, to pozostawało szczęśliwe, nawet jeśli ciut zbyt chaotyczne. Nie czuła potrzeby mówić więcej, bo nie powinno wyznawać myśli na głos przed ogółem. Niemniej jednak Alexander nie był ogółem i wiedział ciut więcej niż pozostali i nie potrzebował do tego trzeciego oka. W końcu Mulciberówna była bardzo częstym gościem w Mulciber Manor, pojawiając się tam na tyle często, że powinno jej się odebrać status gościa. I chociaż nie mówiła mu o wszystkim, to ten wiedział, że jest w dobrej kondycji, nawet jeśli ostatnio bywała przemęczona co tłumaczyła pracą. Mimo to zawsze szukała okazji, aby wciągnąć go czy to słownie czy listownie w kolejną dyskusje na tematy życia i śmierci, dzieląc się mniej lub bardziej oderwanymi przemyśleniami.
Faktycznie, nie obeszło się bez strat, aczkolwiek zawsze są jakieś straty... A jednak tragedie i nieszczęścia mimo wszystko napędzają biznes, o czym zdążyła już porozmawiać z Bunią. Gdy Londyn płonął, wielu zwykłych obywateli straciło rozum.. zaczęły się napaści, rozboje i rabunki... wraz ze świtem ludzie szukają sprawiedliwości za krzywdy. A to było dla niej na rękę, mimo iż początkowo rzeczywiście w kancelarii zrobił się rozgardiasz, to jednak pracy było więcej, a wraz z nią więcej doświadczenia. I chociaż była zmęczona, a obowiązki często zabierała ze sobą do domu, to nie śmiała narzekać. A jednak tego typu opinią podzieliła się ze swoją przełożoną, po cóż miałaby więc mówić to tu. Szczególnie, że wyznanie to nie było mile widzianym na tle wspominanych tragedii. Nie popierała tego typu katastrof, a ktoś mógłby wysnuć niesłuszne wnioski.
Nabiła fragment mięsa na widelec, wsuwając go do ust, słuchając wywodu prababci.
-Niestety jeszcze długa droga przed nami... - stwierdziła, przenosząc wzrok na Philomene. Seniorka dobrze wiedziała co ta ma na myśli. Za część tragedii odpowiadali nie śmierciożercy, a zwykli ludzie, którzy poczuli się bezkarni, zaczęli uskuteczniać samosądy na ulicach. Bo to ich teraz ścigało prawo, gdy pokrzywdzeni uchodzili z życiem.
Przeniosła wzrok na Selinę, zaraz na Lorien, a jednak nim zdążyła chociażby rozchylić usta, rozległ się głos jej ojca
Scarlett nigdzie z Tobą nie pójdzie.
Na moment zastygła w bezruchu, a jednak nie trwało to dłużej niż chwilę. Odzwyczaiła się, nawet nie sądziła, że tak bardzo.
Dlatego tak kochała Baldwina, nawet jeśli nie nazywała tego miłością. Kochała wolność, którą jej dawał.
Bo On nigdy nie decydował za nią, nigdy nie narzucał własnego zdania i była pewna, że jako mąż, być może nie jej, ale kogoś na pewno - byłby dokładnie taki sam.
Nie musiał się z nią zgadzać, nie musiał lubić jej wyborów, ale dawał jej przestrzeń i wspierał każdy z nich. Nawet jeśli ten w jego oczach był wybitnie beznadziejny.
Dlatego też teraz poczuła się urażona, ugodzona czymś nieprzyjemnym w nie tyle serce co... w coś innego, w coś co nie do końca potrafiła nazwać.
Czy było jej przykro? Poczuła się zapewne zlekceważona, potraktowana niczym bezrozumne dziecko... a może po prostu jak kobieta w oczach tego jakże wspaniałego rodu?
A jednak pamiętała, aby szczelnie dopiąć wyimaginowany kaganiec. Bo na co to wszystko? Na cóż byłoby teraz coś mówić?
To co teraz powie, to co teraz mówią wszyscy dookoła, nijak miało się do rzeczywistości, która wychylała się zza rogu.
-Tato, wystarczy - wyznała spokojnie, kładąc dłoń na ramieniu Richarda. W głowie energicznie przetasowywała paragrafy, zastanawiając się co powinna zrobić.