Poranki ministerialne, te topiące się w brudnej czerni gorzkiej kawy, w promieniach słońca ledwie przebijających się zza masywnych kotar, w owadzie brzęczącym niespokojnie przy ramie okna – definitywnie do najłatwiejszych nie należało. Samej Lycoris niebanalnie trudno było zaopiniować proste fakty; czy jest nocną sową, czy rześkim jak rusałka skowronkiem – najtrafniejsze wydawało się stwierdzenie, iż nie była żadnym z nich; bezsenność odbiła swą pieczątkę na jej zasinieniach pod oczami, a unoszona ku pełni warg filiżanka stanowiła jedyne antidotum na stan tak parszywego niewyspania. Oparła się o biurko lekko, chybocząc nieznacznie ciemną zawartością naczynia – gorzki posmak cieczy stawiał na równe nogi; nie była to byle lura, a porządnie zaparzona, mocna kawa, mogąca nosić chlubną nazwę siekiery.
Bo zwykle poranki zastawały ją nieśpiącą; przerzucającą się z boku na bok pod wełnianym kocem, bądź wodzącą pilnym wzrokiem po literach nabitych drukiem na wnętrze książki, wypełniając tę rzędami formującymi się w słowa.
Usiadła na fotelu z rozmachem, dłonią sięgając po okulary, które wkrótce znalazły się na jej nosie, wyostrzając wzrok, któremu w rytm przemijających wiosen, natura poczęła ujmować. Ósma rano definitywnie stanowiła nazbyt wczesną porę dla jej zegara biologicznego; ale czy każda pora nie była dla niej senna, gdy nie zapadała się w objęcia Morfeusza na przestrzeni upstrzonej gwiazdami nocy?
Nie dostrzegła początkowo obwoluty teczek, na których nie widniał surowy, czerwony napis krzyczący wręcz boleśnie: biuro koronera. Gdy zaczęła jednak wertować zawartości, coś przestało się zgadzać; z ciężkim, zbolałym wręcz westchnięciem podniosła się, dokumenty wciskając pod pachę.
A gdy otworzyła drzwi, wypadła z gabinetu jak niewielka burza, rozglądając się niepewnie po korytarzu, aby po chwili dostrzec mężczyznę. Tego, który najwyraźniej jej szukał.
Nie przywitała się, nie obdarzyła go nawet dłuższym, osnutym woalką ciekawości spojrzeniem; zamiast tego wręczyła mu teczki, które wcześniej wyścielały jej biurko, aby po chwili odebrać swoją własność. Doprawdy, ostatnimi czasy te haniebne pomyłki zdarzały się coraz częściej, co niestety implikowało obcowanie z większą liczbą ludzi, aniżeli by sobie życzyła. W zasadzie, nie życzyłaby sobie niczyjej obecności. Szkoda, iż nie był to koncert życzeń.
Już miała odwracać się na pięcie i zaszyć w głębi biura, gdy ten wyciągnął do niej dłoń.
– Lycoris Black – rzekła oschle, odrobinę zbyt nieprzyjemnie, nawet jak na nią samą. – Bardzo śmiałym jest zakładanie, że orientuję się tutaj w czymkolwiek innym, poza zwłokami – dodała, na jego brzmienie niosące się w przestrzeni. Dłoń wyciągnęła, ujmując jego w odrobinę zbyt mocnym jak na kobietę uścisku.