10.12.2025, 10:09 ✶
— Cześć, Cassandra — Lucy podniosła wzrok znad pergaminów, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Nie był on pełny, raczej wymuszony przez uprzejmość niż naturalną lekkość, ale mimo to szczery. — Dobrze cię widzieć.
Złożyła pergamin, na którym wcześniej próbowała się skupić, i odsunęła go na bok; nie było sensu udawać, że praca posuwała się do przodu.
— Ten artykuł… — zaczęła cicho, jakby same słowa były cięższe niż powinny. — Nie ułatwił nam życia. Ani ludziom, którym próbujemy pomóc, ani nam tutaj. Odkąd się ukazał, przez mój gabinet przewija się coraz więcej osób, które kompletnie nie wiedzą, czego mają się trzymać i od czego zacząć. Jakby ktoś wlał benzynę w coś, co i tak miało płonąć.
Lucy odchyliła się lekko w fotelu, splatając dłonie.
— Wiem, że wszyscy próbujemy robić, co możemy, ale… to wszystko wygląda chaotycznie. A ludzie nie mają ani cierpliwości, ani czasu, żeby przebijać się przez procedury, sekretariaty i formularze. — Westchnęła lekko. — I nawet nie potrafię ich winić.
Zawiesiła na aurorce spojrzenie — nie wymuszone, ale uważne.
— Właściwie myślałam nad pewnym rozwiązaniem. Inicjatywą, która mogłaby trochę pomóc porządkować to, co teraz wygląda jak jeden wielki bałagan. Nie wiem, czy to dobry kierunek, ale… może warto spróbować.
Przesunęła filiżankę na bok, jakby chciała zrobić symboliczne miejsce dla rozmowy.
— Gdybyś miała chwilę… chętnie opowiem więcej. Ale najpierw muszę wiedzieć — czy masz jeszcze siłę angażować się w coś, co nie jest obowiązkiem, ale może coś zmieni?
Jej głos nie był natarczywy.
Raczej ostrożny i zapraszający.
Złożyła pergamin, na którym wcześniej próbowała się skupić, i odsunęła go na bok; nie było sensu udawać, że praca posuwała się do przodu.
— Ten artykuł… — zaczęła cicho, jakby same słowa były cięższe niż powinny. — Nie ułatwił nam życia. Ani ludziom, którym próbujemy pomóc, ani nam tutaj. Odkąd się ukazał, przez mój gabinet przewija się coraz więcej osób, które kompletnie nie wiedzą, czego mają się trzymać i od czego zacząć. Jakby ktoś wlał benzynę w coś, co i tak miało płonąć.
Lucy odchyliła się lekko w fotelu, splatając dłonie.
— Wiem, że wszyscy próbujemy robić, co możemy, ale… to wszystko wygląda chaotycznie. A ludzie nie mają ani cierpliwości, ani czasu, żeby przebijać się przez procedury, sekretariaty i formularze. — Westchnęła lekko. — I nawet nie potrafię ich winić.
Zawiesiła na aurorce spojrzenie — nie wymuszone, ale uważne.
— Właściwie myślałam nad pewnym rozwiązaniem. Inicjatywą, która mogłaby trochę pomóc porządkować to, co teraz wygląda jak jeden wielki bałagan. Nie wiem, czy to dobry kierunek, ale… może warto spróbować.
Przesunęła filiżankę na bok, jakby chciała zrobić symboliczne miejsce dla rozmowy.
— Gdybyś miała chwilę… chętnie opowiem więcej. Ale najpierw muszę wiedzieć — czy masz jeszcze siłę angażować się w coś, co nie jest obowiązkiem, ale może coś zmieni?
Jej głos nie był natarczywy.
Raczej ostrożny i zapraszający.