Wosk spokojnie spływał ze strzelistej sylwety świecy, oblepiając kandelabr miękką, przejrzystą bielą. Płomień drgał niepewnie, wzburzając szarawą mgłę, prędko rozpraszającą się w eterze; migotliwa osobliwość ściągała wzrok równie mocno, co obecność muchy, lawirującej między ramionami świecznika – nie trwało to jednak nazbyt długo, gdyż gwałtowne zamknięcie ciężkiej księgi spłoszyło owada. Teraz żaden nie przysłuchiwał się bacznie ich rozmowie; konwersacji odartej z intymności przez byle muchę.
Dopiero po chwili uniosła wzrok, lokując go w osobie Rookwooda. Przejrzysta, piwna toń pozostawała mętna w swym okazie; nie wykazywała się iskrami zainteresowania tudzież zbytniego przejęcia rozmową – nie było to jednak niczym osobliwym w jej butnej, aroganckiej osobowości. Już od jakiegoś czasu krążyły po murach hogwardzkich plotki, jakoby jej głębokie wejrzenie miało zamieniać w kamień; na wzór tej przeklętej, mitologicznej Meduzy. Sama nie dementowała pogłosek, pozwalając im żyć swobodnie we własnym bycie.
– Ja? Myślę, że to oczywiste, że się nim brzydzę – odparowała, spojrzenie ponownie lokując w obwolucie księgi.
Po spopielonych sekundach jednak, zatrzymała wzrok na obliczu Ulyssesa; zupełnie, jakby nie wiedziała, co zrobić z rozbieganym spojrzeniem. Choroba Milforda była nie tyle błogosławieństwem, co przekleństwem. Przebodźcowany umysł skłaniał się coraz częściej do zamierania w chwili przyswajania zbyt dużej dozy informacji. Prędko jednak otrząsnęła się z niewiadomego marazmu, wsłuchując w kolejne słowa, opuszczające jego wargi.
– Dlatego przyszedłeś tutaj. Do zakurzonej biblioteki, o której w porach majowych są tylko zupełne odludki. Prawdopodobnie właśnie obrażam samą siebie, jednak… – zamilkła na moment – …nie nawykłam do kłamstw – dodała po chwili, właśnie tę deklarację odziewając w barwne kłamstwo.
Bo przecież zawsze dążyła po trupach do celu; nie brzydziła się ani kłamstwem, ani oszustwem, uznając swój cel za wartość nadrzędną i najwyższą. Jeśli ktokolwiek stanąłby na jej drodze – byłaby gotowa bez zawahania go uśmiercić. I chociaż w wieku szesnastoletnim ambicja nie grała tak ogromnej roli, jak w życiu dorosłym, lubiła rywalizację i zakłady, co miało się w pewnym momencie przerodzić w żyłkę do hazardu.
– Nie boję się chyba niczego. Mam wrażenie, że nic mnie już nie zaskoczy – odparła na pytanie. Istotnie, chociaż rozczytywanie gwiazd było wyjątkowo frapujące, nie wierzyła, iż cokolwiek na niebie czy ziemi zdoła ją zaskoczyć.