09.12.2025, 20:03 ✶
W pobliżu stołu z płonącymi drinkami, z Atreusem
Przez ułamek sekundy niemal ją kusiło, żeby prowokować go dalej, ale miała pewne obawy, że wtedy wróciłby do tych koszy i próbował faktycznie podsunąć jej jedną z fiolek, optymalnie podobną do tej, którą sam wypił. Za to była chyba trochę ciekawa, czy faktycznie spróbuje zrealizować tę „obietnicę”, czy uleci mu z głowy ledwo przeminie część artystyczna w zasnutych mgłą i spowitych blaskiem salach balowych Lestrangów.
– Czego mam się bać? Że znowu zamienisz się w elfa i walniesz mnie w nos? – spytała żartobliwie, chociaż prawda była taka, że choć bez żadnych oporów pozwoliła, by pociągnął ją ku stołowi, na którym płonęły drinki, sama nie zamierzała sięgać po żadnego drinka. I to nie dlatego, że zamienienie się na chwilę w niewielkiego elfa stanowiłoby dla niej jakąś tragedię albo ujmę to na honorze czy nawet nie dlatego, że skutki bimbru Geralda Yaxleya wciąż pozostawały aż nazbyt żywe w jej pamięci, a jutro o świcie naprawdę wolałaby nie obudzić się na jakiejś farmie na drugim końcu kraju. Nie chciała, by coś wpłynęło na jej zmysły, i tego dnia tak jakby gościła na dworze elfów z opowieści – fae spod zielonych kurhanów, nie wróżek z Maida Valen – nie zamierzała jeść ani pić niczego, co serwowano gościom. Na całe szczęście, ani jej nie przeszkadzało, że on nie stronił od alkoholu, ani on nieszczególnie usiłował ten w nią wmuszać.
Wybrał czerwony jak krew, płonący szkarłatnym płomieniem. Brenna wpatrywała się w ten ogień przez trzy sekundy, z pełną premedytacją, jakby musiała udowodnić sama sobie, że może to zrobić i nie ucieknie. Że może już nie tylko… jako tako funkcjonować, ale nie wstrzymywać oddechu, ilekroć ktoś obok wyciągał papierosa, by go podpalić i nie bać się, czy nie oszaleje nagle, siedząc przy swoim biurku i analizując zeznania przesłuchiwanych w ostatniej sprawie.
– I jak? Smakują lepiej niż te eliksiry? – Przeniosła spojrzenie na Bulstrode’a, ale nie dostrzegła żadnych skrzydeł, nie skurczył się, nie znikł, więc albo jedyną magią tych napitków był ten kolorowy ogień – rozsądne zapewne na takiej imprezie – albo działanie nie było widoczne na pierwszy rzut oka. – Miał taki kolor, że czekałam, czy nie zaczniesz zionąć ogniem.
!balmaskowy
Przez ułamek sekundy niemal ją kusiło, żeby prowokować go dalej, ale miała pewne obawy, że wtedy wróciłby do tych koszy i próbował faktycznie podsunąć jej jedną z fiolek, optymalnie podobną do tej, którą sam wypił. Za to była chyba trochę ciekawa, czy faktycznie spróbuje zrealizować tę „obietnicę”, czy uleci mu z głowy ledwo przeminie część artystyczna w zasnutych mgłą i spowitych blaskiem salach balowych Lestrangów.
– Czego mam się bać? Że znowu zamienisz się w elfa i walniesz mnie w nos? – spytała żartobliwie, chociaż prawda była taka, że choć bez żadnych oporów pozwoliła, by pociągnął ją ku stołowi, na którym płonęły drinki, sama nie zamierzała sięgać po żadnego drinka. I to nie dlatego, że zamienienie się na chwilę w niewielkiego elfa stanowiłoby dla niej jakąś tragedię albo ujmę to na honorze czy nawet nie dlatego, że skutki bimbru Geralda Yaxleya wciąż pozostawały aż nazbyt żywe w jej pamięci, a jutro o świcie naprawdę wolałaby nie obudzić się na jakiejś farmie na drugim końcu kraju. Nie chciała, by coś wpłynęło na jej zmysły, i tego dnia tak jakby gościła na dworze elfów z opowieści – fae spod zielonych kurhanów, nie wróżek z Maida Valen – nie zamierzała jeść ani pić niczego, co serwowano gościom. Na całe szczęście, ani jej nie przeszkadzało, że on nie stronił od alkoholu, ani on nieszczególnie usiłował ten w nią wmuszać.
Wybrał czerwony jak krew, płonący szkarłatnym płomieniem. Brenna wpatrywała się w ten ogień przez trzy sekundy, z pełną premedytacją, jakby musiała udowodnić sama sobie, że może to zrobić i nie ucieknie. Że może już nie tylko… jako tako funkcjonować, ale nie wstrzymywać oddechu, ilekroć ktoś obok wyciągał papierosa, by go podpalić i nie bać się, czy nie oszaleje nagle, siedząc przy swoim biurku i analizując zeznania przesłuchiwanych w ostatniej sprawie.
– I jak? Smakują lepiej niż te eliksiry? – Przeniosła spojrzenie na Bulstrode’a, ale nie dostrzegła żadnych skrzydeł, nie skurczył się, nie znikł, więc albo jedyną magią tych napitków był ten kolorowy ogień – rozsądne zapewne na takiej imprezie – albo działanie nie było widoczne na pierwszy rzut oka. – Miał taki kolor, że czekałam, czy nie zaczniesz zionąć ogniem.
!balmaskowy
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.