09.12.2025, 08:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2025, 08:29 przez Alexander Mulciber.)
"Nikt taki", odpowiedziała Lorien na pytanie zadane przez jego matkę. Może i odpowiedziała jego matce, ale odpowiedź należała się jemu. Słowa skierowane były przecież w stronę Alexandra. Nie mógł opisać tego co czuł, gdy zrozumiał, że Lorien mówi o Donaldzie. Gdy zrozumiał, że nie użyła nawet jego imienia. Nikt taki, powiedziała. Nikt ważny. Nawet teraz Alexander unikał wypowiadania imienia Donalda na głos. Może był przesądny. A może po prostu się bał. Nie sądził, żeby kiedykolwiek przestał się go bać. A jednak... Nikt taki, powiedziała Lorien. Nikt istotny. Nikt istotny w jej życiu.
Nikt.
Alexander Mulciber często powtarzał, że jest nikim. "Nikt" czaiło się zawsze na końcu języka, gdy ktoś wypytywał o jego tożsamość, o jego imię. Wiedział jednak, że nie może już dłużej chować się za tym starym sentymentem. Za plecami swego brata, o którym zawsze mówiono, że urodził się, żeby być "kimś".
Ale nie o Donaldzie w tym momencie myślał Alexander. Myślał o tym, jak wiele dałby kiedyś, żeby usłyszeć te słowa z ust Lorien. Jak wiele wciąż dla niego znaczyły. Myślał o tym, że wcale na te słowa nie zasłużył, a jednak były jego. Wszystko tutaj było jego. Jego ród. Jego sygnet. Jego przekleństwo. Jego była nawet Lorien.
Odwrócił od niej głowę, wiedząc, że po tym cichym wyznaniu, o którego wadze nie miała poza nimi pojęcia żadna ze zgromadzonych przy stole osób, nic nie będzie w stanie zburzyć spokoju, jaki uczuł.
Alexander Mulciber czuł tylko i wyłącznie spokój.
–––
Oto dostaliście niepowtarzalną szansę na zjednanie go sobie. Bo czy istniał doskonalszy moment na uzyskanie względów głowy rodu? Proste pytanie, odpowiedzią na które mogliście zdobyć przychylność Alexandra, jeżeli już się nią nie cieszyliście. Okazał wam swoje zainteresowanie, poświęcił wam czas... Czy jednak wykorzystaliście go mądrze?
Zaczęło się całkiem obiecująco.
"Niektórzy odnoszą wrażenie, że..." Alexander przymrużył delikatnie oczy, jak gdyby rozbawiły go słowa Charlotte. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Lorien, bo przypominało mu to jej charakterystyczną manierę z czasów dzieciństwa, wciąż jeszcze niekiedy obecną w wypowiedziach siostry. Lorien uwielbiała bowiem rozpoczynać zdanie od "ktoś kiedyś powiedział...". Tylko że zwykle tym kimś była ona sama. To była okazja, aby powtórzyć na głos swoje przemądrzałości, przydając im należnej powagi. I chociaż młody Alex żartował z niej czasem, że znowu mówi bez stosownych przypisów ("ależ pani mecenas, proszę najpierw podać źródło cytatu i numer sprawy!"), po latach bliższy był czułości niż kpinie, gdy o tym wspominał. Czyżby Charlotte spędzała tak dużo czasu z Lorien, żeby przejąć jej manieryzmy? Bogowie dopomóżcie, aby wzięła sobie za cel naśladować spryt Lorien, a nie jej upór.
– Nie używaj słowa "niektórzy", jeżeli wyrażasz opinię, która jest twoją – upomniał Charlotte tym charakterystycznym tonem, który tak dobrze zdążyła już poznać Scarlett. Tonem niemal ojcowskim, tchnącym czymś na kształt szorstkości, ale i mentorstwa. A jednak bardziej niż swojego ojca Alexander przypominał teraz siedzącą u jego boku babkę. – Jeżeli zaś nie jest twoja... Czy jest w ogóle warta powtarzania na głos? – Wiele Alexander mówił Scarlett o konieczności posługiwania się językiem precyzyjnym, co nie wynikało jednak z przywiązania do litery prawa, która dla dużej części zgromadzonej przy stole rodziny była przecież świętością. Nie, Alexander zwracał uwagę na aparat pojęciowy, jakim się posługiwał z czysto naukowej potrzeby opisywania świata w sposób usystematyzowany, pozwalający na weryfikację obserwowanych zjawisk. A biorąc pod uwagę, jak często nie można było odróżnić w jego ustach kłamstwa od prawdy... Nie można było zarzucić Mulciberowi braku konsekwencji. Wyjątkowo sprawnie wykorzystywał bowiem nieskorygowane w dyskusji luki pojęciowe, aby nie powiedzieć absolutnie niczego konkretnego na swój temat. Ale taka była przecież natura jasnowidza, wiecznie mówić zagadkami.
Delikatne rozbawienie obecne w drgnieniu kącików ust szybko ustąpiło jednak miejsca powadze. Widać, że już nie żartuje, gdy pociągnął temat dalej.
– Moja dobra przyjaciółka, Eden Malfoy, zajmuje się handlem nieruchomościami. Napiszę do niej. Z pewnością zaopiekuje się tobą. Pomoże ci znaleźć odpowiednie lokum. Przystające, jak to ujęłaś, gustom panny z tak znamienitego rodu. – Alexander skinął głową Charlotte. Niezależnie od jej reakcji na tę propozycję, nie zmienił choćby na chwilę wyrazu twarzy. Już wypowiedział przecież swoją opinię.
–––
"Nie wierzę, że ktoś ze starych rodów przystałby na tak plugawą ideę jak spopielenie bezcennych zabytków i serca magicznej kultury jaką jest nasza ulica Pokątna."
– Na szczęście ocalonych zostało wiele innych miejsc istotnych z punktu widzenia społeczności magicznej – dołączył się do rozmowy Alexander, powracając do swojego zwyczajowego, tchnącego monotonią tonu jasnowidza. – Co napawa optymizmem biorąc pod uwagę, że ataki musiały być jednak w jakiś sposób koordynowane. Wystarczy spojrzeć na trasę "Zadrapania". Oszczędzono najważniejsze ośrodki naukowe, Oxford, Cambridge... Choć rzeczywiście, przykre, że ucierpiała moja ulubiona księgarnia. Ta na skrzyżowaniu z Pokątną, blisko redakcji Proroka... Przynajmniej oni po tym wszystkim poszli po rozum do głowy – skomentował słowa babki, gdy ta zapowiedziała premierę swojego nowego artykułu. Wydawał się tematem uprzejmie zainteresowany. – Nie dalej jak kilka dni przed pożarami mówiłem Lorien, że rozważam cofnięcie im prenumeraty przez wzgląd na tych szukających taniej sensacji pismaków, którym pozwala się wypuszczać szlam pod szyldem najznamienitszej gazety w Anglii. Dobrze słyszeć, że porzucili te praktyki. Szkoda, że ramówkę przemyśleli dopiero pod wpływem ataków terrorystycznych. Wreszcie jakaś porządna publikacja w zalewie podrzędności... Wyszliśmy od skorowidza czystości krwi, jaki temat podejmiesz, babciu, w następnym artykule?
–––
Potem było tylko gorzej.
Gdy Richard osuszył dla kurażu swój puchar z winem, Alexander popatrzył na niego z czymś na kształt politowania. W tym momencie bardziej niż kiedykolwiek przypominał mu Roberta. Wysłuchał go jednak, powstrzymując się od zabierania głosu. Pozwolił nawet wypowiedzieć się babce, nie przerywając jej perorze. A potem, zupełnie niewzruszony, zaczął odpowiadać na argumenty Richarda. Od końca, do początku.
– Lorien należy do naszej rodziny. Należała do niej zanim jeszcze wyszła za mąż za twojego brata – odpowiedział spokojnie, w ten szczególny, nieznoszący sprzeciwu sposób, w jaki mówił każdy mężczyzna pewien swojej władzy. Jak gdyby nie istniał świat, w którym jego wola nie byłaby świętością. – Lorien siedziała obok mnie przy tym stole, gdy jeszcze jako rozbrykane dzieci kołysaliśmy się na kolanach u mego ojca. I Lorien będzie tutaj siedzieć. Nie wiem, kto miałby jej odmówić prawa głosu. Nie ty decydujesz, kto zabiera głos w tym domu. W tej rodzinie. – Mówiąc to wszystko, Alexander nie podniósł nawet głosu. Nie musiał. – Co ty zresztą wiesz o tej rodzinie, Richardzie? Z tego co mi wiadomo, to twój pierworodny stwierdził ostatecznie zgon twojego brata. Jak Lorien miałaby więc mieć z tym cokolwiek wspólnego, skoro twój własny syn orzekł, że stryj jego umarł z przyczyn naturalnych? Jakże to o nim świadczy, kiedy jako ojciec podważasz opinię własnego synowca. Jakże to świadczy o tobie. – Zimne oczy jasnowidza wpijały się nieprzerwanie w twarz Richarda, tak podobną do twarzy Roberta. – Drugi twój syn skarżył mi się, gdy twój brat uznał, że najlepiej będzie wyrzucić go "z domu, z rodziny, z życia". Skarżył mi się, że jego kochający ojciec nie stanął po jego stronie. Że sam pragnął go wydziedziczyć. A twoja córka? Nie widzisz, że przynosisz Scarlett wstyd? Gdy ty trwałeś pogrążony w swej żałobie, zajęli się nią zaprawieni prawnicy zasiadający przy tym stole, lepiej niż ja wyjaśnić więc może, jakie zarzuty grożą za rzucanie bezpodstawnych oskarżeń.
Alexander pokręcił głową tak, jak gdyby karcił nieposłusznego psa, który obsrał kanapę.
– Jeżeli szukasz winnych śmierci swego brata, poszukaj ich w barku stojącym w rogu salonu. Poszukaj pośród pustych butelek whisky. Może znajdziesz tam rocznik 30, z niewielkiej destylarni w Cork. To była jego ulubiona, prawda? – spytał łagodnie Alex, jak gdyby wspominał z nostalgią upodobania utraconego przyjaciela. Robert nie był jego przyjacielem. A jednak to, że wiedział o nim tak wiele, było zatrważające. Tak samo jak i to, że głośno mówił o jego rosnącej zależności od alkoholu. Zbyt dobrze znał przecież jej oznaki z autopsji.
Władczym gestem przywołał do siebie służącego.
– Przynieś najlepszą whisky, jaką mamy. Może być ta, którą trzymał na wyjątkowe okazje tata. W końcu okazja jest wyjątkowa. – Kazał służbie nalać whisky Richardowi. Tylko Richardowi. Więcej, warknął przy tym ostro, chociaż na jego twarzy wciąż gościł ten przyjemny, niefrasobliwy niemal wyraz spokoju. Być może rzeczywiście Alexander był szalony. Było w jego oczach coś przerażającego, gdy się uśmiechnął. Po raz pierwszy odkąd zasiadł przy tym stole.
– Wypij toast za zdrowie Lorien. Za zdrowie kobiety, którą winieneś nazywać siostrą – powiedział Alexander, cedząc uważnie każde słowo, jakie wychodziło spomiędzy jego ust. Zacisnął dłoń przyozdobioną rodowym sygnetem na swojej szklance, do której również kazał nalać whisky. – Wypiję z tobą. A jeżeli nie wypijesz ze mną, możesz równie dobrze opuścić mój dom.
Ale jeżeli jeszcze raz nazwiesz ją inaczej, mówił jego uśmiech, bo Alexander wciąż uśmiechał się lekko, czekając na decyzję Richarda, utopię cię w kadzi tej whisky. W samym sercu tej jebanej destylarni w Cork. A potem zbiorę whisky z trupim jadem, i rozleję je cygańskim zwyczajem na grobie twego brata, żebyście wreszcie mogli być razem.
Nikt.
Alexander Mulciber często powtarzał, że jest nikim. "Nikt" czaiło się zawsze na końcu języka, gdy ktoś wypytywał o jego tożsamość, o jego imię. Wiedział jednak, że nie może już dłużej chować się za tym starym sentymentem. Za plecami swego brata, o którym zawsze mówiono, że urodził się, żeby być "kimś".
Ale nie o Donaldzie w tym momencie myślał Alexander. Myślał o tym, jak wiele dałby kiedyś, żeby usłyszeć te słowa z ust Lorien. Jak wiele wciąż dla niego znaczyły. Myślał o tym, że wcale na te słowa nie zasłużył, a jednak były jego. Wszystko tutaj było jego. Jego ród. Jego sygnet. Jego przekleństwo. Jego była nawet Lorien.
Odwrócił od niej głowę, wiedząc, że po tym cichym wyznaniu, o którego wadze nie miała poza nimi pojęcia żadna ze zgromadzonych przy stole osób, nic nie będzie w stanie zburzyć spokoju, jaki uczuł.
Alexander Mulciber czuł tylko i wyłącznie spokój.
–––
Oto dostaliście niepowtarzalną szansę na zjednanie go sobie. Bo czy istniał doskonalszy moment na uzyskanie względów głowy rodu? Proste pytanie, odpowiedzią na które mogliście zdobyć przychylność Alexandra, jeżeli już się nią nie cieszyliście. Okazał wam swoje zainteresowanie, poświęcił wam czas... Czy jednak wykorzystaliście go mądrze?
Zaczęło się całkiem obiecująco.
"Niektórzy odnoszą wrażenie, że..." Alexander przymrużył delikatnie oczy, jak gdyby rozbawiły go słowa Charlotte. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Lorien, bo przypominało mu to jej charakterystyczną manierę z czasów dzieciństwa, wciąż jeszcze niekiedy obecną w wypowiedziach siostry. Lorien uwielbiała bowiem rozpoczynać zdanie od "ktoś kiedyś powiedział...". Tylko że zwykle tym kimś była ona sama. To była okazja, aby powtórzyć na głos swoje przemądrzałości, przydając im należnej powagi. I chociaż młody Alex żartował z niej czasem, że znowu mówi bez stosownych przypisów ("ależ pani mecenas, proszę najpierw podać źródło cytatu i numer sprawy!"), po latach bliższy był czułości niż kpinie, gdy o tym wspominał. Czyżby Charlotte spędzała tak dużo czasu z Lorien, żeby przejąć jej manieryzmy? Bogowie dopomóżcie, aby wzięła sobie za cel naśladować spryt Lorien, a nie jej upór.
– Nie używaj słowa "niektórzy", jeżeli wyrażasz opinię, która jest twoją – upomniał Charlotte tym charakterystycznym tonem, który tak dobrze zdążyła już poznać Scarlett. Tonem niemal ojcowskim, tchnącym czymś na kształt szorstkości, ale i mentorstwa. A jednak bardziej niż swojego ojca Alexander przypominał teraz siedzącą u jego boku babkę. – Jeżeli zaś nie jest twoja... Czy jest w ogóle warta powtarzania na głos? – Wiele Alexander mówił Scarlett o konieczności posługiwania się językiem precyzyjnym, co nie wynikało jednak z przywiązania do litery prawa, która dla dużej części zgromadzonej przy stole rodziny była przecież świętością. Nie, Alexander zwracał uwagę na aparat pojęciowy, jakim się posługiwał z czysto naukowej potrzeby opisywania świata w sposób usystematyzowany, pozwalający na weryfikację obserwowanych zjawisk. A biorąc pod uwagę, jak często nie można było odróżnić w jego ustach kłamstwa od prawdy... Nie można było zarzucić Mulciberowi braku konsekwencji. Wyjątkowo sprawnie wykorzystywał bowiem nieskorygowane w dyskusji luki pojęciowe, aby nie powiedzieć absolutnie niczego konkretnego na swój temat. Ale taka była przecież natura jasnowidza, wiecznie mówić zagadkami.
Delikatne rozbawienie obecne w drgnieniu kącików ust szybko ustąpiło jednak miejsca powadze. Widać, że już nie żartuje, gdy pociągnął temat dalej.
– Moja dobra przyjaciółka, Eden Malfoy, zajmuje się handlem nieruchomościami. Napiszę do niej. Z pewnością zaopiekuje się tobą. Pomoże ci znaleźć odpowiednie lokum. Przystające, jak to ujęłaś, gustom panny z tak znamienitego rodu. – Alexander skinął głową Charlotte. Niezależnie od jej reakcji na tę propozycję, nie zmienił choćby na chwilę wyrazu twarzy. Już wypowiedział przecież swoją opinię.
–––
"Nie wierzę, że ktoś ze starych rodów przystałby na tak plugawą ideę jak spopielenie bezcennych zabytków i serca magicznej kultury jaką jest nasza ulica Pokątna."
– Na szczęście ocalonych zostało wiele innych miejsc istotnych z punktu widzenia społeczności magicznej – dołączył się do rozmowy Alexander, powracając do swojego zwyczajowego, tchnącego monotonią tonu jasnowidza. – Co napawa optymizmem biorąc pod uwagę, że ataki musiały być jednak w jakiś sposób koordynowane. Wystarczy spojrzeć na trasę "Zadrapania". Oszczędzono najważniejsze ośrodki naukowe, Oxford, Cambridge... Choć rzeczywiście, przykre, że ucierpiała moja ulubiona księgarnia. Ta na skrzyżowaniu z Pokątną, blisko redakcji Proroka... Przynajmniej oni po tym wszystkim poszli po rozum do głowy – skomentował słowa babki, gdy ta zapowiedziała premierę swojego nowego artykułu. Wydawał się tematem uprzejmie zainteresowany. – Nie dalej jak kilka dni przed pożarami mówiłem Lorien, że rozważam cofnięcie im prenumeraty przez wzgląd na tych szukających taniej sensacji pismaków, którym pozwala się wypuszczać szlam pod szyldem najznamienitszej gazety w Anglii. Dobrze słyszeć, że porzucili te praktyki. Szkoda, że ramówkę przemyśleli dopiero pod wpływem ataków terrorystycznych. Wreszcie jakaś porządna publikacja w zalewie podrzędności... Wyszliśmy od skorowidza czystości krwi, jaki temat podejmiesz, babciu, w następnym artykule?
–––
Potem było tylko gorzej.
Gdy Richard osuszył dla kurażu swój puchar z winem, Alexander popatrzył na niego z czymś na kształt politowania. W tym momencie bardziej niż kiedykolwiek przypominał mu Roberta. Wysłuchał go jednak, powstrzymując się od zabierania głosu. Pozwolił nawet wypowiedzieć się babce, nie przerywając jej perorze. A potem, zupełnie niewzruszony, zaczął odpowiadać na argumenty Richarda. Od końca, do początku.
Kondolencje dla was, bo przewaga Zastraszanie na pełnej kurwie. Gratulacje dla Richarda, który ma przewagę Odwaga.
– Lorien należy do naszej rodziny. Należała do niej zanim jeszcze wyszła za mąż za twojego brata – odpowiedział spokojnie, w ten szczególny, nieznoszący sprzeciwu sposób, w jaki mówił każdy mężczyzna pewien swojej władzy. Jak gdyby nie istniał świat, w którym jego wola nie byłaby świętością. – Lorien siedziała obok mnie przy tym stole, gdy jeszcze jako rozbrykane dzieci kołysaliśmy się na kolanach u mego ojca. I Lorien będzie tutaj siedzieć. Nie wiem, kto miałby jej odmówić prawa głosu. Nie ty decydujesz, kto zabiera głos w tym domu. W tej rodzinie. – Mówiąc to wszystko, Alexander nie podniósł nawet głosu. Nie musiał. – Co ty zresztą wiesz o tej rodzinie, Richardzie? Z tego co mi wiadomo, to twój pierworodny stwierdził ostatecznie zgon twojego brata. Jak Lorien miałaby więc mieć z tym cokolwiek wspólnego, skoro twój własny syn orzekł, że stryj jego umarł z przyczyn naturalnych? Jakże to o nim świadczy, kiedy jako ojciec podważasz opinię własnego synowca. Jakże to świadczy o tobie. – Zimne oczy jasnowidza wpijały się nieprzerwanie w twarz Richarda, tak podobną do twarzy Roberta. – Drugi twój syn skarżył mi się, gdy twój brat uznał, że najlepiej będzie wyrzucić go "z domu, z rodziny, z życia". Skarżył mi się, że jego kochający ojciec nie stanął po jego stronie. Że sam pragnął go wydziedziczyć. A twoja córka? Nie widzisz, że przynosisz Scarlett wstyd? Gdy ty trwałeś pogrążony w swej żałobie, zajęli się nią zaprawieni prawnicy zasiadający przy tym stole, lepiej niż ja wyjaśnić więc może, jakie zarzuty grożą za rzucanie bezpodstawnych oskarżeń.
Alexander pokręcił głową tak, jak gdyby karcił nieposłusznego psa, który obsrał kanapę.
– Jeżeli szukasz winnych śmierci swego brata, poszukaj ich w barku stojącym w rogu salonu. Poszukaj pośród pustych butelek whisky. Może znajdziesz tam rocznik 30, z niewielkiej destylarni w Cork. To była jego ulubiona, prawda? – spytał łagodnie Alex, jak gdyby wspominał z nostalgią upodobania utraconego przyjaciela. Robert nie był jego przyjacielem. A jednak to, że wiedział o nim tak wiele, było zatrważające. Tak samo jak i to, że głośno mówił o jego rosnącej zależności od alkoholu. Zbyt dobrze znał przecież jej oznaki z autopsji.
Władczym gestem przywołał do siebie służącego.
– Przynieś najlepszą whisky, jaką mamy. Może być ta, którą trzymał na wyjątkowe okazje tata. W końcu okazja jest wyjątkowa. – Kazał służbie nalać whisky Richardowi. Tylko Richardowi. Więcej, warknął przy tym ostro, chociaż na jego twarzy wciąż gościł ten przyjemny, niefrasobliwy niemal wyraz spokoju. Być może rzeczywiście Alexander był szalony. Było w jego oczach coś przerażającego, gdy się uśmiechnął. Po raz pierwszy odkąd zasiadł przy tym stole.
– Wypij toast za zdrowie Lorien. Za zdrowie kobiety, którą winieneś nazywać siostrą – powiedział Alexander, cedząc uważnie każde słowo, jakie wychodziło spomiędzy jego ust. Zacisnął dłoń przyozdobioną rodowym sygnetem na swojej szklance, do której również kazał nalać whisky. – Wypiję z tobą. A jeżeli nie wypijesz ze mną, możesz równie dobrze opuścić mój dom.
Ale jeżeli jeszcze raz nazwiesz ją inaczej, mówił jego uśmiech, bo Alexander wciąż uśmiechał się lekko, czekając na decyzję Richarda, utopię cię w kadzi tej whisky. W samym sercu tej jebanej destylarni w Cork. A potem zbiorę whisky z trupim jadem, i rozleję je cygańskim zwyczajem na grobie twego brata, żebyście wreszcie mogli być razem.
Odpis proponuję do 15 grudnia do godziny 23:59. Jak będzie obsuwa to się dogadamy. 

Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat