07.12.2025, 20:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.12.2025, 21:06 przez William Lestrange.)
Nie był pewien jak się czuć. Rozpoznawanie barw na palecie emocji było mu obce, poruszał się po omacku, zgadywał i błądził, dotykając mokrych ścian ślepych zaułków. Ale czy musiał czuć się jakkolwiek? Idiotyzm wymogu przebiegł dreszczem po plecach, gdy przekroczył próg posiadłości. Mógł być świadom procesów, rozumieć skąd bierze się stres i dyskomfort, ale panowanie nad czymś, co dopiero zaczęło się pojmować wydawało się celem nieosiągalnym; nie chciał przystawać na duszeniu w sobie emocji i reakcji, chciał je zrozumieć.
W ostatnich tygodniach płacz wydawał mu się najtrafniejszą odpowiedzią na kłębiące się w głowie myśli; wolność nie polegała na wypełnianiu bezkresnego oceanu słoną goryczą łez, a na swobodnym przepływie wody przez inne kanały. Nie liczyło się w co jest ubrany, jak odbiorą go inni, ani nawet co powiedzą. Ciężar dziedzictwa uniesiony z ramion skutkowało możliwością zaczerpnięcia świeżego powietrza, pozostawienia drzwi do zatęchłej piwnicy otwartymi po raz pierwszy od zbyt wielu miesięcy.
Toteż płakał i czuł się z tym bardzo dobrze.
Ubrana w zaskakująco ciepłą biel sylwetka Primrose przyniosła zszarpanemu komfortowi ukojenie; znajomy, podprogowy stres emanujący od kobiety pogładził napuszony balans Williama. Nie mógł tego udowodnić i, nie był pewien, czy nie przekłada na innych swoich własnych odczuć, ale podejrzewał, że cała uroczystość była dla niej równie nieprzyjemna, co dla niego.
Nie odsunął się, gdy jej ramiona zamknęły go w przywitalnym uścisku, choć spiął się odrobinę, nie będąc tym, który inicjuje dotyk, czuł jego nagłą niepewność. Mimo to, uśmiechnął się - nie było powodu, aby poddawać się nieprzyjemnym myślom, nawet jeżeli całkowicie ich nie odrzucał. Nie mogły być motywem przewodnim, chociaż pozostawały jego częścią.
- I wzajemnie - odparł dopiero, gdy kobieta pozwoliła mu dojść do słowa. Musiał odkaszlnąć, bo nieprzyzwyczajone do tak częstego używania struny głosowe zdawały się rzęzić, błagając o nawilżenie.
- Dobrze wyglądasz - dodał, trochę bezmyślnie, ale słowa same opuściły jego usta, toteż uznał, że tak miało być. Ugryzł się w język, hamując lawinę skrępowanego tłumaczenia, które zazwyczaj następowało po tym, jak obdarował rozmówce komplementem.
- Przyjdzie - zaprzeczył podejrzeniom - Coś ją zatrzymało. Po pożarach mamy problem z domem, toteż wszystko jest porozrzucane po różnych lokalizacjach i mieliśmy problem z logistyką. - skłamał, czując jak żołądek podchodzi mu do gardła. Postanowili z Eden, że ubiorą dobra minę do złej gry, co dla blondynki było po prostu kolejnym wtorkiem, a dla niego... nie lada wysiłkiem. - Chcę na nią poczekać zanim wejdę do środka, ale jeżeli ty nie chcesz być jeszcze bardziej spóźniona to idź przodem. Nie sądzę też, że cokolwiek zepsujemy, jeżeli poczekamy kolejne 10 minut. A jeżeli tak... to cóż, najwyżej zjemy zimne przystawki - wzruszył ramionami, niespecjalnie go to interesowało, zupełnie jak jakakolwiek prawdopodobna złość ojca.
- Wszystko w porządku? Nie miałem okazji zapytać po, no wiesz ... - urwał na chwilę i uciekł spojrzeniem, czując, że nie wytrzyma utrzymywania kontaktu wzrokowego ani sekundy dłużej - pożarach i tym wszystkim. Powinniśmy w ogóle ten temat poruszać przy stole? Chyba nie - ostatnie zdanie dodał trochę ściszonym tonem, ale nie brzmiał na przestraszonego, ot, chciał uniknąć bezsensownego stresu.
W ostatnich tygodniach płacz wydawał mu się najtrafniejszą odpowiedzią na kłębiące się w głowie myśli; wolność nie polegała na wypełnianiu bezkresnego oceanu słoną goryczą łez, a na swobodnym przepływie wody przez inne kanały. Nie liczyło się w co jest ubrany, jak odbiorą go inni, ani nawet co powiedzą. Ciężar dziedzictwa uniesiony z ramion skutkowało możliwością zaczerpnięcia świeżego powietrza, pozostawienia drzwi do zatęchłej piwnicy otwartymi po raz pierwszy od zbyt wielu miesięcy.
Toteż płakał i czuł się z tym bardzo dobrze.
Ubrana w zaskakująco ciepłą biel sylwetka Primrose przyniosła zszarpanemu komfortowi ukojenie; znajomy, podprogowy stres emanujący od kobiety pogładził napuszony balans Williama. Nie mógł tego udowodnić i, nie był pewien, czy nie przekłada na innych swoich własnych odczuć, ale podejrzewał, że cała uroczystość była dla niej równie nieprzyjemna, co dla niego.
Nie odsunął się, gdy jej ramiona zamknęły go w przywitalnym uścisku, choć spiął się odrobinę, nie będąc tym, który inicjuje dotyk, czuł jego nagłą niepewność. Mimo to, uśmiechnął się - nie było powodu, aby poddawać się nieprzyjemnym myślom, nawet jeżeli całkowicie ich nie odrzucał. Nie mogły być motywem przewodnim, chociaż pozostawały jego częścią.
- I wzajemnie - odparł dopiero, gdy kobieta pozwoliła mu dojść do słowa. Musiał odkaszlnąć, bo nieprzyzwyczajone do tak częstego używania struny głosowe zdawały się rzęzić, błagając o nawilżenie.
- Dobrze wyglądasz - dodał, trochę bezmyślnie, ale słowa same opuściły jego usta, toteż uznał, że tak miało być. Ugryzł się w język, hamując lawinę skrępowanego tłumaczenia, które zazwyczaj następowało po tym, jak obdarował rozmówce komplementem.
- Przyjdzie - zaprzeczył podejrzeniom - Coś ją zatrzymało. Po pożarach mamy problem z domem, toteż wszystko jest porozrzucane po różnych lokalizacjach i mieliśmy problem z logistyką. - skłamał, czując jak żołądek podchodzi mu do gardła. Postanowili z Eden, że ubiorą dobra minę do złej gry, co dla blondynki było po prostu kolejnym wtorkiem, a dla niego... nie lada wysiłkiem. - Chcę na nią poczekać zanim wejdę do środka, ale jeżeli ty nie chcesz być jeszcze bardziej spóźniona to idź przodem. Nie sądzę też, że cokolwiek zepsujemy, jeżeli poczekamy kolejne 10 minut. A jeżeli tak... to cóż, najwyżej zjemy zimne przystawki - wzruszył ramionami, niespecjalnie go to interesowało, zupełnie jak jakakolwiek prawdopodobna złość ojca.
- Wszystko w porządku? Nie miałem okazji zapytać po, no wiesz ... - urwał na chwilę i uciekł spojrzeniem, czując, że nie wytrzyma utrzymywania kontaktu wzrokowego ani sekundy dłużej - pożarach i tym wszystkim. Powinniśmy w ogóle ten temat poruszać przy stole? Chyba nie - ostatnie zdanie dodał trochę ściszonym tonem, ale nie brzmiał na przestraszonego, ot, chciał uniknąć bezsensownego stresu.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated