08.12.2025, 10:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.12.2025, 10:17 przez Christopher Rosier.)
Na całe szczęście, kolejny występ muzyczny rozpoczął się dopiero, kiedy Christopher swój zakończył: inaczej istniała całkiem spora szansa, że poszedłby wytargać kuzyna za szatę, oburzony, że ten psuje mu moment. Rosier jednak zakończył śpiewy, ludzie, którzy się mu przypatrywali, zaczynali już odwracać spojrzenia, nie miał więc nic przeciwko temu, że kto inny ściągnął teraz na siebie uwagę. Zwłaszcza, że to on był pierwszy, więc to zrobiło największe wrażenie, prawda?
Wyciągnął drugą rękę, by podtrzymać Victorię, gdy opadła z powrotem na posadzkę. Utrzymała równowagę całkiem nieźle, a że sobie przy tym pomogła obejmując ją – czy był młody, wolny mężczyzna, który mógłby mieć pretensje o coś takiego? Jeżeli tak, to zdaniem Christophera musiałby być straszliwym dziwakiem.
Być może Rosier nawet uśmiechnął się trochę głupio, ale trwało to zaledwie sekundę i było trudne do zauważenia.
– Nic nie zaszkodzi – zapewnił, przez chwilę ją obejmując, zanim cofnął dłoń, a potem na powrót zaoferował jej ramię, ponownie wcielając się w rolę perfekcyjnego, angielskiego dżentelmena. – Wszystko dobrze? Może chodźmy nieco dalej od wejścia? Nie chciałbym dostać w twarz skrzydłem. Chyba, że oczywiście, to będzie twoje skrzydło.
Chociaż trzeba przyznać, że Christopherowi przeszło przez głowę, że powinni zająć strategiczne miejsca, umożliwiające obserwowanie wejścia, bo efekty specjalne drinków Lestrangów były bardzo interesujące, jak długo nie dotyczyły ciebie. Bardzo chciałby zobaczyć na przykład swojego dziadka, zmuszonego do wyśpiewania serenady albo ciotkę Lucindę, gdyby wyrośnięcie skrzydeł uszkodziło tył jej sukni balowej – na całe szczęście w przypadku Victorii nie doszło do takiej zbrodni (na wszelki wypadek, gdy się zatrzymali, nawet mało elegancko może, ale zerknął, by się upewnić), bo Christopher bardzo, bardzo by się zdenerwował.
– To było… interesujące, ale muszę przyznać, że nie jestem pewien, czy teraz odważę się sięgnąć po płonące drinki – ocenił jeszcze, rozglądając się po Sali za innymi aniołami i śpiewakami, zanim jego wzrok na moment zatrzymał się na barku. A potem przez jego częściowo zakrytą twarz przebiegł lekki uśmiech.
Może odrobinę złośliwy.
– Przynajmniej dopóki nie zobaczę, jakie efekty wywrą na innych.
W końcu istniała możliwość, że nie będą tak spektakularne, jak tych eliksirów rozdawanych na wejściu. Albo będzie wręcz odwrotnie. I tu odzywała się jego Ślizgońska natura, szepcąca, że bardzo chętnie to zobaczy.