09.12.2025, 10:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2025, 10:42 przez Christopher Rosier.)
– Dzień dobry, Astorio – powitał ją Christopher, gotów ucałować jej dłoń, gdyby tę podała, ale i grzecznie nie wyciągając ręki jako pierwszy. Niektóre maniery miał głęboko zakodowane, przynajmniej gdy znajdował się w konkretnym towarzystwie, a teraz był w Galerii Sztuki Averych, umówione na oficjalne spotkanie.
Zlustrował ją spojrzeniem, jak zwykle najpierw zwracając uwagę na ubiór – zwyczaj u niego głęboko zakorzeniony, nad którym w ogóle się nie zastanawiał – a potem na całą resztę. Zwykle po tym powitaniu nastąpiłby jakiś drobny komplement, ale chociaż Christopher nie miał oporów przed drobnym naginaniem prawdy, nie lubił już komplementów bardzo nieszczerych. A ona nie była teraz najlepszą wersją siebie i pewnie doskonale o tym wiedziała.
Mimowolnie zastanowił się, czy Spalona Noc zostawiła ją w złym stanie fizycznym – z którym i on jakiś czas się borykał, choć doszedł już do siebie w ostatnich dniach – czy może na przykład ktoś z krewnych ucierpiał… po drugiej stronie? I zaraz tę myśl od siebie odsunął.
– Miło cię widzieć całą i zdrową – powiedział więc gładko zamiast czegoś w rodzaju „wyglądasz wspaniale”. Skrzywił się lekko, krótko, ledwo zauważalnie, gdy spytała, czy najgorsze go ominęło, gryząc się w język, by nie wygłosić żadnej gniewnej tyrady. Jego mieszkanie było zrujnowane, on sam się omal nie udusił, dalej musiał brać paskudny eliksir, wciąż nie udało się im wywietrzyć dokładnie Domu Mody Rosierów, jego ulubiona modelka zginęła, a choć miał niewiele stałych klientek – ze stałego wyboru – nagle kilka z nich pilnie potrzebowało strojów na Mabon i bal…
Ale żyli w świecie, w którym czasem należało uważać na słowa.
– Matka Księżyca mnie strzegła – stwierdził, zmuszając się do uśmiechu. – Niewiele brakowało, a dym, który ktoś chyba sprowadził zaklęciem pod mój dom, byłby mnie udusił, ale zdołałem się z niego wydostać. Niestety, moje mieszkanie ucierpiało nieco bardziej. Podobnie jak cenne przedmioty – dodał z westchnieniem, ręką wskazując na obraz, pod którego ciężarem wciąż uginał się skrzat. – Jak zaraz sama się przekonasz, to straszne, co stało się z moim Benettem z 1839 roku. Możesz go oprzeć o podłogę, Fąfel. Tylko ostrożnie – polecił, widząc, że ten ma pewien problem z utrzymaniem obrazu w odpowiedni sposób. Christopher nigdy nie znęcał się nad skrzatami, chociaż też zdecydowanie nie należał do tych, którzy darzyli je jakimś wielkim szacunkiem czy wdzięcznością. Wychowanie robiło swoje.
– Mam nadzieję, że nie ucierpiałaś bardzo tamtej nocy? Nie pogardzę herbatą. Na zewnątrz już zimno – zgodził się bez większego wahania na propozycję kobiety.
Zlustrował ją spojrzeniem, jak zwykle najpierw zwracając uwagę na ubiór – zwyczaj u niego głęboko zakorzeniony, nad którym w ogóle się nie zastanawiał – a potem na całą resztę. Zwykle po tym powitaniu nastąpiłby jakiś drobny komplement, ale chociaż Christopher nie miał oporów przed drobnym naginaniem prawdy, nie lubił już komplementów bardzo nieszczerych. A ona nie była teraz najlepszą wersją siebie i pewnie doskonale o tym wiedziała.
Mimowolnie zastanowił się, czy Spalona Noc zostawiła ją w złym stanie fizycznym – z którym i on jakiś czas się borykał, choć doszedł już do siebie w ostatnich dniach – czy może na przykład ktoś z krewnych ucierpiał… po drugiej stronie? I zaraz tę myśl od siebie odsunął.
– Miło cię widzieć całą i zdrową – powiedział więc gładko zamiast czegoś w rodzaju „wyglądasz wspaniale”. Skrzywił się lekko, krótko, ledwo zauważalnie, gdy spytała, czy najgorsze go ominęło, gryząc się w język, by nie wygłosić żadnej gniewnej tyrady. Jego mieszkanie było zrujnowane, on sam się omal nie udusił, dalej musiał brać paskudny eliksir, wciąż nie udało się im wywietrzyć dokładnie Domu Mody Rosierów, jego ulubiona modelka zginęła, a choć miał niewiele stałych klientek – ze stałego wyboru – nagle kilka z nich pilnie potrzebowało strojów na Mabon i bal…
Ale żyli w świecie, w którym czasem należało uważać na słowa.
– Matka Księżyca mnie strzegła – stwierdził, zmuszając się do uśmiechu. – Niewiele brakowało, a dym, który ktoś chyba sprowadził zaklęciem pod mój dom, byłby mnie udusił, ale zdołałem się z niego wydostać. Niestety, moje mieszkanie ucierpiało nieco bardziej. Podobnie jak cenne przedmioty – dodał z westchnieniem, ręką wskazując na obraz, pod którego ciężarem wciąż uginał się skrzat. – Jak zaraz sama się przekonasz, to straszne, co stało się z moim Benettem z 1839 roku. Możesz go oprzeć o podłogę, Fąfel. Tylko ostrożnie – polecił, widząc, że ten ma pewien problem z utrzymaniem obrazu w odpowiedni sposób. Christopher nigdy nie znęcał się nad skrzatami, chociaż też zdecydowanie nie należał do tych, którzy darzyli je jakimś wielkim szacunkiem czy wdzięcznością. Wychowanie robiło swoje.
– Mam nadzieję, że nie ucierpiałaś bardzo tamtej nocy? Nie pogardzę herbatą. Na zewnątrz już zimno – zgodził się bez większego wahania na propozycję kobiety.